Jack Walters #3

[Postanowiłam powrócić do tej serii po długim czasie, gdyż uświadomiłam sobie, jak fatalnie radzę sobie z kończeniem wielu rzeczy, które piszę. W imię mobilizacji – weź się w garść, dziewczyno ;)].

Próbując uspokoić swój oddech i myśli, Jack otworzył drzwi po przeciwnej stronie holu. Uśmiechnął się pod nosem, gdy zauważył, że przekroczył próg pewnego rodzaju biblioteki. Jak na stukniętych, wydają się całkiem oczytani, pomyślał z rozbawieniem. Przez chwilę chodził między półkami, gdy dostrzegł słabo oświetlone biurko z wymownie uchyloną szufladą. Znajdował się w niej manuskrypt. Na pożółkłym papierze napisane były greckie symbole, jak wydawało się detektywowi. Gdy schował dokument za pazuchę, usłyszał odgłos, który zjeżył mu włos na karku – rodzaj stłumionego jęku bólu czy wołania o pomoc.

Walters ostrożnie wychylił się zza regału i dostrzegł lustro ze zbitą dolną częścią. Dźwięk zdecydowanie dochodził z tej strony pomieszczenia. Zbliżając się do ściany zauważył, że podłoga przy niej jest o kilka centymetrów niższa, jakby ktoś zerwał z niej część parkietu. Zerknął w prawo i dostrzegł klapę w podłodze. Rozumiał, jak ryzykowne podejmuje działanie, a jednak bez większego zastanowienia podniósł ją i zszedł po drabinie do tunelu. Usłyszawszy już wyraźniejszy krzyk, przebiegł po drewnianych schodach, które znajdowały się zaraz przy drabinie. Nawet się nie obejrzał, gdy doszedł do niego ich trzask. Po prostu świetnie, rzucił tylko i podążył tunelem dalej, do metalowych drzwi.

Znalazł się w ciemnej, zaimprowizowanej kostnicy. Ciała kultystów nie wyglądały jak te na dole – ci tutaj z pewnością nie zginęli od trucizny, przemknęło mu przez myśl. Energicznym krokiem przeszedł do kolejnego pomieszczenia, które stanowiło rodzaj groty wydrążony w jaskini. Na jej środku, przytwierdzony do jakiejś niesamowitej aparatury, wisiał mężczyzna. Jego klatka piersiowa była otwarta i ziała mroczną pustką. Po bokach detektyw zauważył narządy mężczyzny – jego płuca, serce, żołądek, które zanurzone w jakimś płynie wciąż działały. Podszedł do aparatury i nacisnął zielonkawy panel. Człowiek wydał z siebie skowyt, gdy impulsy elektryczne przeszły przez jego ciało. Umarł w przeciągu kilku sekund. Jack zacisnął zęby i zbliżył się do zielonkawego kryształu. Wciąż był ciepły. Zabrał go ze sobą i przeszedł przed kolejne metalowe drzwi.

Schodził coraz głębiej pod ziemię z uczuciem, że tunel może lada moment zwalić mu się na głowę. Gdy znalazł się w kolejnej grocie, niemal bezwolnie umieścił kryształ w pewnym rodzaju ołtarzu. Odnalazł po chwili panel i uruchomił go. Drzwi, którymi wszedł do pomieszczenia raptownie się za nim zamknęły. Grota zaczęła drżeć. Został oślepiony przez białe światło, które wraz z zupełnie niewiarygodnym kształtem zaczęło się wyłaniać z ołtarza. Detektyw próbował przysłonić twarz rękoma, gdy ta… istota zaczęła się do niego zbliżać. Strach owładnął go całkowicie.

*

6 luty 1922. Jack Walters siedział w swoim biurze i zapisując swoje wspomnienia w notesie co jakiś czas zaciągał się papierosem. Minęło ponad sześć lat, odkąd wszedł do tego dziwnego domu w Bostonie. Dla detektywa zdarzyło się to jednak pięć miesięcy temu. Amnezja, jak powiedzieli mu lekarze, którą wywołał silny stres. Pamiętał, że badał bibliotekę i usłyszał krzyki. Wedle raportu sporządzonego przez policję, funkcjonariusze przeszukiwali dom całe godziny, by znaleźć Waltersa dużo później leżącego na podłodze. Podobno, gdy otworzył oczy i przemówił, jego koledzy wpadli w przerażenie – w jego głosie i pustym spojrzeniu było coś nienaturalnego. Umieszczono go w szpitalu psychiatrycznym w Arkham – ciężki przypadek schizofrenii. Po tym jak okazało się, że Jack nie stanowi już zagrożenia dla siebie i otoczenia, został zwolniony do domu. Jego ostatnie 6 lat życia było mu zupełnie nieznane. Gromadząc relacje zrozumiał, że większość czasu spędził na podróżach i badaniach naukowych.Ogarnęła go dziwna fascynacja okultyzmem; zgłębiał księgi o czarnej magii i mrocznych legendach, często napisanych w językach, których nie znał.

Gdy obudził się pięć miesięcy temu, dokładnie 6 lat po tym, jak przekroczył próg tego domu w Bostonie, nie było śladu po jego drugiej osobowości. Znowu był sobą. Albo kimś, kim wierzył, że niegdyś był. Powrót do normalności był bolesnym procesem. Ostatnimi czasy prześladowały go sny pełne kosmicznych krajobrazów, a jego odbicie zaczęło budzić lęk. Detektyw zaczynał sobie przypominać wydarzenia tamtego dnia, o których nikomu nie powiedział.

Ciszę przerwało natarczywe dzwonienie telefonu.

– Jack Walters.
– Witam, panie Walters. Nazywam się Artur Anderson. – Usłyszał w słuchawce. – Potrzebuję pańskiej pomocy w odnalezieniu zaginionej osoby.
– Nie zajmuję się takimi sprawami.
– Otrzymał pan moją paczkę?
– Eee – zawahał się przez chwilę. – Proszę poczekać.

Zaciągnął się papierosem i sięgnął do kosza na śmieci. Z koperty wypadły klucz, wycinek gazety i plik banknotów.

– Czego dokładnie pan ode mnie oczekuje, panie Anderson?

Reklamy

Edycja II: 12-DNIOWY PLAN PROSTYCH ĆWICZEŃ LITERACKICH. DZIEŃ Czwarty

Jest to zadanie z dnia piątego, jednak dzień czwarty polegał na napisaniu do agenta o swojej osobie, co niespecjalnie mi posłuży, więc dodam sobie jedno zadanie na koniec, które wylosuję z generatora zadań literackich (klik!).

Dzień czwarty: Napisz dwudziestowersowy wiersz (dalej nie wiem czy takie słowo istnieje), dotyczący pamiętnego momentu w twoim życiu.

Każdy ma słaby punkt –
musisz tylko wiedzieć, gdzie szukać.
Czasem jest w bliźnie tuż pod lewą stroną ust,
czasem w wahaniu przy wypowiadanym słowie.

A co, jeśli twoim słabym punktem jest konkretny człowiek?
Człowiek, którego rysy twarzy masz wypalone w pamięci
i które wciąż widzisz, nieważne jak mocno zaciśniesz powieki.
Człowiek, którego głos nosisz z tyłu głowy
i który rozdziera ciszę, gdy próbujesz się w niej schować.

Każdy ma słaby punkt –
musisz tylko wiedzieć, gdzie szukać.
Czasem jest w krótkim grymasie na twarzy,
czasem pod powieką, która wciąż drga.

A co, jeśli twoim słabym punktem jest konkretny człowiek?
Człowiek, którego czujesz w kościach,
zanim jeszcze zdążysz go zobaczyć.
Człowiek, który wciąż wraca do twoich snów,
mimo że nie widziałeś go od miesięcy.

Czy można coś na to poradzić?
A jeśli nie?

Edycja II: 12-dniowy plan prostych ćwiczeń literackich. Dzień trzeci

Dzień trzeci: opisz przestrzeń na podstawie najpiękniejszego miejsca, jakie widziałaś.

Kanapa jest miękka, upstrzona kwiatowym wzorem i przesiąknięta zapachem papierosów. Czekam, aż znikniesz, a razem z tobą wszystkie krzesła, brzdęk odbijających się od siebie kufli, przyciszony śmiech… Na języku wciąż czuję smak grzanego wina z pomarańczą. Nie umiem sobie przypomnieć czy butelki oblepiała gruba warstwa wosku, czy może nigdy ich tam nie było. Nie pamiętam koloru ścian, choć lubię myśleć, że były odrapane i nieco pożółkłe od dymu. Nie wiem czy stolik przy każdym ruchu się chybotał. Nie mam pewności czy w kominku cicho trzaskał ogień. Nie sposób powiedzieć, jaki był dzień tygodnia. Czy sięgając po papierosy do torebki wyczułam dotyk papieru?  Ktoś przez chwilę stał za oknem, za moimi plecami i mówił coś niezrozumiale; nie sądzę, że do mnie. Możliwe, że pachniało wtedy listopadem, bo wszystko to miało coś wspólnego z cmentarzem.

Edycja II: 12-dniowy plan prostych ćwiczeń literackich. Dzień pierwszy

Trochę ponad rok temu opublikowałam na blogu serię – mocno rozciągniętą w czasie, należy zaznaczyć – która ilustrowała moje zmagania ze słowem pisanym. Postanowiłam się zmobilizować i ponowić tę serię, gdyż nie pisałam czegokolwiek od dłuższego czasu i zauważyłam, że bardzo tego potrzebuję.

Dzień pierwszy: Wypisz 10 tytułów potencjalnych książek, które chciałabyś napisać.

  1. Półksiężyc.
  2. Drzazga.
  3. Prekursorka.
  4. Gorzka cisza.
  5. Klub perwersyjnego picia herbaty.
  6. Skarlałe odbicie.
  7. Mężczyzna z dymu.
  8. Koszmar spod powiek.
  9. Marzec.
  10. Krawędź jawy.

Poszło szybciej, niż w zeszłym roku, ale niewiele łatwiej. Jestem ciekawa, jak mi dalej pójdzie i czy uda mi się skończyć całą rzecz w faktyczne 12 dni. Trzymajcie za mnie kciuki!

Antonina, czyli dlaczego było u nas tak cicho.

 Długo była cisza, prawda? W wielkim skrócie, dlaczego:

Polska to specyficzny kraj. Kraj, w którym każdy z nas przynajmniej 10 razy w życiu został wychujany. Mój poprzedni pracodawca próbował mnie wychujać po tym, jak podpisałam z nim umowę o pracę, bo generowałam za duże koszty – na szczęście udało mi się znaleźć inną, lepszą pracę. Czasu na pisanie brakowało przez wdrażanie się w nowe środowisko i stres z tym związany.

Ale w czasie, gdy poprzedni pracodawca robił mi dziwne akcje, właścicielce – wybaczcie to nieco rasistowskie wyrażenie – zakręciły się pejsy, gdy zdała sobie sprawę, ile może zarobić na ŚDM wynajmując mieszkanie. Dostałyśmy ultimatum – albo wypieprzamy z mieszkania na 3 tygodnie ze wszystkimi naszymi rzeczami, albo wymawia nam mieszkanie. Zdziwiła się, że wybieramy wariant wyprowadzki – jak to? Nie dostaniecie 3 tygodni urlopu w pracy? Nie lepiej wam coś wynająć na 3 tygodnie a potem wrócić? No przecież za te 3 tygodnie nie będziecie musiały nic płacić… Wyprowadziłyśmy się do kawalerki w środku tygodnia.

Nie miałyśmy internetu, bo wychujała nas pani, z którą umawiałam dostarczanie tejże usługi. Przez jej błąd technik odwołał zakładanie sieci na 15 minut przed przyjściem. Co więcej – musiałyśmy czekać kolejne dni, aż ktoś się zjawi, bo nie było wolnych terminów. W końcu się udało.

Dowiedziałam się od koleżanki z pracy, że biedny mały kot biega po jej miejscowości z odciętym ogonem (żywe mięso na wierzchu) i wielką gulą na brzuchu (przepukliną, jak się później okazało) i żebrze pod restauracją, bo jacyś skurwiali ludzie prawdopodobnie wyrzucili ją z samochodu, żeby nie musieć płacić za jej operację. Po wielkich akcjach kot dotarł do nas, został zoperowany i aktualnie śpi smacznie w fotelu. Ogonek ma teraz wielkości kciuka, przez co wygląda jak doberman.

Mam nadzieję, że wszystkie przeszkody zdołałyśmy pokonać i teraz spokojnie powrócimy do pisania 🙂 Trzymajcie za nas kciuki, żebyśmy spotykały lepszych ludzi, niż dotychczas.

Jack Walters #1

No i cóż – zgodnie z obietnicą, powstała pierwsza część mojego opracowania gry Zew Cthulhu: Mroczne Zakątki Świata. Od razu chcę zaznaczyć, że cytaty pochodzą w całości z tejże gry i nie są mojego autorstwa. Czasami pozwoliłam sobie, żeby je trochę bardziej urozmaicić, co jednak nie zmienia faktu, że to nie ja jestem autorką tych słów. Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić podczas czytania.

Był deszczowy wieczór 6 września 1915 roku, gdy detektyw, Jack Walters, podjechał samochodem pod rozpadającą się rezydencję. Został wezwany przez Roberta Armstronga, innego funkcjonariusza policji, który dopiero na miejscu wyjaśnił mu, że chodzi o lokalną sektę i jej przywódcę – Victora Holta. Kult miał około 20 wyznawców i sukcesywnie zakłócał spokój mieszkańcom miasteczka kradzieżami, rozgrzebywaniem śmieci i nękaniem. Miejscowi tylko ze strachu nie wnosili przeciw nim żadnych skarg.

– Podczas zwykłego patrolu usłyszeliśmy strzały. Próbowaliśmy ich uspokoić, ale przywódca, ten… Victor chciał rozmawiać tylko z tobą.

Walters nie znał żadnego Victora.

– Strzały? Ilu masz ze sobą ludzi?

– Kilku. Nicholsa i paru nowych rekrutów.

– Świetnie – sarknął detektyw. – Prowadź, Robercie.

Mężczyźni szybkim krokiem wspięli się po schodach. Henry Nichols już na nich czekał.

– Jack, cieszę się, że postanowiłeś wziąć udział w tym cyrku – rzucił kpiąco funkcjonariusz.

– Co my tu mamy, Henry?

– To mi się ani trochę nie podoba. W zaułku po prawej czeka na ciebie Victor Holts.

– Możemy mu zaufać?

– Nie – odparł bez ogródek. – Ale będziemy cię osłaniać. Pamiętaj, nie wykonuj żadnych nerwowych ruchów. Są trochę… niespokojni.

Detektyw skinął głową, po czym otulił się mocniej płaszczem. Deszcz niemiłosiernie zacinał – czuł, że jego ubrania powoli nasiąkają wodą. Spokojnym krokiem ruszył we wskazaną przez Henry’ego stronę. Już miał minąć osłaniającego go funkcjonariusza, gdy ogłuszył go strzał, a ciało mężczyzny bezwładnie padło twarzą w błoto, tuż pod jego nogi. Przecież to jeszcze dzieciak, przeszło mu przez myśl. Przez ułamek sekundy był jak sparaliżowany, jednak zaraz potem rzucił się do biegu.

Nawet się nie zdziwił, gdy zobaczył, że nie ma ani śladu Holtsa. Za jego plecami zaczęła się regularna wojna. Nie odwracając się wszedł do domu. Zapach stęchlizny uderzył go w nozdrza. Chwilę pobłądził w ciemności, zanim dotarł do pomieszczenia, które w przeszłości mogło z powodzeniem służyć za jadalnię.

W kominku tliła się resztka ognia, a długi stół zawalony był książkami i papierami. Nic istotnego, po chwili oględzin stwierdził Walters. Pokój od jadalni odróżniała jeszcze jedna rzecz – stojąca na jej końcu mównica. Detektyw podszedł do niej śpiesznie, słysząc nad głową nawoływania kultystów. Jego oczom ukazał się napisany odręcznie fragment dziennika:

Kontynuuję tłumaczenie fragmentów tekstu pnakotyjskiego i odczuwam coraz większą potrzebę skontaktowania się z moimi panami z Yith. Te istoty naprawdę są dla nas, jak bogowie. Ich inteligencja i wiedza daleko wykracza poza to, co jesteśmy w stanie pojąć. Teraz już wiem, jak małe znaczenie we wszechświecie ma ludzkość… prosta, skazana na zagładę rasa stanowiąca efekt uboczny eksperymentu przeprowadzanego przez Starsze Istoty. Błogosławieństwem jest to, że tak nic nieznaczące istoty, jakimi jesteśmy, mają przed sobą tak krótką i ograniczoną przyszłość.

Słowa, które przeczytał wywołały dreszcz na jego plecach. Zgodnie z tym, co wyczytał z zabranej kartki wynikało, że mężczyzn, z którymi ma się spotkać, opętała jakaś przedziwna idea na temat świata i duchowości, która nawet w maleńkim ułamku nie miała nic wspólnego z religiami znanymi oczytanemu człowiekowi. Tylko naprawdę pokrętny i chory umysł mógł stworzyć tak przedziwnych bogów.

Jack, chowając do wewnętrznej kieszeni płaszcza kartkę zabraną z mównicy, ruszył schodami na górę rezydencji, skąd dobiegały strzały. Wiedział, że sporo ryzykuje, jednak miał nadzieję, że spełnienie tego jednego żądania kultystów – jego obecności – trochę ich udobrucha i może spowoduje, że będą bardziej skłonni się poddać.

Większość drzwi na górze była zamknięta. Gdy wreszcie jedne otworzyły się pod jego naciskiem, detektyw zaraz pożałował, że tak się stało. Zobaczył zakrwawionego mężczyznę opartego o ramę okna. Ciało miał pokryte chaotycznymi tatuażami, które najpewniej wykonano jakąś domową metodą. Kultysta wyciągnął w jego stronę rękę i teatralnie wyszeptał:

Nareszcie… To ty…

Coś zdążyło jeszcze zabulgotać w jego gardle, po czym osunął się wolno na ziemię. Detektyw skrzywił się z obrzydzeniem, zastanawiając się, jak mężczyzna go rozpoznał, po czym podążył do kolejnego pomieszczenia.

Strzelający do policjantów kultysta szybko się obrócił słysząc jego kroki.

– Nie strzelaj! Nie mam broni! – zawołał szybko Walters, podnosząc ręce do góry.

– Aaaa… Oczekiwaliśmy pana, panie Walt…

Nim dokończył, strzał w tył głowy rozstrzaskał mu czaszkę i powalił na ziemię. Serce detektywa zamarło, gdy na twarzy poczuł ciepłą krew sekciarza. Wziął głęboki oddech i zaczął nerwowo wycierać juchę.

Cholera. Rozpoznał mnie. I wygląda na to, że miał zamiar wyjaśnić mi, co się tutaj dzieje, pomyślał Jack, rozglądając się po pokoju. Na krześle, obok kolejnych zwłok, które dopiero teraz dostrzegł leżał klucz. Zgarnął go, przyjrzał mu się przez moment i po kształcie jego końcówki doszedł do wniosku, że będzie pasować do drzwi na dole. Do klucza był przywieszony bryloczek z wyrytą literą „S”.

C.D.N.