Pieśń krwi, czyli jak fantasy znów mnie zaskoczyło

Mam takie momenty w swoim życiu, że mówię sobie po skończeniu kolejnej książki fantasy: To koniec, nie przeczytam już żadnej powieści z tego gatunku, która by mnie porwała przez najbliższe pięć lat. A potem zjawia się taki Anthony Ryan w moim życiu i mówi: Dziecinko, ty jeszcze nie wiesz…

Pieśń krwi opowiada historię Vaelina Al Sorny, który w wieku dziesięciu lat został oddany do Szóstego Zakonu przez ojca, niedługo po śmierci swojej matki. Zakon ten szkoli swoich braci na wojowników, którzy mają służyć Wierze za cenę swojego życia. Trening w tymże Zakonie należy do niezwykle surowych i składa się z wielu Prób, podczas których dzieci tracą życie.

Podczas swojego pobytu w Zakonie Vaelin zostaje przydzielony do grupy chłopców w podobnym do niego wieku i wkrótce zaczyna ich traktować jak swoich rodzonych braci, rozumiejąc, że to jego jedyna prawdziwa rodzina.

Cała magia tej książki polega na tym, że towarzyszymy Vaelinowi w czasie jego dorastania i obserwujemy, jak Ryan perfekcyjnie opracował rozwój tej postaci. Z dziecka, które ślepo ufa Wierze Vaelin powoli zmienia się w młodego mężczyznę, który zostaje wciągnięty w polityczne gierki władców i nawet się zakochuje. Poznaje też motywacje swojego ojca, gdy ten oddał go do Zakonu i odkrywa, że proste prawdy, którym do tej pory ufał nie mają tak naprawdę wiele wspólnego z rzeczywistością.

Powieść idealna jeśli tak jak ja wciąż czekasz na kolejny tom Imienia wiatru i powoli zaczynasz wątpić, że powieść zostanie wydana za twojego życia.

A Anthony Ryan zyskał kolejną wierną fankę jego twórczości.

Reklamy

Kroniki Amberu, czyli o prawdopodobnie najgorszym imieniu dla głównego bohatera

Kroniki Amberu zaczęłam czytać w drodze do domu rodzinnego, między mężczyzną z ogromną torbą na kolanach a dzieciakiem w wieku 11 lat w bluzie z napisem „Żołnierze wyklęci”. Doborowe towarzystwo.

Z początku zaczęłam się przy lekturze krzywić. Miała być fantastyka, a tu jakiś szpital, czasy współczesne, główny bohater ma amnezję i zdumiewające właściwości dochodzenia do siebie w krótkim czasie. Przewracam oczami. Ale czytam dalej. I nagle mam gdzieś faceta z wielką torbą obok i marudzącego nacjonalistę-dzieciaka.

Głównym protagonistą tej opowieści jest Corwin (z oczywistych względów rozumiecie jak go sobie wyobrażam). Gdy odzyskuje przytomność zaczyna rozumieć, że został wplątany w jakąś intrygę, a jedyną osobą, która mogłaby mu wytłumaczyć, co tak naprawdę się dzieje jest jest go siostra – Evelyn. Opłaciła ona nie tylko jego pobyt w szpitalu, ale i także nieudolne próby lekarzy do utrzymania go w stanie ciągłej nieświadomości.

Gdy Corwin ucieka ze szpitala i trafia do domu siostry postanawia przed nią ukrywać swoją amnezję i sprytnymi, enigmatycznymi wypowiedziami powoli wyciąga z niej część informacji. Znajduje również w jej rezydencji talię taroka, której Atuty (czyli karty główne) przedstawiane są przez bardzo liczne rodzeństwo Corwina. Dzięki temu wraca mu nieco pamięci i uświadamia sobie, że znajduje się w świecie Cieni, a jego prawdziwym domem jest Amber – kraina, która jako jedyna nie jest odbiciem żadnego ze światów. Nasz protagonista przed swoim wypadkiem rościł sobie prawo do tronu ojczystego kraju, a jego najpotężniejszym przeciwnikiem był jego starszy brat – Eryk.

Corwin postanawia za wszelką cenę dostać się do Amberu, odzyskać pamięć i zasiąść na tronie. Niestety, większość z jego rodzeństwa ma na temat jego planu zupełnie odmienne zdanie, zwłaszcza że Oberon – prawowity władca Amberu i ojciec całego rodzeństwa – zniknął, nie wskazawszy wcześniej swojego następcy.

Kroniki Amberu niesamowicie mnie pochłonęły. Zelazny ma ciekawy sposób pisania – miejscami prosty i niezwykle bezpośredni, miejscami bardzo zawoalowany i niemal metafizyczny, a jednak ta mieszanka jest dobrze wyważona i sprawia, że naprawdę niełatwo się oderwać od lektury. Zdecydowanie jest to fantastyka z wyższej półki.

Córka dymu i kości, czyli co z tego jestem za stara?

Są książki young-adult, które przywodzą na myśl jedno słowo: żenujące. Są też takie, które trzymają cię do późnych godzin nocnych/wczesnych godzin porannych, ponieważ nie potrafisz się od nich oderwać i modlisz się, żeby części tejże powieści było jak najwięcej.

Podchodząc do Córki dymu i kości byłam sceptyczna. Ot, zwykle pieprzenie o dziewczynie, która znajduje prawdziwą miłość przy okazji ratując świat. W skrócie – można by spokojnie tak ująć tę książkę. Ale ludzie – przez tę powieść chcę pojechać do Pragi!

17 letnia Karou jest niezwykle utalentowaną uczennicą sztuk plastycznych (moje pierwsze wywracanie oczami), która jest dość często nękana przez swojego byłego faceta Kazimira, któremu oddała swoje dziewictwo, a on potraktował ją jak pierwszą lepszą zabaweczkę (moje drugie wywracanie oczami). Dziewczyna nosi jednak w sobie pewną tajemnicę – została wychowana przez chimery pochodzące ze świata Eretz. Opiekuje się nią przede wszystkim Brimstone, zwany dilerem marzeń (moje ostatnie wywrócenie oczami) – którego w pewnym sensie możemy nazywać jej ojcem. Karou zdobywa dla niego zęby spotykając się na całym świcie z handlarzami ludzkimi szczątkami i hienami cmentarnymi. Porusza się ona portalami między warsztatem, w którym mieszkają chimery, a ludzkim światem. Brimstone za te nietypowe usługi płaci jej pomniejszymi życzeniami.

Pewnego dnia, gdy Karou cudem unika śmierci z rąk nieznanego sprawcy, dziewczyna łamie zakaz Brimstone’a i zagląda przez drzwi do Eretz. Za karę zostaje wyrzucona ze swojej nietypowej rodziny i nie może powrócić do warsztatu, w którym się wychowywała. Dziewczyna odkrywa także, że wszystkie portale, zostały zniszczone. Zaniepokojona enigmatyczną wiadomością od Brimstone’a postanawia za wszelką ceną dostać się do Eretz i odszukać ukochane chimery.

Powieść lekka, przyjemna i bardzo wciągająca, ale jak łatwo się domyślić – niezbyt ambitna. Dodatkowe plusy dla niej za to, że byłam w stanie dzięki niej nieco się uspokoić przed rozmową kwalifikacyjną 😉

Czas pogardy, czyli powroty po latach #4

Kolejna odsłona krótkich przemyśleń na temat książki, do której wróciłam po latach:

  1. Zacznijmy od tego, że nie pamiętałam praktycznie niczego, poza nieszczęsnym punktem drugim, z tej książki. Po prostu amnezja totalna – czułam się, jakbym pierwszy raz w życiu słyszała ten fragment historii.
  2. Naprawdę nie wiem, jakbym się zachowała, gdyby reakcją kobiety, z którą spędziłam w łóżku upojną noc, były słowa: „o jejku, jejku, jej”. Jeśli Sapkowski wziął to hasło z autopsji to… Nie, nieistotne. Naprawdę. Ale taka mała prośba do pań: nie mówcie czegoś takiego. Po prostu… Nie mówcie.
  3. Jaskier to dupa wołowa i najgorszy przyjaciel świata. Geralt, nie lituj się, szkoda Twoich i naszych nerwów na tego pajaca (teza ta znajdzie potwierdzenie również w grze Wiedźmin 3: Dziki Gon).
  4. Protip: jeśli słyszysz jakieś hałasy wskazujące na bijatykę – zignoruj je. Ta wskazówka pomoże ci uniknąć poważnego uszczerbku na zdrowiu lub nawet przeżyć, zwłaszcza jeśli mieszkasz w Krakowie 😉
  5. Kiedy Yennefer mówi, że absolutnie nie wolno ci czerpać energii magicznej z ognia to pamiętaj, że ta zasada obowiązuje cię bezwzględnie. Nawet, jeśli okoliczności są hardkorowe i z tego powodu umrzeć jednorożec.
  6. Jeżeli ktoś ma świńskie oczka – nie ufaj mu. I przygotuj się na ewentualność połamania takiej osobie nogi.

Dla tych, którzy jeszcze nie słyszeli – Tomasz Karolak miał niezwykle ambitny plan, żeby sztukę o wiedźminie zagrać w teatrze i wcielić się samemu w rolę Geralta. Trudno mnie przerazić, ale ta informacja zmroziła mi krew w żyłach, zwłaszcza, że to było grubo przed 1 kwietnia.

Kroniki Jakuba Wędrowycza, czyli powroty po latach #2

Ci co śledzą mnie na Goodreads.com wiedzą, że przez ostatnie kilka dni w podróży do pracy towarzyszył mi nie kto inny, jak Jakub Wędrowycz. Minęło już trochę czasu, kiedy ostatni raz czytałam Kroniki… i pamiętam, że świetnie się bawiłam podczas swojej pierwszej lektury. Poniżej, jak w przypadku Krwi elfów zamieszczam kilka przemyśleń, które powstały podczas i niedługo po ponownej lekturze zbioru opowiadań Pilipiuka.

  1. Strzelają do ciebie? Tylko spokojnie, wyciągnij rewolwer i napij się bimbru. Zawsze może być gorzej, ot.
  2. Poważnie zastanawiam się po lekturze Kronik… nad prośbą, żeby pochowano mnie z osinowym kołkiem w piersi, odciętą głową i twarzą do dołu. Tak na wszelki wypadek, jakbym się zapomniała i zachciało mi się wstawać 😉
  3. Marzę, żeby mieć takich przyjaciół jak Jakub. Odbicie z komisariatu? Żaden problem. Pożyczenie sztucznych zębów i okularów? Bez wahania. Wspólne otwarcie hotelu i robienie idiotów z gości (w tym byłego SS-mana i dresów)? Jasna sprawa. Bimber i wódeczka przy każdej możliwej okazji? Nie trzeba powtarzać dwa razy. Spokój, kiedy po własnym pogrzebie pojawiasz się w knajpie? Załatwione. Czy można sobie wyobrazić lepszą emeryturę, niż w towarzystwie takich ziomów? Nie wydaje mi się.
  4. Choć jadłospis Jakuba może należeć do niecodziennych i niezbyt atrakcyjnych zarazem, to jednak nie można odmówić mu inwencji w tym zakresie. Linka hamulcowa i jakiekolwiek zwierzę są w stanie nakłonić egzorcystę do wymyślania naprawdę niezwykłych przepisów… I, o ile pamięć mnie nie myli, samuraj też na tę wyobraźnię całkiem nieźle działa.
  5. Chciałabym kiedyś być tak pewna swojego, jak Wędrowycz swojego fachu. Na tyle, żeby opowiadać o tym w telewizji bez żenady mimo że wszyscy mają mnie za wariatkę. No bo cóż… Facet w gumofilcach, egzorcysta-amator, opowiada jak powinno się oczyszczać cmentarze z komunistów. Czy może być coś bardziej abstrakcyjnego?

(Po dzisiejszym dniu stwierdziłam, że umiejętności Jakuba mogłyby być przydatne w związku z moim nowo powstałym problemem. Rankiem obudziło mnie wyjątkowo głośne gruchanie, ale nie wywabiło mnie to wystarczająco szybko z łóżka. Gdy wyszłam zapalić na rzeczony balkon, moim oczom ukazał się przedziwny widok. Otóż najwyraźniej gołębie postanowiły odprawić jakiś mistyczny rytuał, o czym świadczą odciski ich małych stópek, ułożone w krąg. Wojna zaczęła się na całego koło południa, gdy jeden z nich stał na czujce i obserwował mnie, siedzącą przy biurku, a drugi próbował dziobem zapalić pozostałości podgrzewacza. Mimo moich usilnych próśb i gróźb przestępcy co rusz powracali na miejsce, żeby kontynuować przywołanie Gołębiego Szatana, Pana Srania i Gruchania. Chwilowo mamy zawieszenie broni, bo gołąb-kapłan dwa razy uderzył sobą w szybę na mój widok, wpadając do doniczki z ziołami. Czyli wychodzi na to, że linka hamulcowa obciążona ciężarkami może się jednak przydać…).

Alienista, czyli dlaczego ostatnio się nie wysypiałam.

Ci którzy mnie znają i czytają moje recenzje wiedzą, że choć lubię kryminały to niespecjalnie się do takich powieści przywiązuję, traktując je jako tzw. jednorazówki. Z zasady powieści detektywistycznych (i im podobnych) nie kupuję, ponieważ nie zdarzyło mi się, żebym kiedykolwiek do takiej lektury wróciła, nawet po wielu latach. Sądzę jednak, że w przypadku Alienisty może być zgoła inaczej.

Nowy Jork, rok 1896. Nocą zostaje zbudzony John Moore, dziennikarz śledczy, pracujący dla „New York Timesa”. Wezwany przez swojego przyjaciela, dr Laszlo Kreizlera, dociera na miejsce zbrodni, gdzie został zamordowany 13-letni chłopiec, Georgio Santorelli, który był męską prostytutką. Ofiara została pozbawiona oczu, jej genitalia zostały wepchnięte do ust, gardło podcięte a pośladki wyrwane. Komisarz policji i przyjaciel tej dwójki, Theodore Roosevelt, prosi Moore’a i Kreizlera, żeby zajęli się tą sprawą w sposób dyskretny, gdyż nie wierzy on, że policja jest w stanie rozwikłać tej zagadki swoim zwyczajowym sposobem pracy. Okazuje się bowiem, że nie jest to pierwsza zbrodnia tego typu, która zdarzyła się w Nowym Jorku. Podczas śledztwa pomagają im Sara Howard (pierwsza kobieta zatrudniona w departamencie policji) i bracia Isaacson, którzy wprowadzają nowe metody pracy (takie, jak badanie odcisków palców czy antropometria kryminalna).

Powieść nie należy do świeżynek, a jednak zdumiewa mnie to, w jak intrygujący i niebanalny sposób prowadzona jest cała fabuła. Choć świat widzimy oczami Johna Moore’a to jednak prawdziwym bohaterem tej powieści jest dr Kreizler, który choć niezwykle inteligentny i znający się na rzeczy, myli się tak samo, jak każdy żywy człowiek. Alienista nie skąpi czytelnikowi psychologicznych dyskusji i analizy umysłu mordercy, jednakże czasami można mieć wrażenie, że książka jest trochę na siłę przedłużana tymi dywagacjami. Znalazło się w tej lekturze kilka wątków pobocznych, które według mnie można by spokojnie sobie darować, choć widzę w nich pewien zamysł autora i jestem w stanie go przyjąć.

Zawsze imponuje mi, gdy autor ma odwagę wpleść do swoich opowieści postaci historyczne i bez przesadnego naginania ich biografii, pozwolić czytelnikowi spojrzeć na te persony z zupełnie innej, bardziej ludzkiej, perspektywy. Postać Roosevelta, choć epizodyczna, jest właśnie w taki sposób nakreślona.

Alienista to zdecydowanie pozycja obowiązkowa dla fanów powieści detektywistycznych. Choć kładę się dość wcześnie spać i pilnuję ściśle swojego harmonogramu snu, to przez tę książkę kilkakrotnie niemal zaspałam do pracy. Jeśli taka rekomendacja was nie przekonuje to… ugryźcie się w pępek, cytując mojego tatę 😉

Przygody Alicji w Krainie Czarów, czyli o książce zupełnie nie dla dzieci

Zanim zaczniemy, dwie kwestie techniczne:

  1. Tłumaczenie tytułu: na dobrą sprawę, to w tytule powinna być „Kraina Dziwów”, a nie „Kraina Czarów”, ponieważ magia w książce nie występuje.
  2. Tim Burton, z całym szacunkiem dla jego dorobku i niewątpliwego talentu, spieprzył ten film koncertowo, mieszając treść obu książek (i na dodatek zapowiada się, że będzie druga część…).

Lektura Przygód… zmieniła moje patrzenie na literaturę. Ba, można powiedzieć, że właśnie ta książka skłoniła mnie do podjęcia studiów polonistycznych. Nic mnie tak nie motywowało, jak możliwość zrozumienia, co tak naprawdę kryje się pod powierzchnią moich ukochanych książek. Zapaleńcy podobni do mnie pewnie już wiedzą, jak niewiele udało mi się z Alicji odszyfrować i zrozumieć, a to z kilku powodów: kompletnie nie znam Kabały, języka francuskiego i jestem okropnie słaba z matematyki. Co więcej – osoba wychowywana w angielskiej kulturze zawsze będzie miała nade mną tę przewagę, że dużo łatwiej dostrzeże nawiązania do folkloru, innych powieści, niż ja – Polka, która ma głowę wypełnioną zupełnie innymi opowieściami, symbolami i rozumiejąca świat całkowicie inaczej.

Istnieje też małe prawdopodobieństwo, że utwór ten wydałby mi się dużo bardziej zrozumiały, gdybym była pod wpływem a) grzybów halucynogennych lub b) opium. Oczywiście, nikogo do tego nie namawiam i to nie tylko z powodów oczywistego łamania prawa i niszczenia własnego zdrowia, ale również dlatego, że – i tutaj cytuję moją promotorkę, której opinię uważam za całkiem ciekawą – narkotyki wszelkiej maści są w stanie (w niektórych przypadkach) otworzyć drogę do tych zakamarków umysłu, do których na co dzień dostępu nie mamy. Są to takie obszary naszej natury, których nigdy nie powinno się poznawać do końca. Każdy z nas nosi w sobie to kłębowisko węży i zobaczenie go, w całej okazałości, może nas nieodwracalnie zmienić.

Zawsze porusza mnie, jak wiele nawiązań w kulturze popularnej powstało do Alicji. Na Boga, można znaleźć nawet pornomusical. Pornomusical! Nie wiedziałam, że coś takiego w ogóle istnieje! A mimo tego wszystkiego dalej utrzymujemy, że to książka dla dzieci. Owszem, wiele dzieci na pewno świetnie się bawiło podczas disneyowskiej adaptacji, ale szczerze wątpię, że podczas lektury będzie czerpało z tego taką samą rozrywkę jak dorosły.

Myślę, że Przygody Alicji w Krainie Czarów to utwór, który powinno się czytać raz na jakiś czas i obserwować (a już w ogóle najlepiej zapisywać), co nowego odkryło się w tej książce. Bo nie chce mi się wierzyć, że ten utwór nie starzeje się wraz z nami, nie odkrywa sam przed sobą nowych prawd, nie uczy nowych rzeczy… No, dalej. Spróbujcie. Co widzicie?