Edycja II: 12-DNIOWY PLAN PROSTYCH ĆWICZEŃ LITERACKICH. DZIEŃ Czwarty

Jest to zadanie z dnia piątego, jednak dzień czwarty polegał na napisaniu do agenta o swojej osobie, co niespecjalnie mi posłuży, więc dodam sobie jedno zadanie na koniec, które wylosuję z generatora zadań literackich (klik!).

Dzień czwarty: Napisz dwudziestowersowy wiersz (dalej nie wiem czy takie słowo istnieje), dotyczący pamiętnego momentu w twoim życiu.

Każdy ma słaby punkt –
musisz tylko wiedzieć, gdzie szukać.
Czasem jest w bliźnie tuż pod lewą stroną ust,
czasem w wahaniu przy wypowiadanym słowie.

A co, jeśli twoim słabym punktem jest konkretny człowiek?
Człowiek, którego rysy twarzy masz wypalone w pamięci
i które wciąż widzisz, nieważne jak mocno zaciśniesz powieki.
Człowiek, którego głos nosisz z tyłu głowy
i który rozdziera ciszę, gdy próbujesz się w niej schować.

Każdy ma słaby punkt –
musisz tylko wiedzieć, gdzie szukać.
Czasem jest w krótkim grymasie na twarzy,
czasem pod powieką, która wciąż drga.

A co, jeśli twoim słabym punktem jest konkretny człowiek?
Człowiek, którego czujesz w kościach,
zanim jeszcze zdążysz go zobaczyć.
Człowiek, który wciąż wraca do twoich snów,
mimo że nie widziałeś go od miesięcy.

Czy można coś na to poradzić?
A jeśli nie?

Reklamy

Edycja II: 12-dniowy plan prostych ćwiczeń literackich. Dzień trzeci

Dzień trzeci: opisz przestrzeń na podstawie najpiękniejszego miejsca, jakie widziałaś.

Kanapa jest miękka, upstrzona kwiatowym wzorem i przesiąknięta zapachem papierosów. Czekam, aż znikniesz, a razem z tobą wszystkie krzesła, brzdęk odbijających się od siebie kufli, przyciszony śmiech… Na języku wciąż czuję smak grzanego wina z pomarańczą. Nie umiem sobie przypomnieć czy butelki oblepiała gruba warstwa wosku, czy może nigdy ich tam nie było. Nie pamiętam koloru ścian, choć lubię myśleć, że były odrapane i nieco pożółkłe od dymu. Nie wiem czy stolik przy każdym ruchu się chybotał. Nie mam pewności czy w kominku cicho trzaskał ogień. Nie sposób powiedzieć, jaki był dzień tygodnia. Czy sięgając po papierosy do torebki wyczułam dotyk papieru?  Ktoś przez chwilę stał za oknem, za moimi plecami i mówił coś niezrozumiale; nie sądzę, że do mnie. Możliwe, że pachniało wtedy listopadem, bo wszystko to miało coś wspólnego z cmentarzem.

Edycja II:12-DNIOWY PLAN PROSTYCH ĆWICZEŃ LITERACKICH. DZIEŃ DRUGI

Dzień drugi: Stwórz postać o cechach osoby, którą kochasz, ale o wyglądzie osoby, która jest ci obojętna.

Ukrywam cię w większości opowieści, jakie przechodzą przez moje palce. Czasem jest to jedno słowo, któremu nadałaś taką moc, jakbyś je sama wymyśliła. Czasem to niemal nieuchwytny gest, który dostrzegłam kątem oka, gdy myślałaś, że nie patrzę. Nikt poza mną nie wie, że za tą siłą kryjesz się ty.

Nieważne, jaki nadam ci kolor oczu czy włosów, iloma bliznami poznaczę twoje ciało, jaką ofiaruję ci przeszłość, przyszłość czy nawet płeć… To wciąż jesteś ty -moje największe oszustwo i zadziwienie, bo choćbym nie wiem jak się starała, ciebie jednej nie umiałabym nigdy wymyślić.

Edycja II: 12-dniowy plan prostych ćwiczeń literackich. Dzień pierwszy

Trochę ponad rok temu opublikowałam na blogu serię – mocno rozciągniętą w czasie, należy zaznaczyć – która ilustrowała moje zmagania ze słowem pisanym. Postanowiłam się zmobilizować i ponowić tę serię, gdyż nie pisałam czegokolwiek od dłuższego czasu i zauważyłam, że bardzo tego potrzebuję.

Dzień pierwszy: Wypisz 10 tytułów potencjalnych książek, które chciałabyś napisać.

  1. Półksiężyc.
  2. Drzazga.
  3. Prekursorka.
  4. Gorzka cisza.
  5. Klub perwersyjnego picia herbaty.
  6. Skarlałe odbicie.
  7. Mężczyzna z dymu.
  8. Koszmar spod powiek.
  9. Marzec.
  10. Krawędź jawy.

Poszło szybciej, niż w zeszłym roku, ale niewiele łatwiej. Jestem ciekawa, jak mi dalej pójdzie i czy uda mi się skończyć całą rzecz w faktyczne 12 dni. Trzymajcie za mnie kciuki!

Co mi jeszcze w głowie zostało, część piąta

Ogień przyjemnie trzaskał i grzał obolałe ciało Argraxa. Z drewnianej miski, którą mężczyzna wręczył Szperaczowi unosił się kuszący zapach gulaszu z zająca i dzikiej cebuli, mimo napływającej śliny do ust, powstrzymał się od kosztowania potrawy do czasu, aż nie będzie pewien, że zawartości miski nie została zatruta.

Nowy kompan zdawał się nie zwracać na niego uwagi. Z prawdziwą pasją pochłaniał gulasz, co jakiś czas zagryzając go czerstwym chlebem. Szperacz odchrząknął, ale ten nie podniósł nawet na niego wzroku, wciąż zajęty jedzeniem.

– Interesuje mnie twoja opowieść… – odezwał się w końcu cicho, gdy jego towarzysz wycierał miskę do sucha resztką chleba.

Mężczyzna mruknął coś niezrozumiale w odpowiedzi, wreszcie podnosząc głowę.

– Dlaczego ta księga jest dla ciebie taka ważna?

– Ważniejsza jest dla mnie pewność, że nie wpadnie w ręce kogoś innego. Zwłaszcza twojego klienta – odrzekł w końcu. – Napadłem na ciebie, ponieważ sądziłem, że wiesz, jakie ten tom ma znaczenie, a mimo to zdecydowałeś się go zdobyć. Zwłaszcza po tym, co zrobiłeś z Van Moderstromem.

– Nie znam nawet jej tytułu – odpowiedział z cierpkim uśmiechem Argrax. – Wiem tylko, jak wygląda. A klecha już od dłuższego czasu działał wszystkim na nerwy. Przyda mu się lekcja pokory, do której sam tak gorliwie nawołuje.

Rozmówca parsknął w odpowiedzi i odłożył miskę na bok. Rękawem otarł usta i wygodniej usiadł na pieńku, wyciągając stopy w kierunku ognia.

– Mam na imię Nyskall i jestem Bibliotekarzem – powiedział wolno. – Praca z książkami to całe moje życie i wierz mi, że wolałbym swój cenny czas spędzać właśnie wśród nich, a nie polować na te, które od lat próbują skrywać się przed ludźmi. Niektóre księgi nie chcą być odnalezione, ponieważ wiedzą, że ich treść doprowadzi do zguby nie tylko ich czytelnika, ale i je same. Zawsze bowiem, gdy tom okazuje się niebezpieczny dla idioty, pojawia się w końcu kaznodzieja, gotowy go spalić tylko dlatego, że nie jest w stanie zrozumieć jego treści. Diabeł napisał tę książkę, powie swoich nieznoszącym sprzeciwu głosem i causa finita. Tom, którego oboje szukamy jest właśnie czymś takim. Jego tytuł to Hortus Obscura.

Oczy Argraxa rozszerzyły się na dźwięk tych słów. Uczył się o tej księdze jako młody chłopiec. Wytężył swoją pamięć i po chwili zrozumiał, że Hortus Obscura była przez większość jego nauczycieli uważana za mroczną, ale i jednocześnie piękną legendę. Według historii, jaką usłyszał podczas swojej edukacji, człowiek, który zapoznał się z treścią całego tomu, karmiąc każdą ze stron swoją krwią miał zyskać ogromną mądrość. Ceną za pozyskanie takiej wiedzy była świadomość tego, co czaiło się we wszystkich zakamarkach umysłu czytelnika. Jako młody chłopiec uważał, że to żadna cena, a wręcz dodatkowa nagroda – któż bowiem nie chciałby rozumieć, czym spowodowane są jego koszmary, rozdrażnienie czy smutek? Przecież znając przyczyny danego nastawienia można by je szybko neutralizować. Dziś Szperacz rozumiał, że taka świadomość była prostą drogą do szaleństwa. Umysł nie po to chował przed człowiekiem poszczególne prawdy, żeby robić mu na złość, ale żeby go chronić.

– Zawsze myślałem, że to tylko bajanie nauczycieli – przerwał milczenie. – Skąd masz pewność, że akurat to przodek mojego klienta był w posiadaniu prawdziwej Hortus Obscura? Skąd w ogóle dowiedziałeś się, że ta księga istnieje naprawdę?

– Odpowiem na każde z tych pytań – zapewnił uspokajającym tonem. – Ale jutro. O ile nie zdecydujesz się jechać dalej, ponieważ w tym wypadku… Będę musiał zatrzymać cię siłą.

Gdyby Argrax usłyszał to zdanie od kogoś innego, parsknął by śmiechem i zademonstrował, z jaką łatwością powaliłby autora tych słów, nie podnosząc nawet palca, jednak w przypadku Nyskalla wiedział, że nie ma szans. Odkąd usiadł przy ognisku próbował wysondować umysł mężczyzny, jednak po prostu nie mógł. Coś blokowało jego moc i delikatnie rozsypywało w drobny mak.

Co mi jeszcze w głowie zostało, część czwarta

Argrax chyłkiem opuścił zakrystię, jednak nie napotkał wzrokiem ani jednego wiernego, który mógłby podnieść alarm na jego widok. Wiedział, że jeśli nawet ktoś zawiadomił straże, te nie odważą się podnieść ręki na Szperacza, jednak wolał zachować resztki ostrożności. Poświęcił duchownemu znacznie więcej czasu, niż planował i był na siebie wściekły, że o ile z łatwością potrafił zmusić się do przemocy fizycznie, o tyle nie umiał w żaden sposób nawet musnąć jego myśli swoją mocą. Ta słabość mogła go kosztować znacznie więcej, niż kilkanaście chwil.

Parafialne księgi Van Moderstrom ukrywał w swojej biblioteczce, w rezydencji poza miastem, w której starał się bywać jak najrzadziej. Mówiło się, że kilkakrotnie z tego domu widziano wybiegające nagie dzieci, jednak nikt nie był na tyle głupi, żeby oskarżyć bezpośrednio o to duchownego. Nikt nie potrafił mścić się tak dotkliwie jak proboszcz.

Szperacz mimo zmęczenia postanowił pojechać do rezydencji od razu – Van Moderstrom może dochodzić do siebie jeszcze kilka dni, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wysłał posłańca, żeby wszystko spalił. Och, księgi go raczej nie obchodziły dopóki ich treść nie mogła stanowić przedmiotu szantażu. Bał się raczej, że ktoś znajdzie dowody na jego bestialskie zachcianki. Argraxa niespecjalnie to interesowało, ale jeśli przez przypadek by na coś trafił, zapewne nie mógłby się oprzeć, żeby tej wiedzy nie wykorzystać. Nic tak go nie bawiło, jak tresowany ksiądz.

Posiadłość Van Moderstroma położona była 15 stai od miasta, więc Szperacza czekała dość męcząca podróż w siodle. Musiał powrócić do gildii i przekazać swoim przełożonym informacje o postępach w zleceniu. Postanowił z nimi na razie nie rozmawiać, a skreślić jedynie pobieżny raport na papierze i zostawić pod opieką współlokatora z celi. Nie mógł pozwolić sobie na więcej opóźnień, zwłaszcza tych spowodowanych troską o jego stan psychiczny, który umożliwił mu przemoc fizyczną.

Wśliznął się do celi przez uchylone okno, szybko napisał raport i zbywając gestem pytające spojrzenie Jaspera, równie cicho opuścił gildię. Pewnym krokiem wszedł do stajni, przekroczył pogrążonego w śnie chłopca „pilnującego” koni i lekko wskoczył na grzbiet swojego wałacha, którego kazał przygotować do podróży jeszcze przed wizytą u Velteca. Przeczucie? Nie. Zawodowy pragmatyzm.

Niecałe 3 staje za miastem głowa Szperacza wolno opadła mu na pierś, a jej właściciel pogrążył się w nerwowym śnie. Do tej pory kurczowo ściskana przez niego uzda zaczęła się delikatnie wysuwać z pomiędzy palców, więc gdy poczuł ruch powietrza a potem uderzenie, które zachwiało jego równowagą, zwalił się z konia, nie mogąc zareagować w żaden sposób. Te kilka sekund, jakich potrzebował do rozeznania się w sytuacji, mogłyby go ocalić, jednak nim zdążył przeturlać się do pobliskich krzaków, poczuł jak podkuty blachą but uderza w jego odsłonięty brzuch.

Przeklęty klecha, przeszło mu przez myśl, gdy skulił się na gościńcu pokrytym kurzem. Uniósł wzrok, jednak nie potrafił w mroku rozpoznać twarzy napastnika, choć obiecał sobie, że jeśli tylko przeżyje – wbije sobie jego obliczę w pamięć i nie spocznie, dopóki nie powiesi go za bebechy na drzewie, gdy ten wciąż będzie żył.

– Podobno szukasz Księgi – usłyszał rzeczowy ton mężczyzny. – I robisz to wyjątkowo metodycznie, co łatwo było stwierdzić po stanie, w jakim znaleźliśmy Van Moderstroma…

– To tylko książka, którą zgubił przodek moje klienta – syknął przez zęby Argrax, starając się podnieść z ziemi. Udało mu się jedynie zmusić ciało do pozostania na czworakach. – Nie wiedział, gdzie jej szukać, więc zwrócił się do mnie.

– Ach, więc ślepiec prowadzi ślepca… – rzekł po chwili zmienionym głosem i pomógł Szperaczowi wstać. – Pozwól, że wyjaśnię ci, dlaczego lepiej zostawić to wszystko w spokoju, przyjacielu.

– Nie jesteśmy…

– Po mojej opowieści możesz bardzo szybko zmienić zdanie na ten temat – zaśmiał się krótko i wskazał w oddali ognisko, którego blask słabo tlił się pomiędzy liśćmi. – Jak twój żołądek? Chyba nie uderzyłem na tyle mocno, żebyś czegoś nie przełknął, co?

Mężczyzna tylko skrzywił się w odpowiedzi i ruszył bez przekonania za nowym towarzyszem.

Co mi jeszcze w głowie zostało, część druga

Veltec chciał się zerwać na równe nogi i dopaść krótkiego sztyleciku, który wbity był w biurko, jednak silne ręce przygwoździły go do fotela.

– Siedź – warknął Szperacz. – Czegoś ode mnie chcesz, czyż nie? Inaczej byś mnie nie wzywał… Dlaczego więc, kiedy zachodzę do ciebie nie witasz mnie, a próbujesz jedynie zdradziecko zadźgać we własnym domu? Nie wiem, mój panie, gdzie uczą takiej gościny, ale niech wszelkie bóstwa mnie przed nią chronią.

Uścisk jego rąk zelżał. Powoli obszedł fotel i usiadł po drugiej stronie biurka z wyczekującą miną.

– Proszę o wybaczenie – wysapał Veltec, czując jak lodowate krople potu spływają mu po gorących plecach. Wstał z miejsca i podszedł do kredensu, z którego wyciągnął dwa kielichy i karafkę wina. – Napije się pan ze mną, panie…

– Szperacze nie mają imion, ale żeby zadośćuczynić waszym prymitywnym formom kurtuazji proszę mnie nazywać Argraxem – powiedział znużonym tonem. – Odpowiadając na pańską sugestię… Z przyjemnością skosztuję.

Gdy wino zostało rozlane, a Veltec ponownie zajął swoje miejsce, wznieśli kielichy.

– Za pańskie nowe imię, panie Argrax – wypowiedział szlachcic.

– Za twoją nową prawdę, Veltecu Rolfe – syknął, z jadowitym uśmiechem, patrząc jak tamtemu kielich wypada z rąk. Szperacz rozparł się wygodnie na krześle, powoli sondując umysł mężczyzny. Nie chciało mu się bawić w wysłuchiwanie czego chce, dlaczego i ile jest gotów zapłacić. Przerzucał jego myśli jak sterty papierów, nie przejmując się bólem, który malował się na obliczu jego klienta. Oczywiście, mógł postępować delikatniej, ale nie miał na to ani czasu, ani ochoty. Umysł ludzki był tak skonstruowany, że nawet po takim spustoszeniu był w stanie dość szybko powrócić do siebie – w końcu nie usuwał mu żadnych wspomnień, a jedynie segregował je w tylko sobie znany sposób. Po kwadransie wiedział już wszystko i gwałtownie wycofał się z myśli Velteca. Głowa mężczyzny uderzyła z hukiem o biurko, jakby pchnięta od tyłu. Argrax parsknął cicho i pochylił się nad Rolfem. Szlachcic wymruczał przekleństwo i zaczął cicho szlochać.

– Już, już – powiedział, klepiąc go z politowaniem po plecach. – Napij się wina, Rolfe i idź spać. Wkrótce zapomnisz o bólu.

Nie zapomni. Nie spotkał dotąd człowieka, który byłby w stanie aż tak ochronić samego siebie i całkowicie odciąć się od tego wspomnienia. Nie potrafił jednak zrozumieć dlaczego ludzie zostali tak zaprojektowani – wszyscy Szperacze posiedli zdolność wyparcia czegokolwiek, co przeszkadzało im w pracy i codziennym funkcjonowaniu. Nie bali się, że złe słowo ich zrani i pozostawi ślad; ból fizyczny, którego sami sobie nie zadali, stanowił dla większości z nich całkowitą abstrakcję. W końcu któż przy zdrowych zmysłach podniósłby rękę na istotę zdolną grzebać w umyśle w tak dotkliwy sposób?

Argrax opuścił kamienicę Velteca głównymi drzwiami, odprowadzany zdziwionymi i jednocześnie przerażonymi spojrzeniami służby. Miał znaleźć informacje o pradziadzie Rolfego – tajemniczego Charasira. Był wdzięczny, że jego klient najpierw sam zajął się rozpoznaniem i postarał się zbadać wszystkie osiągalne dla niego informacje o przodku. Zaoszczędził mu tygodnie poszukiwań i powoli zaczynał żałować, że postąpił z nim aż tak brutalnie. Potrząsnął głową, odpędzając tę zbyt ludzką myśl, wszedł w ciemny zaułek i skrótem dostał się do miejsca, z którego można było najszybciej złapać powóz.

Wsiadł do pierwszego, którego właściciel akurat nie zdążył odwrócić wzroku. Nie cierpiał kościołów ani duchownych, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że bez wyciągnięcia od Van Moderstroma, gdzie znajdują się prawdziwe dane parafian, jego śledztwo mogłoby stanąć w martwym punkcie na bardzo długo.

Cała sprawa zaczynała go powoli bawić. Nie mógł uwierzyć, że Veltecowi, który do najbiedniejszych, ale i do najbogatszych nie należał, zależało tylko i wyłącznie na księdze krewnego. Owszem, jeśli wraz z jej znalezieniem wiązało się też odkrycie jakichś zaskórniaków ukrytych przez przodka, nie wzgardziłby nimi, ale ich brak niczego nie zmieniał. Liczyła się księga, której tytułu nie pamiętał lub nigdy nie poznał. Nie pamiętał również, czego dotyczyła jej treść, ale jej wspomnienie było w jego myślach na tyle żywe, że gdy grzebał w jego myślach niemal czuł pod opuszkami palców skórę, w którą była oprawiona. Szybko złożył dłonie w pięści i utonął w ciepłym mroku powozu.