Sztukmistrz z Lublina, czyli od bawidamka do rabina

Mało jest książek, które tak mocno i jednocześnie dobrze kojarzą mi się ze studiami. Zdaje mi się czasem, że wszystkie niesamowite powieści przeczytałam właśnie na pierwszym roku i to wrażenie po tylu latach dalej mnie nie opuściło.

Jasza Mazur jest sztukmistrzem – potrafi wykonywać rozmaite akrobacje i otworzyć niemal każdy zamek z zamkniętymi oczami. Jak na Żyda przystało ma on dom i żonę, jednak ze względu na specyficzny charakter pracy (wędrowanie od miasta do miasta ze swoimi występami) i ogromną popularność występów, swojej małżonce nie jest zbyt wierny. Ma romans nie tylko ze swoją asystentką, ale też z innymi paniami, których miasteczka odwiedza. Niestety, sympatią nie darzy go ortodoksyjne środowisko żydowskie, ponieważ nie dość, że nie uczęszcza do synagogi ani nie czyta świętych pism, to jeszcze otwarcie wątpi, że Bóg w ogóle istnieje. Jego punkt widzenia ulega jednak zmianie, gdy poznaje Polkę, Emilię. Dla niej jest gotowy zerwać ze swoimi żydowskimi korzeniami, ponieważ dziewczyna jest chrześcijanką i będzie skłonna związać się z Jaszą dopiero wtedy, gdy on przyjmie jej wiarę. Na skutek niefortunnych zdarzeń sztukmistrz zmuszony zostaje do przewartościowania swojego światopoglądu i odkrywa o sobie prawdę, której się nigdy nie spodziewał…

Mimo że Jasza to taki totalny egoista i cwaniaczek, nie byłam w stanie go nie polubić – Singer dopilnował, żeby Mazur stał się czytelnikowi bliski już od pierwszych chwil, dając wgląd do jego najskrytszych myśli i zamiarów.

Choć fabuła powieści może się wydać nieco tendencyjna – w końcu to moralitet – przez wychwalanie pobożności i dumy z własnego pochodzenia, to pamiętam, że nie mogłam się od niej oderwać. Myślę, że to przez język Singera i jego nieocenioną umiejętność oczarowywania czytelnika. W końcu mówi się, że nie ma złych historii, a są tylko te źle opowiedziane. W przypadku Singera ta teza z pewnością się potwierdza.

Reklamy