Front burzowy, czyli „M” jak „Mag”

Nie minęło znowu aż tak wiele czasu, od kiedy miałam w rękach tę książkę, ale przyznam, że już na początku pisania tej recenzji uświadomiłam sobie, jak niewiele pamiętam z jej fabuły. Po Froncie burzowym pozostało mi raczej jakieś wrażenie, niż faktyczne wspomnienia tego, co miało miejsce w powieści.

Harry Dresden, jedyny mag w Chicago, od czasu do czasu wykonuje różne zlecenia dla policji, pomagając jej w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek. Tym razem ma rozwikłać tajemnicę dwójki kochanków, którzy zostali pozbawieni swoich serc za pomocą czarnej magii. I w tym momencie moja pamięć powiedziała: tak, to naprawdę wszystko, co mamy na ten temat.

Mam jeszcze jakiś niewyraźny przebłysk o gadającej czaszce, która koniecznie Dresdena chce wyswatać z jakąkolwiek niewiastą, bo podobno bycie wiecznym kawalerem mu zdecydowanie nie służy.

Nie mogę powiedzieć, żebym się męczyła podczas czytania tej książki, jednak mam nieodparte wrażenie, że raczej po kolejne części nie sięgnę, a to z bardzo prostego powodu. Widać po Froncie burzowym, że był on wielokrotnie zmieniany i z tego powodu pewne rozwiązania, jakie napotyka się w powieści zdają się pasować jak kwiat do kożucha. Łatwo wyczuć, że autorowi zależało na upchnięciu jak największej ilości pomysłów w jednym miejscu, jakby się bał, że kolejnego utworu już nie będzie miał okazji popełnić.

Słyszałam, że w kolejnych częściach styl autora się poprawia, ale jestem nastawiona do tych książek w najgorszy z możliwych sposobów – są mi po prostu obojętne. Front burzowy podobał mi się, ale nie na tyle, żeby sięgać po nie zwłaszcza teraz, gdy mam coraz mniej czasu.

Reklamy