Podwójne standardy, czyli jak zostałam feministką w wieku 3 lat

Dopiero niedawno sobie uświadomiłam, że chłopcy w moim otoczeniu mieli dużo łatwiej, niż dziewczynki. I choć dzisiaj się mówi, że przesadzamy z poprawnością polityczną to czasami wydaje mi się, że wolałabym się urodzić teraz, niż doświadczać pewnych rzeczy w wieku dziecięcym.

Przedszkole. Mała ja zostaję popchnięta przez chłopczyka na parapet zrobiony z kamienia, bo chciałam się z nim bawić. Uderzam o niego brodą. Przedszkolanki mówią, że przesadzam i że powinnam była zostawić chłopców w spokoju, skoro nie chcą się ze mną bawić.

Ja gryzę chłopca, który mnie zaczepiał i dokuczał (dodam, że nie był synem kogoś ważnego), pół dnia spędzam w kącie, wytykana palcami nie tylko przez przedszkolanki, ale i dzieci. Przede wszystkim dziewczynki (bo przecież dziewczynki powinny się bawić lalkami, a nie bić). Nad ryczącym chłopcem wszyscy się litują.

I wtedy pomyślałam sobie, że to jest totalnie nie w porządku.

Mam naście lat. Jesteśmy na działce z rodziną. Ja kroję, a kuzyn-rówieśnik siedzi. Jego mama każe mu wstać i zacząć coś robić, za co strofuje ją babcia.

– Niech siedzi.

Obrzydliwy uśmiech satysfakcji wpełza na jego usta.

I wtedy pomyślałam sobie, że bardzo nie chcę, żeby tak było.

I za każdym razem myślałam tak, gdy mówiłam, że jestem lesbijką i słyszałam od facetów, że mnie z tego wyleczą, że nie spotkałam odpowiedniego mężczyzny, że to okres przejściowy, że mogłabym przynajmniej zdecydować się na bycie bi, bo wtedy bym na pewno z nimi była, że trójkąty są takie podniecające i że jak najbardziej są chętni.

I gdy jako dziewczątko musiałam czuć się jak zbrodniarka wyciągając po kryjomu z torby podpaski i nie mogąc mówić na głos, że mam miesiączkę, bo tak nie wypada, mimo że jajniki eksplodowały bólem i miałam ochotę wyć.

I gdy słyszałam, że na takie traktowanie ma się godzić każda dziewczyna, bo „tak musi być”, bo przecież biblia wyraźnie mówi, do czego służy kobieta, bo przecież takiego traktowania właśnie każda z nas chce, że bez mężczyzny dziewczyna jest niekompletna i nic niewarta.

Pewnie, nie mam źle. Jestem biała. Nie zaznałam biedy. Nikt nie może mnie zmusić do małżeństwa z mężczyzną, którego nie znam. Nie muszę mieć dziecka. Mam prawo uczyć się i pracować. Ale gdy czytam, że powinnam być wdzięczna mężczyznom, bo tyle im zawdzięczam, to wiem, że wszystko, co mówię i robię jest filtrowane przez pryzmat mojej płci. Walka o równe prawa i tę samą płacę to czasem wszystko, co niektórzy widzą pod pojęciem feminizmu. Czasem widzą też sfrustrowane kobiety, które nienawidzą mężczyzn. A ja widzę w nim szansę na to, żeby ktoś zaczął widzieć we mnie więcej, niż płeć.

To tak odnośnie słów pana Kaczmarskiego – rządowego specjalisty od szacunku wobec zakonnic.

Reklamy

Opowieść podręcznej, czyli „orwellowskie piekło kobiet”

Bardzo bałam się sięgnąć po tę książkę, ponieważ przyczyną mojej antypatii do powieści jest często wściekłość na głównych bohaterów. Miałam tak z Domem Augusty, więc Kot bez głowy od razu mnie ostrzegła, że Opowieść podręcznej może wywołać u mnie te same uczucia… Ale ja tak bardzo chciałam dać Margaret Atwood szansę, żeby jej proza mnie powaliła. I udało się.

Ta recenzja nie będzie euforyczna. Czuję się niezwykle przygnębiona po lekturze Opowieści, bo w niej zapisany jest mój najgorszy koszmar – przymus uległości, który wcale nie wydaje się taki odległy.  Nie chodzi mi tylko o uległość kobiet wobec mężczyzn, ale oto, że ludzka natura już taka jest, że nie ma dla niej większej pokusy, niż kontrolowanie drugiego człowieka bez żadnych konsekwencji.

Tę antyutopię poznajemy oczami Fredy. Nie jest to jednak jej prawdziwe imię. Otrzymała je ona po swoim Komendancie, żeby wiadomym było, do kogo należy. Kobieta ta jest Podręczną, której zadaniem jest urodzenie dziecka Komendantowi i jego żonie. W świecie tym wszystko podlega silnym regulacjom, a jedynym akceptowanym celem seksu jest prokreacja. Kobiety są przydzielane mężczyznom jako nagrody za przysłużenie się państwu. Geje, żydzi czy księża są brutalnie mordowani, a ich okaleczone ciała stanowią stały element „dekoracji” Muru. Dla kobiet nie ma żadnej ucieczki z tej sytuacji. Nawet samobójstwo nie wydaje się możliwe, ponieważ do rąk nie wolno brać im noży, okna nie otwierają się na tyle, żeby można przez nie wyskoczyć, a elementy, na których można by się powiesić są całkowicie usuwane z pokojów.

Podczas opisu rzeczywistości Freda zdaje się stać gdzieś całkiem z boku. Jakby nie dowierzała, że taki kształt świata jest w ogóle możliwy.

Zaczęłam się bać, że coś takiego może się przytrafić nam, Europejkom, bo w krajach muzułmańskich coś takiego prawie ma miejsce, a ekspansja tego wyznania sięga przecież swoimi mackami coraz dalej, ku coraz większym ilościom ludzi.

Odrodzona Susan Sontag

„Ta, od której próbuję uciec w towarzystwo innych ludzi. Ta leniwa. Ta, która śpi, a jak się zbudzi jest ciągle głodna. Ta, która nie lubi się kąpać ani pływać i nie umie tańczyć. Ta, która chodzi do kina. Ta, która obgryza paznokcie. Mówcie na nią Sue”. Tak, w jednym ze swych wpisów, charakteryzuje siebie Susan Sontag, amerykańska pisarka, reżyserka i krytyczka społeczna.

Kochająca i porzucana, matka, żona i kochanka, intelektualnie dojrzała i dziecięco naiwna, wulgarna i pokorna. Taka S.S. rodzi się na naszych oczach. Dzienniki Sontag wznoszą się ponad chronologiczny zapis epizodów życia; przepełnione refleksjami, recenzjami książek i filmów, uwagami na temat ówczesnego życia społecznego, ulubionymi cytatami, listami książek do przeczytania  — stają się swoistym strumieniem świadomości, który autorka traktuje jako „spłacanie długu pamięci”. Wraz z S.S. przeżywamy młodzieńcze zauroczenia, konflikty z matką, pierwsze homoseksualne kontakty, czy trudności związane z macierzyństwem.

Nie jestem entuzjastką tego typu literatury, staram się nie wkraczać na teren prywatny pisarzy, ponieważ jest to dla mnie, w pewnym sensie, obdzieranie ich dorobku z magicznej zasłony. Kiedy autor zostaje uczłowieczony, jego historie stają się wymysłem intelektu. Bezosobowość literatury jest mi potrzebna do przeżywania, do naiwnego wyobrażenia „poety natchnionego”, którego trans zostaje brutalnie przerwany wraz z nadaniem mu twarzy, a on sam staje się rzemieślnikiem, marionetką żonglującą słowami.

Do tej pory udało mi się przeczytać jedynie kilka biografii, lecz ta pozycja jest dla mnie wyjątkowa. Nieczęsto zdarza mi się przeżywać wraz z podmiotem, a w tym przypadku co drugą stronę śmiałam się do łez, bądź popadałam w głęboką depresję (i również płakałam). A zważywszy na to, że lektura zajęła mi kilka dni, wciąż jestem emocjonalnie rozhuśtana.

Jest to pierwszy z trzech planowanych tomów dzienników, obejmujący lata 1947-63. Z wypiekami na twarzy oczekuję kolejnych tytułów.

Kotbezgłowy

Sontag-Odrodzona