Z mgły zrodzony, czyli opowieść, o której nie można przestać myśleć

Po lekturze Drogi królów byłam przekonana, że minie naprawdę sporo czasu zanim jakaś książka ponownie rzuci mnie na kolana. No chyba, że kolejny tom cyklu Archiwum Burzowego Światła będzie na tym samym poziomie.

Przemierzając czeluście czytelniczego internetu postanowiłam dowiedzieć się więcej o Sandersonie i czy zdarzyło mu się więcej dzieł popełnić i trafiłam na Z mgły zrodzony. Przeczytawszy opinie postanowiłam nieco na nie zagwizdać, bo masa tych recenzji zaczynała się od słów „Liczyłam na kolejną Drogę królów, a to coś kompletnie innego”. Jeśli Sanderson jest naprawdę dobrym pisarzem, pomyślałam, to będzie stworzyć w stanie zupełnie inne uniwersum, które równie mocno pokocham.

 Historia skupia się wokół Vin – złodziejki będącej skaa (człowiekiem uznawanym przez arystokrację raczej za rodzaj zwierzęcia, które można do woli wyzyskiwać), która posiada – jak jej się wydaje – drobny talent, pozwalający wpływać na emocje ludzi. Dzięki tej umiejętności udało jej się przeżyć w potwornych warunkach. W skutek pewnej nieudanej akcji spotyka ona na swojej drodze Kelsiera – zrodzonego z mgły (ang. Mistborn, co brzmi dużo fajniej). Mężczyzna przejawia ogromne zainteresowanie dziewczyną i wkrótce odkrywa, że jest ona tym samym, co on – najrzadszą formą allomantką. Allomanci posiadają umiejętność spalania znajdujących się w ich żołądku metali i korzystania z ich niezwykłych właściwości. Kelsier bierze Vin pod swoje skrzydła i zaczyna ją szkolić w tej sztuce, wciągając ją tym samym do swojego karkołomnego planu – obalenia Ostatniego Imperatora – tyrana, który sprawił, że świat został pokryty popiołem i stworzył podział na arystokrację i skaa.

Zadanie to wydaje się niemożliwym do wykonania, ponieważ Ostatni Imperator jest ponoć nieśmiertelny i przez większość żyjących uważany za boga. Kelsier jednak sądzi, że znalazł sposób by go pokonać – zdobył 11 Metal, który wedle legend powinien umożliwić zabicie tyrana. Vin dołącza do jego bandy  i wkrótce przenika do arystokratycznego środowiska, by je szpiegować, udając niedoświadczoną panienkę z dobrego domu.

Z mgły zrodzony to książka, która sprawiła, że w trakcie pracy martwiłam się, co się stanie z Vin. Pokochałam postaci tej opowieści całym sercem i pozwoliłam, żeby Sanderson mi je złamał, a potem wlewał w nie otuchę. Jedyne, co bym zmieniła – to wątek miłosny, który znowu sprowadził silną damską postać do braku racjonalizmu z powodu mężczyzny, bez którego ta nie może żyć.

Pisarstwo Sandersona jest w stanie wynieść fantastykę na naprawdę wysoki poziom. Jeśli po Z mgły zrodzonym spodziewasz się drugiej Drogi Królów – rozczarujesz się. Ale jeśli oczekujesz powieści, która da ci do myślenia i która ujmie cię za serce to patrzysz na właściwego kandydata do lektury.

Reklamy

Fenomen zagranicznych pisarzy, czyli rozważania o polskim bólu dupy.

Raz na pół dekady zdarza się pisarz, nad którym wszyscy rozpływają się w zachwytach, prześcigają się w komplementach i w kilka miesięcy zyskuje taka osoba status bestsellerowego autora. Gdzie z tym się nie spotkamy? W Polsce. Nasz piękny, nadwiślański kraj gardzi debiutantami własnego łona, ale przyjmuje z radością i bez żadnych uprzedzeń świeżaków z krajów anglojęzycznych.

Taka Trudi Canavan, z całym szacunkiem dla niej, w Polsce dostałaby po tyłku od krytyków, z Sapkowskim i Piekarą na czele, i mogłaby zapomnieć, że jeszcze kiedyś ktoś będzie skłonny wydać jakąś jej książkę. Dlaczego? No bo taka Trylogia Czarnego Maga to książka z gatunku „dupy nie urywa, ale lekko się czyta”. Ale ponieważ Trudi Canavan nie jest Polką, tylko Australijką i dostała kilka nagród za swoje opowiadania (jedno od czasopisma, w którym pracuje, więc o tym wyróżnieniu to bym nawet w swojej biografii nie wspominała w Polsce, bo „to pewnie po znajomości”).

Z roku na rok jesteśmy coraz bardziej w szoku, że polska literatura ma mniej i mniej do zaoferowania, bo pojawiają się w niej ciągle te same nazwiska, a poziom książek nieubłaganie spada. A jak się uchowa jakiś debiutant to i tak nikt o nim nie usłyszy, poza jego rodziną, przyjaciółmi i może jakimś recenzentem, który ma przychylną notateczkę stworzyć na tył okładki, myśląc „a nuż jakiś idiota się nabierze i kupi”.

Z czego wynika traktowanie po macoszemu naszych debiutantów? Z bardzo prostej przyczyny – my Polacy nie potrafimy się cieszyć sukcesem drugiego człowieka. Jak to, mówimy, to ścierwo, ta zakała literatury z Pcimia Dolnego książkę wydaje? I już się nam piana z ust toczy, już nas ściska w środku, bo może komuś udało się pana Boga za nogi złapać.

Pozostaje jeszcze kwestia, że jest tylko kilku polskich autorów, których znają za granicą. Dlaczego? Czy Polska literatura, zwłaszcza fantastyka, jest w czymś gorsza od zagranicznej? Nie wydaje mi się. Może być tak, że polski wydawca niechętnie odsprzeda swoje prawa, żeby Polaczkowi-autorowi się w dupie przypadkiem nie poprzewracało, jak zobaczy wysokość honorariów. Albo tłumacz za drogi, albo nie daj Boże, trzeba się dołożyć do kosztów promocji… w euro, a kurs euro tragiczny przecież. A prawda jest taka, że jeśli by jakiegoś Polaka zaczęto lansować za granicą, to u nas połowa oszalałaby na punkcie jego „talentu”.

Smutny mamy ten kraj. A jaki durny.