Dykteryjki #2

Sytuacja numer jeden działa się w czasie ustroju komunistycznego. Wiadomo, kolejki, kartki i puste półki sklepowe. Czasy, których nie zaznałam i bardzo się z tego cieszę. Mój pradziadek był szewcem i naprawiał/robił (nie jestem pewna) buty kasjerce ze sklepu, koło którego mieszkał. Któregoś dnia rzucili coś ekstra do sklepu i wpada pradziadek, pewnie wymijając wszystkich stojących w kolejce. Zapewne towarzyszyły mu okrzyki typu „pan tu nie stał” itepe. Gdy podszedł do lady to niemal się na niej położył i czekał, aż zostanie obsłużony. Sklepowa zdziwiona jego zachowaniem grzecznie każe ustawić mu się na końcu,  kolejki, tak jakby to zrobiła w przypadku każdego klienta, na co pradziadek – zupełnie tym nie zrażony – wydziera się na całe gardło:

– COŚ MNIE, PICKO, NIE POZNAŁA?

Czy dzięki temu został jednak obsłużony – nie wiem. Ale hasło to przeszło do ważniejszych zwrotów używanych w naszej rodzinie.

***

 Druga historia zdarzyła się w pracy mojemu koledze. Dzwonił do lekarza i zanim zdążył powiedzieć o co chodzi, usłyszał w słuchawce:

– Szefie, nie mogę teraz rozmawiać, bo trzymam rękę w okrężnicy, żeby nie powiedzieć „w dupie”.

***

Prowadzący zapytał mnie od jakiego wierszu chciałabym zacząć omawianie poezji Leśmiana. Mówię, że z racji bycia listopadowym dzieckiem przepadam za Zaduszkami i chętnie od wiersza o tym samym tytule rozpocznę.

Prowadzący zsuwa okulary na nos i spogląda na mnie badawczo z uśmiechem.

– To jest nekromancja czy już nekrofilia?

***

Ostatnią opowieść usłyszałam od prowadzącego wykład wybitnego językoznawcy. Opowiadał o swoim koledze, któremu urodziła się trzecia córka. Dzieciątko, zdaje się, trzyletnie usłyszało od ojca, żeby przed snem posprzątało do woreczka swoje klocki. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast „dobrze, tatusiu” usłyszał od tego słodkiego stworzonka ubranego w puszystą piżamkę słowa: „chyba cię pojebało”.

KURTYNA

Reklamy

Dykteryjki #1

Od jakiegoś czasu zauważyłam, że swoje recenzje lubię ubarwiać jakimiś dziwnymi i nie zawsze związanymi z tematem opowieściami z życia własnego i znajomych. Postanowiłam dać upust swojej gawędziarskiej naturze po pierwsze dlatego, że historie te bywają naprawdę abstrakcyjne, po drugie żeby uniknąć krzywych spojrzeń od Kota bez głowy, która te opowieści zna już na pamięć i ma dość ich słuchania i wreszcie po trzecie z powodu ćwiczenia cudownego języka polskiego w piśmie.

[Ostrzeżenie: jeśli jesteś osobą, która wyklucza antykoncepcję – nie czytaj dalej, bo możesz poczuć się urażony]

Opowieść ta pochodzi z zamierzchłych czasów, gdy Internet w Polsce dopiero raczkował, nauczyciel cieszył się wciąż jakimś autorytetem wśród uczniów, a ja nosiłam glany i koszulkę zespołu Slipknot (koszulkę mam dalej, śpię w niej).

Przychodzi taki moment w życiu, gdy rodzice miast wziąć sprawy w swoje ręce, radośnie zapisują swoje pociechy na zajęcia z WDŻ i z ulgą odfajkowują rozmowę o seksualności ze swoimi dziećmi, zwalając ten obowiązek na nauczycieli. Martwicie się, że opowiem o nawiedzonej katechetce albo co gorsza zakonnicy czy księdzu, prawda? Kochani, zapewniam, że może być znacznie straszniej. Pani Dąbrowska, bo tak będą nazywać tę kobietę dla potrzeb tej historii, uczyła nas na co dzień historii sztuki/plastyki. Czy miała jakiś kurs uprawniający do uczenia młodzieży na temat seksu, nie wiadomo, jednak wypowiadała się o antykoncepcji z takim przekonaniem, że dziękowałam Bogu za swoją orientację seksualną.

Dowiedziałam się, że prezerwatywy powodują bezpłodność i że w zasadzie są dość zawodne, więc nie ma sensu ich stosować (o tym, że mogą zapobiegać złapaniu jakichś fajnych chorób wenerycznych jakoś nie przyszło pani Dąbrowskiej do głowy, żeby się o tym choćby zająknąć). Tabletki antykoncepcyjne – równie nieskuteczne – wysuszą nam macicę, a dziecko w łożysku będzie się miało fatalnie. Spirala na 90% wrośnie nam w macicę. Płyny plemnikobójcze i plastry antykoncepcyjne też są złe, ale do końca nie wiadomo dlaczego. Jedyną słuszną i skuteczną metodą jest kalendarzyk. No kurwa. Najlepiej to powiedzieć dziewczynkom, które wciąż mają nieregularną miesiączkę.

Jakby takich pierdół było mało, potem sytuacja przybrała dzięki pani Dąbrowskiej zupełnie komiczny i przerażający obrót spraw. Zaczęła się gadka, jak poderwać osobę płci przeciwnej. No i ta pieprzy frazesy, że jak chłopak widzi, że dziewczyna na niego często patrzy to na pewno jej się podoba i że powinien zagadać. Wszyscy się śmieją, nikt tego nie bierze do serca poza jednym człowiekiem. Po lekcjach kolega żartobliwie zaczął się do mnie przystawiać, a ja, ponieważ spinam się niesamowicie, kiedy w zasadzie obcy człowiek mnie dotyka, schowałam się w sobie i nie reagowałam jakoś stanowczo. Błąd. Wysłuchałam więc monologu o jego niesamowitości w każdej dziedzinie życia grzecznie nie zaprzeczając, żeby chłopaka nie wpędzać w kompleksy, co okazało się kolejnym błędem. Po chwili chłopiec zrzucił na mnie bombę:

– Widziałem jak na mnie patrzysz. Pani Dąbrowska mówiła, żeby reagować w takiej sytuacji… Zakochałem się w tobie. Zostań moją dziewczyną, a później żoną. Chcę też poznać twoich rodziców.

 Żałuję, że nikt nie sfotografował wtedy mojej miny. Wyobraźcie sobie – moje pierwsze oświadczyny, w wieku 13 lat, w dodatku od chłopaka!

Tak więc dzięki pani Dąbrowskiej nauczyłam się kilku ważnych lekcji:

  1. Nie patrzeć w okno, przy którym siedzi ktokolwiek. Może to zostać odebrane jako niezdrowa fascynacja.
  2. Nie uprawiać seksu. Przenigdy. Po co mi to?
  3. Protestować, gdy ktoś się przechwala. Lepiej, żeby miał kompleksy, niż przerośnięte ego.

Nie życzę żadnemu rodzicowi, żeby jego dziecko spotkało na drodze taką nauczycielkę. Zwłaszcza w przypadku takiego dziecka, które zaczyna powoli rozumieć, że nie jest heteroseksualne; o swojej „chorobie” i „zboczeniu” też mogłam się wielu ciekawych rzeczy nasłuchać. Więc zanim zwalicie ten niezbyt komfortowy temat do rozmów ze swoimi pociechami na nauczyciela, zastanówcie się, czy to na pewno jest odpowiedzialne.

Zły, czyli jak nas prowadzący wypieprzył z zajęć

Z okazji, że niektórzy z Was wciąż jeszcze są studentami, a sen z powiek spędza im coś takiego jak sesja, w ramach solidarności sięgnęłam do wspomnień swojej pierwszej sesji, a raczej przygotowań do niej, kiedy to na literaturze współczesnej mieliśmy omawiać Złego Leopolda Tyrmanda.

Wiadomo, jak traktuje się przedmioty na zwykłe „zal”, kiedy to jeden egzamin goni kolejny – po prostu się zlewa, ewentualnie poświęca się mu minimum uwagi (5 minut przed rozpoczęciem zajęć, żeby doprecyzować) i ma się nadzieję, że to wystarczy. Jak udowodnił nam w przeciągu 3 minut prowadzący – jest to założenie błędne.

Nasz leciwy doktor, skądinąd świetnie umiejący opowiadać o literaturze, swoim ciężkim krokiem wszedł do sali. Wszystkie oczy w niego wpatrzone, a w głowie modlitwa do bóstw zarówno świętych, jak i piekielnych, żeby nie pamiętał, co dziś omawiamy. Niestety, pamiętał i szybko odkrył, że żadna z nas książki nie skończyła (nie wspominając już o zapoznaniu się z opracowaniem, które było napisane tym rodzajem pretensjonalnej polszczyzny, która powoduje bezwolne wznoszenie oczu w górę i symptomy zgagi). Co więcej, tego dnia część dziewcząt miała mu oddać prace zaliczeniowe (ja byłam w grupie szczęśliwców, którzy postanowili pisać kolokwium na kolejnych zajęciach), więc pan doktor z mściwym błyskiem w oku opuścił nasze zajęcia i odmówił przyjęcia prac. Lamentom końca nie było, jak możecie zgadnąć, ale w końcu sytuacja skończyła się dla wszystkich szczęśliwie (choć dla niektórych po dłuższym czasie).

Mogę się tylko domyślać, jak wielką gratką było czytanie Złego w latach pięćdziesiątych, kiedy to ma miejsce akcja książki. Opisywana przez autora Warszawa żyje i jest chyba jednym z najlepszych „przewodników” po stolicy z tego okresu. Sam wątek może nie jest zbyt wyszukany, bo tytułowy bohater, przewijający się niezbyt często przez książkę, postanawia na własną rękę walczyć ze światkiem przestępczym Warszawy. Jak można podejrzewać, niektórzy z mieszkańców miasta pochwalają, a nawet czynnie wspierają poczynania mężczyzny.

Tyrmand daje też czytelnikom wgląd w różne środowiska – dziennikarskie, robotnicze czy chuligańskie, przez co wątek detektywistyczny jest zepchnięty nieco na dalszy plan. Zły jest miejscami wyjątkowo dowcipny i to w taki sposób, jakiego jeszcze nie widziałam (bo czy braliście kiedyś udział w orgii parówkowej?). Nie jest to powieść najwyższych lotów, rzecz jasna, ale porządne czytadło – idealne na wolne dni i lekkie odmóżdżenie.

Bohaterowie dają się kochać już od pierwszych chwil, kiedy ich poznajemy, choć jak na mój gust są zbyt czarno-biali i miejscami zbyt kluchowaci. Niemniej Zły to dla mnie książka z bagażem fajnych wspomnień, bo przypomina mi nie tylko o moim pierwszym roku na studiach, ale też o pierwszym roku życia poza domem rodzinnym.