Prince Lestat and the Realms of Atlantis, czyli 2016 nie był taki zły

Jak pewnie wiecie, mało którym cyklem jaram się tak bardzo, jak Kronikami wampirów, więc nie trudno się dziwić, że znowu darowałam sobie czekanie na tłumaczenie najnowszej powieści Anne Rice.

W kolejnej części krwiopijcom przyjdzie się zmierzyć z nieznanymi istotami. Choć podobne ludziom, posiadają one nieprawdopodobne zdolności regeneracyjne. Ich krew, nieważne jak wiele razy wyssana przez wampira, uzupełnia się po niedługim czasie, nie powodując przy tym większego uszczerbku na zdrowiu; ich kończyny odrastają w zastraszająco szybkim tempie; mogą funkcjonować miesiącami bez jedzenia i picia, choć czują potrzebę, żeby zaspokajać swój głód i pragnienie. I co najważniejsze, i jednocześnie najbardziej przerażające, siłą przerastają nie tylko ludzi, ale także niektóre wampiry. Zostały stworzone przez tajemniczych Rodziców, którzy poinstruowali ich o zadaniu, jakie mają spełnić w ludzkim świecie.

W powieści widzimy przede wszystkim świat oczami Lestata – Wampirzego Księcia, który staje przed wyzwaniem, żeby rządzić mądrze swoją niecodzienną społecznością krwiopijców. Towarzyszy mu Amel – ukryty w jego ciele duch, który mimo przeżytych tysiącleci bywa równie krnąbrny, kapryśny i infantylny, co wyjątkowo rozpuszczony chłopiec. Duch ten zdaje się jakoś łączyć krwiopijców z tajemniczymi istotami, gdyż reagują bardzo nerwowo, gdy tylko zorientują się, że jest w pobliżu.

W tej części ponownie dowiadujemy się nieco o tym, czym zajmowali się do tej pory główni bohaterowie Kronik – Armand, Louis czy Marius, jednak brakowało mi nieco większego skupienia uwagi autorki na nich kosztem punktu widzenia paraludzkich istot.

Nie ukrywam, że ogromnie się ucieszyłam do powrotu do uniwersum Kronik, jednak wydaje mi się, że Prince Lestat and the Realms of Atlantis troszkę zbyt pospiesznie zostało napisane i wydane. Oczywiście, nie zmienia to mojej miłości do Anne Rice i jej stylu pisania, który jak zwykle jest na bardzo wysokim poziomie. Ale jest to być może kwestia tego, że czytam tę powieść w oryginale, a jestem przyzwyczajona do polskiego stylu, podrasowanego przez rewelacyjnych tłumaczy. Jednej rzeczy jestem jednak pewna – zdecydowanie czuć pewien powiew świeżości w tej książce i czuję w niej potencjał na porządną kontynuację serii.

Reklamy

Wilcze przesilenie, czyli o moim spóźnionym zapłonie

Jak wiecie, dopiero niedawno zorientowałam się, że już dawno temu ukazało się polskie tłumaczenie Wilczego przesilenia. Gdzie wtedy byłam i co robiłam – a któż to może wiedzieć? 😉

Wielki ukłon w stronę książki, która na dzień dobry przypomina Ci w krótkim streszczeniu, co zdarzyło się w poprzedniej części. Drugi tom Daru wilka opowiada o dalszych losach Reubena, który coraz bardziej poznaje swoje wilkołacze krzyżmo, a także zmaga się demonami przeszłości (m.in. swoją byłą dziewczyną Celeste) i przyszłości. Anne Rice wpuszcza nas głębiej w świat pozostałych bohaterów cyklu – Felixa, Stuarta, Margona czy Laury. Okazuje się jednak, że to nowe życie Reubena nie obraca się tylko wokół wilkołaków, ale i innych, równie niewiarygodnych istot zwanych Leśną Szlachtą.

Spotkałam się z opiniami, że ta powieść jest strasznie nudna i jestem w stanie zrozumieć dlaczego ktoś tak może uważać, jednakże ja w Wilczym przesileniu odnalazłam tę błogość, którą dają mi wszystkie książki Anne Rice. Ta powieść wyjątkowo pozwoliła mi się zanurzyć w niesamowitej atmosferze domu wypełnionego antykami, książkami, interesującymi i nienarwanymi ludźmi. Co więcej to jest tak świetny czas na czytanie tej książki ze względu na porę roku, która tak dobitnie daje o sobie znać od kilku dni (przynajmniej w Krakowie).

Wiem, że niektórzy pragną od Anne Rice krwi, zmysłowych wampirów i akcji, ale dostrzegłam, że ja powoli zaczynam się skłaniać bardziej ku opisom, jakimi raczy nas pisarka. Jej dar wciągnięcia czytelnika w otchłań powieści przez tak dokładne i elokwentne wizje to coś, czego nie da się pojąć. Coś, czego ja – aspirująca i wciąż jeszcze kulejąca pisareczka – swoim wąskim zasobem słownictwa i wątłym umysłem nie będę w stanie jeszcze długo (a może nigdy) ogarnąć.

Winter is coming. Nie ma lepszej pory, żeby zacząć czytać Wilcze przesilenie. Zaufajcie mi 😉

Wilcze przesilenie i Książę Lestat w Polsce!

Okazało, że już jest. Od sierpnia zeszłego roku drugi tom Daru Wilka, czyli Wilcze Przesilenie autorstwa Anne Rice do kupienia w Polsce. Dowiedziałam się o tym dzisiaj. Brawo ja.

Ale, ale… Dzwoniłam dzisiaj do Domu Wydawniczego Rebis i dowiedziałam się, że… (brawa i fanfary proszę) Książę Lestat ukaże się w Polsce pod koniec października tego roku! Łuhu!

Zostawiam was z tą szczęśliwą wiadomością i pędzę do biblioteki. Miłego dnia!

Tak, jaram się jak Wokulski Łęcką, dlatego ikoną tego wpisu będzie zdjęcie podjaranej mnie.

 

Posiadłość Blackwood, czyli o powrocie do młodości.

Posiadłość Blackwood to kolejna książka, do której robiłam kilka podejść. Pierwsze miało miejsce jeszcze w liceum, drugie natomiast jakieś dwa lata temu. Od razu zaznaczam, że nie dlatego, że powieść była ciężka, ale z prostego względu – biblioteka 😉

Dziś wiem, po przeczytaniu prawie całych Kronik wampirów, że to właśnie ta powieść obudziła we mnie bezwzględne uznanie dla Anne Rice. Żadnego bohatera nie polubiłam tak jak Tarquina Blackwooda.

Młody Quinn, od niedawna krwiopijca, zakochany bez pamięci w Lestacie i jego historiach, włamuje się do jego domu, żeby zostawić tam list, opisujący jego niezwykłe życie i stanowiący wołanie o pomoc w kwestii pewnej istoty, która od zawsze mu towarzyszyła. Na szczęście dla naszego protagonisty, spotyka tam swojego idola, który zamiast ukarać go za nieposłuszeństwo i bezpardonowe naruszenie jego przestrzeni osobistej, z radością przejmuje rolę mentora Quinna, poznaje jego niesamowitą ciotkę lubującą się w kameach i stara się wraz z młodym wampirem rozwikłać tajemnicę istnienia Goblina – stworzenia, które wygląda identycznie jak Quinn, którego widzą jedynie nieliczni i który nie zostawił Blackwooda w spokoju, nawet gdy ten został przemieniony w nocnego łowcę.

Ta książka sprawiła, że pokochałam całym sercem Luizjanę. Tak bardzo chciałabym tam pojechać i poczuć, jak wrażenie, które całkowicie mnie opanowało podczas czytania Kronik wampirów wraca. Uwielbiam Lestata, Armanda, Mariusa… Nawet Jesse. Ale żadne z nich nie wzbudziło we mnie takiej miłości, jak Tarquin Blackwood. Nie wiem, co się z nim stało, bo wciąż jestem w trakcie lektury… Ale wiedzcie jedno – gdy wśród tych wszystkich wampirów, które wystąpiły w najnowszej książce Rice nie znalazłam imienia Quinn, moje serce trochę pękło, więc bardzo wolno czytam tę książkę, żeby jak najdłużej cieszyć się towarzystwem mojego ukochanego bohatera 😉

Prince Lestat, czyli nie mam czasu czekać na tłumaczy.

Nie mogę opisać, jak bardzo ucieszyłam się, gdy dotarła do mnie wiadomość, że Anne Rice napisała kolejną książkę z serii Kroniki wampirów. Jak pisałam wcześniej, powieści te miały na mnie ogromny wpływ i niewątpliwie ukształtowały moje oczekiwania co do literatury wampirycznej.

Powieść rozpoczyna się od krótkiego przypomnienia terminologii występującej we wszystkich książkach o wampirach. Jeśli ktoś martwi się, że tę serię przeczytał dawno temu – niech się nie lęka, ponieważ autorka przypomina wiele wątków, które wyparowały mi całkowicie z pamięci.

W Księciu… śledzimy nie tylko poczynania Lestata, ale też innych bohaterów Kronik, jak Armanda, Mariusa, Rose, Davida, Maharet, Benji’ego czy Jesse. Powieść ta jest fantastycznym odzwierciedleniem moich obaw co do współczesnego świata. Wśród wampirycznego społeczeństwa ktoś sieje zagładę, mordując Darem Ognia słabsze jednostki. Większość uważa, że jest to kolejna próba zgładzenia wszystkich posiadających Mroczny Dar. Główni bohaterowie Kronik stali się celebrytami – gdy pojawiają się w miejscu publicznych na kilka sekund zjawiają się fani, którzy robią im zdjęcia telefonami, a kilku głupców nawet decyduje się podszywać pod samego Lestata. Chodzą plotki, że tworzenie nowych wampirów stało się niemal niemożliwe, gdyż po transformacji śmiertelnik staje się czymś na kształt zombie. Wszystkiemu temu towarzyszy tajemniczy Głos, być może faktyczna istota, być może podszept jungowskiego cienia namawiający do zadawania bólu…

Ale nie mam zamiaru zdradzać wam wszystkiego, oczywiście, bo sama nie ukończyłam jeszcze książki, choć już na tym etapie lektury mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest ona sukcesem autorki. Widać, że fabuła powieści jest przemyślana, a poboczne wątki wyjaśniające pewne fakty z wcześniejszych części nie były nagłym olśnieniem Rice, a bardzo konkretnym planem, którego realizacja trochę się opóźniła przez jej nawrócenie. Mam nadzieję, że autorka Kronik wampirów zaakceptowała pewną prawdę – dla większości fanów pozostanie ona królową wampirycznej literatury. Jeszcze jedna istotna myśl nasunęła mi się podczas czytania. Podczas lektury Pokuty niezwykle brakowało mi bogatych opisów Anne Rice, za które ceniłam ją równie mocno, jak za historie, które powstały z jej rąk. Dzięki Bogu, w Księciu Lestacie autorka wraca do swojego niesamowitego stylu i czyni przez to dobrą książkę niemal doskonałą.

Przeczytajcie. Jeśli musicie, poczekajcie na tłumaczenie. Ja nie wytrzymałam i choć czytanie po angielsku przychodzi mi nieco trudniej, niż w języku ojczystym przyznaję, że nie żałuję swojej decyzji. Mam nadzieję, że tłumaczenie się pojawi szybko i że jak najwięcej osób będzie mogło powrócić do świata Kronik wampirów.

Dar Wilka, czyli stara dobra Anne Rice.

Czytałam tę książkę prawie dwa lata i zupełnie nie wiem, jak mogłam sobie na to pozwolić. Może dlatego, że to był zupełnie przypadkowy zakup na Targach Książki i że nawet nie wiedziałam, że nowa książka Rice wychodzi (tym samym składam ukłony za ninja kampanię marketingową dla wydawnictwa Rebis – naprawdę ciężko jest ukryć powieść autora tego kalibru).

Muszę powiedzieć, że przeglądając serwisy typu Lubimy Czytać czy Biblionetka byłam niemile zaskoczona tak małą ilością jej czytelników. Wiadomym jednak jest, że styl Rice do najłatwiejszych nie należy i trzeba go po prostu pokochać. W przeciwieństwie do Pokuty, która mocno mnie rozczarowała, Dar Wilka rozłożył mnie na łopatki. Wrócił niesamowity klimat, rozległe oraz jakże piękne opisy miejsc i, co chyba najważniejsze, fantastyczne postacie – tym razem wilkołaki.

Dla mnie ta książka to powrót do bycia szesnastolatką, która z wypiekami na twarzy zaczytywała się Kronikami wampirów, systematycznie wręczanymi przez swoją pierwszą miłość. Do ciepłego grudnia, który zaskoczył wszystkich, podobnie jak tegoroczna zima. I wreszcie do wrażenia, że wszystko, co najlepsze jest jeszcze przede mną.

Głównym bohaterem powieści jest Reuben, Słoneczny Chłopiec, który ma napisać artykuł o posiadłości w Nideck Point. Wydaje się, że to mężczyzna ze słynnego pokolenia, wychowywanego tylko przez kobiety. Zauroczony nie tylko wspaniałym domem, ale i jego właścicielką, Marchent Nideck, spędza tam noc, która obfituje w przedziwne wydarzenia oraz która zmienia jego życie na zawsze. Reuben odkrywa w sobie niesamowitą noc, z której postanawia zrobić odpowiedni użytek. Czy uda mu się ją opanować? Czy jest skazany na wieczną samotność przez siłę, jaką posiada? Kto odpowiada za jego przemianę i czy ujawni się jeszcze?

Na te pytania musicie sobie odpowiedź sami, czytając powieść Rice. Warto. Gwarantuję.