Fabryka os, czyli jak zbić czytelnika z pantałyku.

Pierwszy raz czuję się tak zbita z tropu po przeczytaniu książki. Nie mam pojęcia, jak się ustosunkować zarówno do tej powieści, jak i do samego autora (i tego, co ten facet miał w głowie).

Fabryka os jest w moim odczuciu przede wszystkim brutalna i obrzydliwa, ale nie można przestać jej czytać, bo cały czas zastanawiasz się, skąd ta książka wzięła się na liście BBC i dlaczego ktoś powiedział, że czyta się ją, jak arcydzieło. Jedyne, co mi się w tej książce spodobało to zaskakujące zakończenie. Niestety, całokształt powieści pozostawił w mojej głowie charakterystyczny niesmak, którego jeszcze długo nie będę mogła przeboleć, więc nie wiem, czy warto poświęcać swój czas na Fabrykę os, żeby tylko na końcu się zdziwić.

Tytułowa Fabryka jest kluczowym elementem w tej książce, chociaż jej prawdziwy sens poznajemy dopiero na końcu. Sam zamysł był dobry, ale nie odkrywczy. Okrucieństwo, które ma w sobie ta powieść było prostackie, płytkie i całkowicie nieuzasadnione. Zdaję sobie sprawę, jaki problem chciał przedstawić Banks, ale widzę też, jak nieudolnie mu to wyszło. Bardzo chciałabym się nie zgodzić z opinią Timesa, że „to zwykła szmira”, bo naśmiewam się często z wpływu autorytetów na sprzedaż książki, ale tym razem mieli rację.

Fabryka os mnie nie zachwyca. Ale jeśli ktoś uważa inaczej, chętnie z nim podyskutuję, bo może pokaże mi jakieś wartości tej książki, których nie zauważyłam przez emanującą z niej makabrę.

Reklamy

Morfina, czyli moje żołądkowe perturbacje.

Wiem, że recenzja, którą mam zamiar napisać nie spodoba się wielu osobom, bo Morfina pana Twardocha została nagrodzona Paszportem Polityki i jest nominowana do Nagrody Nike, ale nic nie mogę na to poradzić, że ta książka mnie wykończyła. I nie dlatego, że porusza trudną tematykę, tylko dlatego, że mi się nie podoba, że budzi we mnie odruch tak wielce wymiotny, że kiedy widzę kogoś czytającego Morfinę z wypiekami to robi mi się go żal. Bo nie wiem, czy czyta ją dlatego, że mu się podoba, czy dlatego, że Twardoch tu, Twardoch tam i Twardoch w mojej lodówce, no to trzeba Twardocha przeczytać.

Dochodzi ósma. Skręcam e-papierosa i zastanawiam się, skąd nam się wziął kult drugiej wojny światowej i to, że każda książka poruszająca tę tematykę od razu dostaje fory. Konstanty, Kosteczek, Kostuś Willemann. I jeszcze ten cudowny podtytuł, jak hasło rodem z zapowiedzi filmu mafijnego lat dwudziestych – kobiety, narkotyki i zdrada.

Jedenasta. Zrobiłam tzatzyki i uwięziona w domu przez zapowiedziane przyjście pana inkasenta, czekam, aż mnie oświeci fenomen tej książki. Zgwałcona Warszawa? Morfinista-antybohater, który ma problemy z tożsamością narodową, który wyśmiewa się z patriotycznych haseł, który jest całkiem zdominowany przez kobiety? Okej, w porządku. To mogło być dobre, jeśli odpowiednio napisane, ale mi się krew wylewała z oczu. Poza tym wyśmiewanie się z patriotyzmu dobrze wychodziło Gombrowiczowi, ale on swoim nazwiskiem, swoim czasem historycznym się pod tym podpisywał i umiał wyłuszczyć, gdzie nasza polskość kuleje.

Jest jednak coś interesującego w tej książce – opowieść na dwa głosy. Jeden z nich to nasz Kosteczek, nasz mądry i przebiegły Kostuś, który pieniądze oszczędzał i teraz może nawet czekoladę dla swojego synka kupić w tym niespokojnym czasie. Drugi głos, zdaje mi się, że kobiecy, to taki pół-narrator. Trochę śmierć, która zna zakończenie historii, a trochę głos wewnętrzny głównego bohatera. Przynajmniej ja tak go odczuwam. Ale pojawia się po jakimś czasie, w czym jest pewna niekonsekwencja.

Ale nie polubiłam Kostka i nie było mi go szkoda. I to jest mój największy zarzut stawiany tej książce. Nie oceniłam go za tchórzostwo, wygodnictwo czy kobieciarstwo, ani nawet za to, że nie mógł dociec, kim był. Jego postać po prostu mnie mierziła i najdziwniejsze jest to, że nie umiem stwierdzić, dlaczego.

Nie napiszę, rzecz jasna, że każdy kto czyta tę książkę jest ograniczony i zaślepiony jedynie Paszportami Polityki oraz innymi zaszczytnymi nagrodami literackimi. Dla mnie fenomen tej powieści (a raczej powieści powieści, jak bystrze zauważył sam Twardoch) jest niepojęty. Chcę tylko zaznaczyć, że książka, w której pojawia się data 1939 wcale nie musi być genialna. Powiem szczerze, przeczytajcie, dla własnej satysfakcji. Spodoba się Wam? Świetnie, bo każda powieść, która się człowiekowi spodoba i do niego trafia jest bardzo cenna. Nie spodoba się? Nie rozpaczajcie, bo trzeba przeczytać tysiące książek, żeby odnaleźć te, które naprawdę zmieniają nasze życie. Amen.

eM eR.