Polonistka versus korpomowa

Pamiętam, jaką idealistką byłam na początku swoich studiów. Tępiłam makaronizmy, sarkałam na błędy językowe i przewracałam oczami, gdy ktoś zadawał jakże ubóstwiane przeze mnie po dziś dzień pytanie „Co tam pisze?”. Wiele z tych zachowań zostało mi do tej pory, a jednak dopiero kiedy zaczęłam pracować w korporacji dotarło do mnie wiele rzeczy związanych z językiem. Być może dlatego, że językoznawca ze mnie zawsze był marny… 🙂

Jakieś półtorej roku temu po raz przekroczyłam próg korporacji jako pracownik i choć nienagannie znam angielski to przez moje pierwsze tygodnie pracy czułam się, jak w zupełnie innej rzeczywistości, w której ludzie porozumiewają się jakimś dziwnym polsko-angielsko-biznesowym dialektem. Pytana przez znajomych (zwłaszcza polonistów i polonistki), czy będę stosować korpomowę odpowiadałam dumnie, że „po moim trupie” i „chyba cię pojebało”… Ale, jak to mówi Bogusław Wołoszański, „prawda okazała się być zupełnie inna” już po dwóch-trzech miesiącach, kiedy zaznajomiłam się z całym sposobem pracy.

Staram się, żeby korpormowa zostawała w pracy i nie brała udziału w moim życiu prywatnym. Zazwyczaj nie mam z tym większego problemu, ale co jakiś czas przychodzi chwila, gdy ktoś z rodziny lub ktoś, kogo dawno nie widziałam pyta, czym się zajmuję w swojej firmie. Niech przed oczami stanie wam obraz człowieka, którego znacie jako tego, któremu najczęściej morda się nie zamyka, gdy usłyszy jakieś pytanie o coś, na czym się zna. Dokładnie ten sam człowiek zapytany o to, co robi w swojej pracy zamiera w bezruchu na jakieś dwie minuty – w jego oczach widać obłęd, wargi układają się w grymas wskazujący na zaawansowane procesy myślowe, a pot obficie rosi jego czoło. W końcu jego usta wypowiadają jedno zdanie po polsku, które w ogóle nie ma sensu gramatycznego. Oblicze pytanego wreszcie się rozpogadza, a ty dalej nie masz pojęcia, o czym ten człowiek mówi. Tak właśnie to wygląda, kiedy próbujesz opowiedzieć, co robisz w pracy bez wplatania korpomowy do swojej wypowiedzi 🙂

To wszystko fantastycznie zmieniło moje podejście do języka. Zauważyłam, jak bardzo człowiek nim przesiąka, jak szybko podłapuje najprzeróżniejsze sformułowania i że wszelkie próby tłamszenia jego ewolucji są przede wszystkim bezcelowe. Nie oznacza to, że popieram całkowite sikanie na zasady, które w języku obowiązują, ale nabyłam jakieś fajnej elastyczności jeśli chodzi o samo myślenie o zmianach w polszczyźnie.

Reklamy

Pieśń krwi, czyli jak fantasy znów mnie zaskoczyło

Mam takie momenty w swoim życiu, że mówię sobie po skończeniu kolejnej książki fantasy: To koniec, nie przeczytam już żadnej powieści z tego gatunku, która by mnie porwała przez najbliższe pięć lat. A potem zjawia się taki Anthony Ryan w moim życiu i mówi: Dziecinko, ty jeszcze nie wiesz…

Pieśń krwi opowiada historię Vaelina Al Sorny, który w wieku dziesięciu lat został oddany do Szóstego Zakonu przez ojca, niedługo po śmierci swojej matki. Zakon ten szkoli swoich braci na wojowników, którzy mają służyć Wierze za cenę swojego życia. Trening w tymże Zakonie należy do niezwykle surowych i składa się z wielu Prób, podczas których dzieci tracą życie.

Podczas swojego pobytu w Zakonie Vaelin zostaje przydzielony do grupy chłopców w podobnym do niego wieku i wkrótce zaczyna ich traktować jak swoich rodzonych braci, rozumiejąc, że to jego jedyna prawdziwa rodzina.

Cała magia tej książki polega na tym, że towarzyszymy Vaelinowi w czasie jego dorastania i obserwujemy, jak Ryan perfekcyjnie opracował rozwój tej postaci. Z dziecka, które ślepo ufa Wierze Vaelin powoli zmienia się w młodego mężczyznę, który zostaje wciągnięty w polityczne gierki władców i nawet się zakochuje. Poznaje też motywacje swojego ojca, gdy ten oddał go do Zakonu i odkrywa, że proste prawdy, którym do tej pory ufał nie mają tak naprawdę wiele wspólnego z rzeczywistością.

Powieść idealna jeśli tak jak ja wciąż czekasz na kolejny tom Imienia wiatru i powoli zaczynasz wątpić, że powieść zostanie wydana za twojego życia.

A Anthony Ryan zyskał kolejną wierną fankę jego twórczości.

Z mgły zrodzony, czyli opowieść, o której nie można przestać myśleć

Po lekturze Drogi królów byłam przekonana, że minie naprawdę sporo czasu zanim jakaś książka ponownie rzuci mnie na kolana. No chyba, że kolejny tom cyklu Archiwum Burzowego Światła będzie na tym samym poziomie.

Przemierzając czeluście czytelniczego internetu postanowiłam dowiedzieć się więcej o Sandersonie i czy zdarzyło mu się więcej dzieł popełnić i trafiłam na Z mgły zrodzony. Przeczytawszy opinie postanowiłam nieco na nie zagwizdać, bo masa tych recenzji zaczynała się od słów „Liczyłam na kolejną Drogę królów, a to coś kompletnie innego”. Jeśli Sanderson jest naprawdę dobrym pisarzem, pomyślałam, to będzie stworzyć w stanie zupełnie inne uniwersum, które równie mocno pokocham.

 Historia skupia się wokół Vin – złodziejki będącej skaa (człowiekiem uznawanym przez arystokrację raczej za rodzaj zwierzęcia, które można do woli wyzyskiwać), która posiada – jak jej się wydaje – drobny talent, pozwalający wpływać na emocje ludzi. Dzięki tej umiejętności udało jej się przeżyć w potwornych warunkach. W skutek pewnej nieudanej akcji spotyka ona na swojej drodze Kelsiera – zrodzonego z mgły (ang. Mistborn, co brzmi dużo fajniej). Mężczyzna przejawia ogromne zainteresowanie dziewczyną i wkrótce odkrywa, że jest ona tym samym, co on – najrzadszą formą allomantką. Allomanci posiadają umiejętność spalania znajdujących się w ich żołądku metali i korzystania z ich niezwykłych właściwości. Kelsier bierze Vin pod swoje skrzydła i zaczyna ją szkolić w tej sztuce, wciągając ją tym samym do swojego karkołomnego planu – obalenia Ostatniego Imperatora – tyrana, który sprawił, że świat został pokryty popiołem i stworzył podział na arystokrację i skaa.

Zadanie to wydaje się niemożliwym do wykonania, ponieważ Ostatni Imperator jest ponoć nieśmiertelny i przez większość żyjących uważany za boga. Kelsier jednak sądzi, że znalazł sposób by go pokonać – zdobył 11 Metal, który wedle legend powinien umożliwić zabicie tyrana. Vin dołącza do jego bandy  i wkrótce przenika do arystokratycznego środowiska, by je szpiegować, udając niedoświadczoną panienkę z dobrego domu.

Z mgły zrodzony to książka, która sprawiła, że w trakcie pracy martwiłam się, co się stanie z Vin. Pokochałam postaci tej opowieści całym sercem i pozwoliłam, żeby Sanderson mi je złamał, a potem wlewał w nie otuchę. Jedyne, co bym zmieniła – to wątek miłosny, który znowu sprowadził silną damską postać do braku racjonalizmu z powodu mężczyzny, bez którego ta nie może żyć.

Pisarstwo Sandersona jest w stanie wynieść fantastykę na naprawdę wysoki poziom. Jeśli po Z mgły zrodzonym spodziewasz się drugiej Drogi Królów – rozczarujesz się. Ale jeśli oczekujesz powieści, która da ci do myślenia i która ujmie cię za serce to patrzysz na właściwego kandydata do lektury.

Droga Królów, czyli o najbardziej nieporęcznej książce ever

Miałam dwa podejścia do tej książki, ale nie jak zwykle – z powodu zniechęcenia fabułą. Pierwsza runda rozpoczęła się, gdy Kot bez głowy przyniosła mi ją z biblioteki i uświadomiłam sobie, że niemożliwym będzie dla mnie czytanie tej powieści, gdy jadę do pracy (a w tym czasie najwięcej czytam poza weekendami) z powodu jej gabarytów. A więc niechętnie zwróciłam się ku drugiej rundzie – wersji cyfrowej.

Opowieść toczy się wokół kilku postaci – Kaladina, Shallan, Szetha i Dalinara, jednak ich losy z pozoru nie wydają się ze sobą zbyt ściśle powiązane. Żyją oni w świecie, gdzie jasny kolor oczu świadczy o wysokim urodzeniu i predyspozycjach do zostania potężnym wojownikiem. Jest w tej opowieści tyle wątków pobocznych i smaczków, że naprawdę ciężko jest w jednej recenzji streścić kompleksowość całego świata i wszystkich zasad nim rządzących.

Kaladin z zawodu jest chirurgiem, który w młodości marzył, żeby zostać wojownikiem, ale gdy wreszcie dojrzał do tego, że zamiast odbierać życie pragnie je ratować został zmuszony, żeby walczyć na wojnie.

Shallan to wykształcona dziewczyna, która musi posunąć się do oszustw i manipulacji, żeby zapewnić swojemu rodowi przetrwanie i ze wszystkich sił stara się dostać na naukę do Jasnah – uczonej heretyczki, która potrafi władać Dusznikiem – starożytną relikwią, która potrafi zmieniać jedną materię w zupełnie inną.

Szeth to zabójca, który posiada moc kontrolowania Światła Burz i Ostrze, które czynią go niezwykle niebezpiecznym. Nienawidzi on odbierania życia i często płacze, gdy zostaje do tego zmuszony.

Dalinar to zdecydowanie najmniej lubiana przeze mnie postać. Jest on świętoszkowatym jasnookim, który po śmierci swojego brata Gavilara, króla Alethich, zaczął szukać sensu wszystkich wydarzeń w księdze Droga Królów, którą jego krewny czytywał przed śmiercią. Jego celem jest zjednoczenie całej arystokracji walczącej ze sobą o dominację i bogactwa.

Droga Królów ma w sobie coś niesamowitego. To miejscami bardzo frustrująca powieść, gdy wciąż coś umyka bohaterom albo nie idzie po ich myśli, a z drugiej strony ciężko jest ogarnąć to, jak bardzo rozbudowana jest to opowieść i jak wspaniale dopracowana nie tylko fabularnie, ale też językowo. Złapałam się na tym, że na czas czytania książki Sandersona przestałam chcieć sięgać po inne, bo tylko ta tak naprawdę zaprzątała moje myśli i to tej historii chciałam poświęcić całą moją uwagę. Jedyną jej wadą, za którą w sumie autor nie odpowiada, bo odnoszę się do polskiej edycji, jest jej objętość zmieszczona w jednym wydaniu – gabarytowo przypomina Łaskawe i nie da się tej powieści w formie namacalnej czytać w drodze, w wannie a jedynie na łóżku, co mnie osobiście usypia – nieważne jak wciągają jest fabuła. A poza tym jedynym utrudnieniem – powieść obowiązkowa. Po prostu.

Prince Lestat and the Realms of Atlantis, czyli 2016 nie był taki zły

Jak pewnie wiecie, mało którym cyklem jaram się tak bardzo, jak Kronikami wampirów, więc nie trudno się dziwić, że znowu darowałam sobie czekanie na tłumaczenie najnowszej powieści Anne Rice.

W kolejnej części krwiopijcom przyjdzie się zmierzyć z nieznanymi istotami. Choć podobne ludziom, posiadają one nieprawdopodobne zdolności regeneracyjne. Ich krew, nieważne jak wiele razy wyssana przez wampira, uzupełnia się po niedługim czasie, nie powodując przy tym większego uszczerbku na zdrowiu; ich kończyny odrastają w zastraszająco szybkim tempie; mogą funkcjonować miesiącami bez jedzenia i picia, choć czują potrzebę, żeby zaspokajać swój głód i pragnienie. I co najważniejsze, i jednocześnie najbardziej przerażające, siłą przerastają nie tylko ludzi, ale także niektóre wampiry. Zostały stworzone przez tajemniczych Rodziców, którzy poinstruowali ich o zadaniu, jakie mają spełnić w ludzkim świecie.

W powieści widzimy przede wszystkim świat oczami Lestata – Wampirzego Księcia, który staje przed wyzwaniem, żeby rządzić mądrze swoją niecodzienną społecznością krwiopijców. Towarzyszy mu Amel – ukryty w jego ciele duch, który mimo przeżytych tysiącleci bywa równie krnąbrny, kapryśny i infantylny, co wyjątkowo rozpuszczony chłopiec. Duch ten zdaje się jakoś łączyć krwiopijców z tajemniczymi istotami, gdyż reagują bardzo nerwowo, gdy tylko zorientują się, że jest w pobliżu.

W tej części ponownie dowiadujemy się nieco o tym, czym zajmowali się do tej pory główni bohaterowie Kronik – Armand, Louis czy Marius, jednak brakowało mi nieco większego skupienia uwagi autorki na nich kosztem punktu widzenia paraludzkich istot.

Nie ukrywam, że ogromnie się ucieszyłam do powrotu do uniwersum Kronik, jednak wydaje mi się, że Prince Lestat and the Realms of Atlantis troszkę zbyt pospiesznie zostało napisane i wydane. Oczywiście, nie zmienia to mojej miłości do Anne Rice i jej stylu pisania, który jak zwykle jest na bardzo wysokim poziomie. Ale jest to być może kwestia tego, że czytam tę powieść w oryginale, a jestem przyzwyczajona do polskiego stylu, podrasowanego przez rewelacyjnych tłumaczy. Jednej rzeczy jestem jednak pewna – zdecydowanie czuć pewien powiew świeżości w tej książce i czuję w niej potencjał na porządną kontynuację serii.

Konan Destylator, czyli o tendencji zwyżkowej formy Wędrowycza

Przychodzi taki czas, że trzeba autorowi spróbować zaufać po książkowych rozczarowaniach. I o ile pójście do biblioteki czy pożyczenie od kogoś powieści wiąże się z niewielkim kosztem finansowym, to jednak czas, jaki poświęcamy danej lekturze jest nie do odzyskania. W przypadku najnowszej części przygód Wędrowycza postanowiłam zaryzykować podwójnie – nie dość, że poświęciłam swój czas to jeszcze pieniądze, choć zarzekałam się, że kupować Pilipiuka już nie będę po Homo bimbrownikusie.

Okazuje się, że Konan Destylator  to powrót do tego, co kochałam w Wędrowyczu najbardziej. I choć czuć pewną powtarzalność w tej części, nie jest to bezczelne autoplagiatowanie, a raczej czerpani z dobrej tradycji. Tom składa się z 15 opowiadań i jednego bonusowego, które zachęca do zapoznania się z cyklem wampirycznym Pilipiuka. Dodatkowo, z tyłu okładki można znaleźć nową porcję moich ukochanych ogłoszeń drobnych, nawiązujących nie tylko do rasowych stereotypów, ale i wydarzeń aktualnych.

Towarzysząc Jakubowi i Semenowi czytelnik zwiedzi opuszczone rejony Czarnobylu, pozna, jaki los spotkał legendarnego wojownika Konana Barbarzyńcę i między innymi dowie się, dlaczego Jakub naprawdę spalił swoją szkołę, gdy był dzieciakiem (to opowiadanie naprawdę warto przeczytać i strasznie żałuję, że więcej wam nie mogę nic przybliżyć, bo bym zepsuła całą frajdę z odkrywania prawdy).

Konan Destylator jeszcze lepiej, niż Trucizna wraca do zajebiście abstrakcyjnego świata Jakuba Wędrowycza. W tej częście przygód bimbrownika jest miejsce na śmiech, jest miejsce na zapytanie się pod nosem „co do…?” i wreszcie ma się wrażenie, że ten genialny cykl nie jest skończony, a jedynie jego słabsze części były chwilowym spadkiem formy autora.

Panie Andrzeju, pisz pan tak dalej, a jak nie, to Jakub znowu będzie widłami pod oknem straszył 😉

Upadek, czyli jak dorosnę to… pieprzyć Saszę Załuską. Chcę być Stellą Gibson!

The Fall usłyszałam od koleżanki z pracy i po pochłonięciu pierwszego sezonu byłam szczerze zdziwiona, dlaczego ten serial nie ma jakieś większej rzeszy fanów. Znalazłam w nim wszystko, co kocham w takich produkcjach o tematyce detektywistycznej:

  1. Główną bohaterką jest Stella Gibson – grana przez absolutnie cudowną Gillian Anderson – od której większość osób kreujących postaci kobiece powinna się uczyć. Nie jest to stereotypowa pani detektyw, na którą w domu czeka mąż i dzieci czy którą targają jakieś emocje wyssane z palca, bo się pokłóciła z tymże mężem, że za mało czasu poświęca dzieciom.
  2. Ogromnie mi się podobało, że darowano sobie oklepany motyw, jak to kobieta-policjant przez pół historii musi udowadniać wszystkim naokoło, że spokojnie równa się z facetami. Stella wie, że nie musi się upodabniać do mężczyzn ani ich poniżać, żeby wzbudzić w nich respekt.
  3. Równie mocno przypadło mi do gustu, jak pokazane jest codzienne życie antagonisty Stelli – Paula Spektora aka Dusiciela z Belfastu aka seryjnego mordercy (w tej roli James Dornan – dzięki Bogu nie mam popsutego jego wizerunku przez jedną żenującą produkcję, z pomocą której na zawsze będzie on kojarzony w USA z ogórkami porzuconymi po seansie w salach kinowych). Nie obserwujemy tylko, jak morduje, ale jak godzi swoje sadystyczne żądze z byciem mężem i ojcem.
  4. Belfast jest przecudnie pokazany. I mogę was zapewnić, że nie widzimy go tylko z tej ładnej strony.
  5. Przewija się również motyw dziwnej relacji między Paulem i 15-letnią opiekunką jego dzieci. Dziewczyna jest w nim zakochana do tego stopnia, że jest gotowa spierdolić sobie całe życie dla niego.

Krótko mówiąc: chcesz fajnego, niebanalnego i dającego do myślenia serialu z silną postacią kobiecą? Obejrzyj The Fall. Ale już!