Pochłaniacz, czyli jak dorosnę zostanę Saszą Załuską

Powiedzieć, że byłam pewna Katarzyny Bondy, gdy sięgałam po Pochłaniacza byłoby zwyczajnym kłamstwem. Obawiałam się, że stanie się moim kolejnym nemesis, na kształt Szczepana Twardocha, budzącym powszechny, zupełnie niezasłużony, zachwyt. Że zrobi się z niej brand najgorszego sortu, zwłaszcza teraz, gdy chcą ją promować za granicą. Ale nie, mówię twardo sobie i tym obawom, co korzenie już zapuszczają z tyłu mojej głowy, przeczytam dzielnie z maleńką nadzieją, że nie zmarnuję swojego cennego czasu.

Od razu poczułam ulgę, gdy okazało się, że będziemy towarzyszyć profilerce Saszy Załuskiej a nie kolejnemu, tak typowemu dla tego gatunku, policjantowi, który będzie wyglądał jak polska – często dość nieudolna – kalka Wallandera. Nasza protagonistka wróciła właśnie do kraju po kilku latach spędzonych za granicą, gdzie skupiała się przede wszystkim na swojej karierze naukowej. Profilerka nie ma zamiaru powracać do pracy w CBŚ, którą zajmowała się zanim wyjechała za granicę, jednak bardzo szybko zmienia zdanie, gdy otrzymuje propozycję dobrze płatnego zlecenia. Załuska powraca szybko do świata tak dobrze znanego z pracy w policji – mafii, gangsterki i brudnych interesów, a rozwiązaniem jednej z wielu piętrzących się zagadek może okazać się piosenka sprzed lat.

Sasza została fantastycznie skonstruowana przez Bondę. Jest nie tylko inteligentną i skrupulatną profilerką, ale także matką i niepijącą alkoholiczką. To chyba w tym momencie uświadomiłam sobie, jak genialną jest kreacją – gdy czytelnikowi dany jest wgląd w jej historię uzależnienia oraz to, jak zareagowała na jej problem rodzina. Przecież – i takie myślenie można spotkać do tej pory – ktoś, kto ma pracę, dom i wygląda tak dobrze nie może być alkoholikiem. A już na pewno nie mężczyzni – przecież oni tyle piją z natury, taka kultura. Załuska spotkała się z tym stereotypem alkoholika, którego utożsamiamy z człowiekiem bez pracy i często bez stałego miejsca zamieszkania. Prawda jest taka, że nawet wypachniona paniusia w 20-centymetrowych szpilkach i o nienagannych manierach, która pewnym siebie krokiem zmierza teraz do biura, mogła zeszłej nocy tankować niebotyczne ilości wódki i – co więcej – robi to od miesięcy, a nikt nie zauważył.

Pochłaniacz to jeden z tych kryminałów, które nie są jednorazowe. Choć po lekturze wiadomo, kto zawinił to jednak chce się wrócić do świata Saszy i spróbować wyłapać z książki jeszcze więcej informacji na jej temat. A jeśli chodzi o sam styl pisarki to widać po nim niesamowity nakład pracy Bondy i nie mam tu na myśli tylko rzetelnego przygotowania do opisywania pracy policji, ale do samego procesu tworzenia. Bonda doskonale wiedziała co i jak chce napisać. Pierwszy raz miałam takie wrażenie podczas czytania kryminału i mam nadzieję, że będę to widziała w powieściach coraz częściej.

Reklamy

Alienista, czyli dlaczego ostatnio się nie wysypiałam.

Ci którzy mnie znają i czytają moje recenzje wiedzą, że choć lubię kryminały to niespecjalnie się do takich powieści przywiązuję, traktując je jako tzw. jednorazówki. Z zasady powieści detektywistycznych (i im podobnych) nie kupuję, ponieważ nie zdarzyło mi się, żebym kiedykolwiek do takiej lektury wróciła, nawet po wielu latach. Sądzę jednak, że w przypadku Alienisty może być zgoła inaczej.

Nowy Jork, rok 1896. Nocą zostaje zbudzony John Moore, dziennikarz śledczy, pracujący dla „New York Timesa”. Wezwany przez swojego przyjaciela, dr Laszlo Kreizlera, dociera na miejsce zbrodni, gdzie został zamordowany 13-letni chłopiec, Georgio Santorelli, który był męską prostytutką. Ofiara została pozbawiona oczu, jej genitalia zostały wepchnięte do ust, gardło podcięte a pośladki wyrwane. Komisarz policji i przyjaciel tej dwójki, Theodore Roosevelt, prosi Moore’a i Kreizlera, żeby zajęli się tą sprawą w sposób dyskretny, gdyż nie wierzy on, że policja jest w stanie rozwikłać tej zagadki swoim zwyczajowym sposobem pracy. Okazuje się bowiem, że nie jest to pierwsza zbrodnia tego typu, która zdarzyła się w Nowym Jorku. Podczas śledztwa pomagają im Sara Howard (pierwsza kobieta zatrudniona w departamencie policji) i bracia Isaacson, którzy wprowadzają nowe metody pracy (takie, jak badanie odcisków palców czy antropometria kryminalna).

Powieść nie należy do świeżynek, a jednak zdumiewa mnie to, w jak intrygujący i niebanalny sposób prowadzona jest cała fabuła. Choć świat widzimy oczami Johna Moore’a to jednak prawdziwym bohaterem tej powieści jest dr Kreizler, który choć niezwykle inteligentny i znający się na rzeczy, myli się tak samo, jak każdy żywy człowiek. Alienista nie skąpi czytelnikowi psychologicznych dyskusji i analizy umysłu mordercy, jednakże czasami można mieć wrażenie, że książka jest trochę na siłę przedłużana tymi dywagacjami. Znalazło się w tej lekturze kilka wątków pobocznych, które według mnie można by spokojnie sobie darować, choć widzę w nich pewien zamysł autora i jestem w stanie go przyjąć.

Zawsze imponuje mi, gdy autor ma odwagę wpleść do swoich opowieści postaci historyczne i bez przesadnego naginania ich biografii, pozwolić czytelnikowi spojrzeć na te persony z zupełnie innej, bardziej ludzkiej, perspektywy. Postać Roosevelta, choć epizodyczna, jest właśnie w taki sposób nakreślona.

Alienista to zdecydowanie pozycja obowiązkowa dla fanów powieści detektywistycznych. Choć kładę się dość wcześnie spać i pilnuję ściśle swojego harmonogramu snu, to przez tę książkę kilkakrotnie niemal zaspałam do pracy. Jeśli taka rekomendacja was nie przekonuje to… ugryźcie się w pępek, cytując mojego tatę 😉

Zły, czyli jak nas prowadzący wypieprzył z zajęć

Z okazji, że niektórzy z Was wciąż jeszcze są studentami, a sen z powiek spędza im coś takiego jak sesja, w ramach solidarności sięgnęłam do wspomnień swojej pierwszej sesji, a raczej przygotowań do niej, kiedy to na literaturze współczesnej mieliśmy omawiać Złego Leopolda Tyrmanda.

Wiadomo, jak traktuje się przedmioty na zwykłe „zal”, kiedy to jeden egzamin goni kolejny – po prostu się zlewa, ewentualnie poświęca się mu minimum uwagi (5 minut przed rozpoczęciem zajęć, żeby doprecyzować) i ma się nadzieję, że to wystarczy. Jak udowodnił nam w przeciągu 3 minut prowadzący – jest to założenie błędne.

Nasz leciwy doktor, skądinąd świetnie umiejący opowiadać o literaturze, swoim ciężkim krokiem wszedł do sali. Wszystkie oczy w niego wpatrzone, a w głowie modlitwa do bóstw zarówno świętych, jak i piekielnych, żeby nie pamiętał, co dziś omawiamy. Niestety, pamiętał i szybko odkrył, że żadna z nas książki nie skończyła (nie wspominając już o zapoznaniu się z opracowaniem, które było napisane tym rodzajem pretensjonalnej polszczyzny, która powoduje bezwolne wznoszenie oczu w górę i symptomy zgagi). Co więcej, tego dnia część dziewcząt miała mu oddać prace zaliczeniowe (ja byłam w grupie szczęśliwców, którzy postanowili pisać kolokwium na kolejnych zajęciach), więc pan doktor z mściwym błyskiem w oku opuścił nasze zajęcia i odmówił przyjęcia prac. Lamentom końca nie było, jak możecie zgadnąć, ale w końcu sytuacja skończyła się dla wszystkich szczęśliwie (choć dla niektórych po dłuższym czasie).

Mogę się tylko domyślać, jak wielką gratką było czytanie Złego w latach pięćdziesiątych, kiedy to ma miejsce akcja książki. Opisywana przez autora Warszawa żyje i jest chyba jednym z najlepszych „przewodników” po stolicy z tego okresu. Sam wątek może nie jest zbyt wyszukany, bo tytułowy bohater, przewijający się niezbyt często przez książkę, postanawia na własną rękę walczyć ze światkiem przestępczym Warszawy. Jak można podejrzewać, niektórzy z mieszkańców miasta pochwalają, a nawet czynnie wspierają poczynania mężczyzny.

Tyrmand daje też czytelnikom wgląd w różne środowiska – dziennikarskie, robotnicze czy chuligańskie, przez co wątek detektywistyczny jest zepchnięty nieco na dalszy plan. Zły jest miejscami wyjątkowo dowcipny i to w taki sposób, jakiego jeszcze nie widziałam (bo czy braliście kiedyś udział w orgii parówkowej?). Nie jest to powieść najwyższych lotów, rzecz jasna, ale porządne czytadło – idealne na wolne dni i lekkie odmóżdżenie.

Bohaterowie dają się kochać już od pierwszych chwil, kiedy ich poznajemy, choć jak na mój gust są zbyt czarno-biali i miejscami zbyt kluchowaci. Niemniej Zły to dla mnie książka z bagażem fajnych wspomnień, bo przypomina mi nie tylko o moim pierwszym roku na studiach, ale też o pierwszym roku życia poza domem rodzinnym.

Kobieta w klatce, czyli o żmudnej detektywistycznej robocie

Rok 2002 nie okazał się udanym dla popularnej parlamentarzystki Merete Lynggaard. Została ona porwana z promu i uwięziona w tytułowej klatce. Więżący ją ludzie w jej każde urodziny zadają jedno pytanie: „Jak sądzisz, Merete, dlaczego tutaj jesteś?”. Jeśli kobieta odpowie poprawnie, nie będzie musiała przechodzić przez koszmar.

Sprawa Merete Lynggaard pięć lat później trafia w ręce Carla Morcka, który jest szefem nowo utworzonego Departamentu Q. Jest to dział policji mający za zadanie rozwiązanie spraw przedawnionych. Z początku Carl podchodzi do całej sytuacji dość sceptycznie, jednak z czasem przestaje wierzyć, że to mogło być zwykłe samobójstwo. W próbach znalezienia prawdy Carlowi pomaga asystent Assad, którego nie sposób nie kochać za sposób myślenia i podejścia do innych ludzi.

Kobieta w klatce fantastycznie ilustruje żmudny proces pracy policyjnej. Powieść nie ułatwia czytelnikowi i nie pokazuje tylko przełomowych momentów, ale też wprowadza wątki, które tylko pozornie mogą pomóc w śledztwie. Dzięki temu czytelnik może poczuć na własnej skórze frustrację śledczych.

Książka jest niezła, jednakże to kolejny kryminał, gdzie główny protagonista lubi sobie wypić, ma lekką depresję i ogólnie fatalne życie osobiste – czyli zwyczajowy detektyw z większości skandynawskich powieści. Nie jest to drugie Millenium, ale sądzę, że lektura nada się przede wszystkim dla osób, które mają za sobą Agathę Christie i rodzime kryminały. To dobry start dla tych, co nie potrafili się przekonać do literatury skandynawskiej.

Karaluchy, czyli jak audiobook może sprawić, że Borys Szyc przestanie irytować.

Jak pewnie pamiętacie, nie jestem zbyt wielką zwolenniczką kryminałów, ponieważ stanowią one dla mnie książki-jednorazówki, ale… chyba znalazłam powieść z tego gatunku, która nie tylko dała mi satysfakcję, ale i zachęciła do ponownej lektury. A raczej odsłuchania.

Sama lista aktorów, którzy czytają Karaluchy Jo Nesbo już zachęca, żeby się tą pozycją zainteresować (Borys Szyc, Bogusław Linda, Danuta Stenka i Magdalena Cielecka), jednak jest coś niesamowitego w sposobie pisania Skandynawów, że człowiek nie tylko jest całkowicie zaabsorbowany fabułą, ale czuje przyjemny dreszczyk emocji. Zachęcające jest też miejsce akcji powieści, bo nie są to standardowo Stany, ani piękne, skandynawskie krajobrazy, ale… Tajlandia!

Główny bohater, Harry Hole (Borys Szyc), policjant i alkoholik (to jedyna wada, że postaci skandynawskich kryminałów nagminnie zaglądają do kieliszka, więc ma się wrażenie, że w Norwegii trzeba mieć dyplom z nałogowego picia, żeby zostać dobrym śledczym), wyrusza do Tajlandii, żeby rozwikłać tajemnicę zabójstwa ambasadora. Kto jest mordercą i co skłoniło go do popełnienia zbrodni? Czy Hole został wytypowany do wyjazdu z powodu swoich umiejętności, czy też raczej z powodu picia, które skutecznie utrudniłoby poznanie prawdy…

Autor świetnie radzi sobie z oddaniem upalnego klimatu oraz tłoku, jakie panują w Bangkoku i, co najważniejsze, daje szansę czytelnikowi wspólnie z protagonistą rozwiązać zagadkę morderstwa. Pierwszy raz udało mi się nie tyle zgadnąć, co domyślić się, kto zbrodnię popełnił a przy tym nie zepsuć sobie przyjemności z lektury. Tego nie dokonała w moim przypadku nawet Agatha Christie, więc czapki z głów! Wyjątkowo polecam.

Pokuta, czyli jak wiara wpływa na literaturę.

Przyznaję otwarcie, że Anne Rice jest jedną z moich ulubionych amerykańskich pisarek. Jako licealistka pochłonęłam jej Kroniki wampirów i z wielkim żalem w sercu wyznaję, że po tym cyklu żadna z jej książek nie zaskarbiła sobie mojej sympatii czy uznania. Nie liczę też na to, że Rice wróci do wampirzych opowiadań, ponieważ sama stwierdziła, że będzie pisać „tylko na chwałę Boga”. Z jej wiarą wiąże się masa perypetii, o których jednak nie chcę pisać.

Pokuta średnio się Rice udała. Osoba redagująca tekst z tyłu okładki mocno się zagalopowała nazywając tę powieść hipnotyzującym thrillerem. Dlaczego? Bo nie jest ani jednym, ani tym bardziej drugim. Czytając tę książkę miałam wrażenie, że jest ona – co dla Rice wręcz nienaturalne – napisana bardzo pobieżnie. Mierził mnie także główny bohater, Toby O’Dare, płatny zabójca, który miał zapędy, ażeby zostać duchownym. Przez większość książki poznajemy jego życie, zanim został mordercą, ale także kilka trików, jak nie dać się rozpoznać, kiedy już kogoś jednak zabijemy. Dopiero pod koniec książki przenosimy się do trzynastowiecznej Anglii, która jest opisana bardziej, niż słabo. Frustruje to jeszcze bardziej, bo znam możliwości literackie Rice, które nie są przeciętne i które bez problemu mogłyby chociażby tym opisem podnieść wartość książki.

Toby O’Dare, zwany dalej Luckym Szczwanym Lisem, jest przezroczysty, miejscami wręcz zabawny w niezwykle smutny sposób. A, zapomniałam dodać… Rozpoczyna współpracę z aniołem – Malachiaszem, który wykorzystuje jego talenty w zbożnym celu.

Widzę w głównym bohaterze nieco samej Rice, która też swój talent pisarski postanawia wykorzystać na chwałę Pana, ale tak szczerze… Nie wiem, czy Bóg miałby coś przeciw powstawaniu dobrej literatury, zwłaszcza, jeśli w jej miejsce powstaje… wymuszona.

Rzecz o kryminałach, czyli poszukiwania książki doskonałej.

Kryminały to dość specyficzny gatunek książek, który definiuję jednym słowem – jednorazowość, ponieważ nie spotkałam się jeszcze z kryminałem, z którego czerpałabym radość podczas ponownej lektury. Z tego też względu nie kupuję pozycji z tego gatunku. Posiadam dwie, z czego jedną dostałam od portalu Biblionetka.pl za niezbyt pochlebną recenzję książki Szczepańskiego. I to by było tyle, jeśli chodzi o mój szalony, kryminalny dobytek.

Mam jeszcze jedną cechę, która dyskwalifikuje mnie jako porządnego czytelnika literatury detektywistycznej – fatalnie obstawiam morderców. Chyba nigdy nie udało mi się zgadnąć, kto zabija/kradnie/gwałci/wsuwa liściki pod drzwi i przyznaję, że to dla mnie niezwykle frustrujące. Mimo tych wątpliwych czytelniczych predyspozycji, literatura kryminalna czytana jest przeze mnie w podobnych ilościach, co fantastyka. Czyli znacznych.

Niestety, nikt mnie nie przekona, że poza bibliotekami ktokolwiek powinien literaturę kryminalną kupować, no chyba, że znajdzie mi tak genialną książkę, że odszczekam to, co teraz napisałam. Czytałam Agathę Christie, Conan Doyle’a, Mankella, Larsona, jedną książkę Wrońskiego (i na tym pozostanie) i zaczynam przygodę z Krajewskim, ale na razie żadna z przeczytanych przeze mnie lektur nie wywalczyła sobie prawa do znalezienia się na mojej półce obok innych zakupionych książek. Czekam zatem na wasze propozycje. I obiecuję odszczekać swoją tezę o jednorazowości i kupowaniu kryminałów, jeśli tylko dacie mi dzieło literatury kryminalnej, które powali mnie na kolana i sprawi, że  z radości eksploduje mi mózg.

eM eR.