Sztukmistrz z Lublina, czyli od bawidamka do rabina

Mało jest książek, które tak mocno i jednocześnie dobrze kojarzą mi się ze studiami. Zdaje mi się czasem, że wszystkie niesamowite powieści przeczytałam właśnie na pierwszym roku i to wrażenie po tylu latach dalej mnie nie opuściło.

Jasza Mazur jest sztukmistrzem – potrafi wykonywać rozmaite akrobacje i otworzyć niemal każdy zamek z zamkniętymi oczami. Jak na Żyda przystało ma on dom i żonę, jednak ze względu na specyficzny charakter pracy (wędrowanie od miasta do miasta ze swoimi występami) i ogromną popularność występów, swojej małżonce nie jest zbyt wierny. Ma romans nie tylko ze swoją asystentką, ale też z innymi paniami, których miasteczka odwiedza. Niestety, sympatią nie darzy go ortodoksyjne środowisko żydowskie, ponieważ nie dość, że nie uczęszcza do synagogi ani nie czyta świętych pism, to jeszcze otwarcie wątpi, że Bóg w ogóle istnieje. Jego punkt widzenia ulega jednak zmianie, gdy poznaje Polkę, Emilię. Dla niej jest gotowy zerwać ze swoimi żydowskimi korzeniami, ponieważ dziewczyna jest chrześcijanką i będzie skłonna związać się z Jaszą dopiero wtedy, gdy on przyjmie jej wiarę. Na skutek niefortunnych zdarzeń sztukmistrz zmuszony zostaje do przewartościowania swojego światopoglądu i odkrywa o sobie prawdę, której się nigdy nie spodziewał…

Mimo że Jasza to taki totalny egoista i cwaniaczek, nie byłam w stanie go nie polubić – Singer dopilnował, żeby Mazur stał się czytelnikowi bliski już od pierwszych chwil, dając wgląd do jego najskrytszych myśli i zamiarów.

Choć fabuła powieści może się wydać nieco tendencyjna – w końcu to moralitet – przez wychwalanie pobożności i dumy z własnego pochodzenia, to pamiętam, że nie mogłam się od niej oderwać. Myślę, że to przez język Singera i jego nieocenioną umiejętność oczarowywania czytelnika. W końcu mówi się, że nie ma złych historii, a są tylko te źle opowiedziane. W przypadku Singera ta teza z pewnością się potwierdza.

Reklamy

Portret Doriana Graya, czyli o oglądaniu archetypu cienia

Któż nie zna tak chętnie cytowanego dandysa Oscara Wilde’a? Niestety, w większości przypadków, gdy mówi się o nim, równie szybko, jak tytuł jego najpopularniejszego dzieła, w ustach rozmówców pojawia się to – świadczące o wrażliwości, inteligencji i otwartości – słowo-klucz „pedał”, podziwiane przez wielu do tego stopnia, że powtarzane niczym mantra nie tylko pod adresem tych, o odmiennych preferencjach seksualnych, ale i poetów, pisarzy czy mężczyzn, którym jakoś używanie określeń „dupa” czy „świnia” wobec kobiet mimo wszystko przeszkadza.

Wielka szkoda, że na wielu twórców zaczyna się spoglądać zupełnie inaczej, gdy na jaw wychodzi, kogo zabierali do łóżka (działa to jednak tylko w przypadku, kiedy „nieszczęście” chciało, że kreator jest tej samej płci, co jego obiekt westchnień). No ale cóż, z tym nieszczęsnym „pedałem” na razie się nic nie da zrobić, bo jaki mamy kraj – każdy po tym słowie widzi. Do książki zatem, moi mili, do książki!

Dorian Gray to dziewiętnastoletni i niezwykle urodziwy chłopak. Jego niewinność nie umyka uwadze malarza Basila Hallwarda, dla którego szybko staje się inspiracją. Mężczyzna postanawia uwiecznić piękno chłopca na portrecie naturalnej wielkości. Przyjaciel malarza – lord Henry Wotton – zaintrygowany niezwykłą urodą młodzieńca pragnie go poznać. Arystokrata przy poznaniu uświadamia Dorianowi, że ten posiada młodość i piękno, czyli atrybuty, dzięki którym jest w stanie osiągnąć wszystko. Gray zauroczony taką filozofią wygłasza życzenie, żeby wszystkie grzechy i przeżyte dni odbiły się na portrecie, ale nie na nim samym. Gdy faktycznie zaczyna się tak dziać – młodzieniec zaczyna używać sobie do woli, wiedząc, że wszelki ślad jego postępków zamknięty będzie w obrazie.

Mogłabym oczywiście w tym miejscu zacząć roztrząsać, jak brak widocznych na pierwszy rzut oka konsekwencji robi z ludzi bydlęta, ale chciałabym się skupić bardziej na postaci Henry’ego. Można rzec, że Dorian to żywa realizacja jego filozofii. I choć wielu z Was powie, że owszem, jeśli nawet go podpuszczał, to przecież Gray nie musiał Wottona słuchać – w końcu miał własny rozum. Pewnie. Ależ o ile łatwiej jest głosić hedonistyczne frazesy, niż faktycznie się do nich stosować? Dorian padł ofiarą swojej naiwności – w końcu miał tylko 19 lat, gdy Henry zaczął mu kłaść do głowy swoją wizję świata. Lord Wotton to świetnie wykreowany tchórz, który pod płaszczykiem cynizmu i lapidarnych sformułowań, z przerażeniem „spogląda” na dzieło, które stworzył swoją filozofią – z niewinnego i pięknego młodzieńca zrobił okrutnego potwora.

Zły, czyli jak nas prowadzący wypieprzył z zajęć

Z okazji, że niektórzy z Was wciąż jeszcze są studentami, a sen z powiek spędza im coś takiego jak sesja, w ramach solidarności sięgnęłam do wspomnień swojej pierwszej sesji, a raczej przygotowań do niej, kiedy to na literaturze współczesnej mieliśmy omawiać Złego Leopolda Tyrmanda.

Wiadomo, jak traktuje się przedmioty na zwykłe „zal”, kiedy to jeden egzamin goni kolejny – po prostu się zlewa, ewentualnie poświęca się mu minimum uwagi (5 minut przed rozpoczęciem zajęć, żeby doprecyzować) i ma się nadzieję, że to wystarczy. Jak udowodnił nam w przeciągu 3 minut prowadzący – jest to założenie błędne.

Nasz leciwy doktor, skądinąd świetnie umiejący opowiadać o literaturze, swoim ciężkim krokiem wszedł do sali. Wszystkie oczy w niego wpatrzone, a w głowie modlitwa do bóstw zarówno świętych, jak i piekielnych, żeby nie pamiętał, co dziś omawiamy. Niestety, pamiętał i szybko odkrył, że żadna z nas książki nie skończyła (nie wspominając już o zapoznaniu się z opracowaniem, które było napisane tym rodzajem pretensjonalnej polszczyzny, która powoduje bezwolne wznoszenie oczu w górę i symptomy zgagi). Co więcej, tego dnia część dziewcząt miała mu oddać prace zaliczeniowe (ja byłam w grupie szczęśliwców, którzy postanowili pisać kolokwium na kolejnych zajęciach), więc pan doktor z mściwym błyskiem w oku opuścił nasze zajęcia i odmówił przyjęcia prac. Lamentom końca nie było, jak możecie zgadnąć, ale w końcu sytuacja skończyła się dla wszystkich szczęśliwie (choć dla niektórych po dłuższym czasie).

Mogę się tylko domyślać, jak wielką gratką było czytanie Złego w latach pięćdziesiątych, kiedy to ma miejsce akcja książki. Opisywana przez autora Warszawa żyje i jest chyba jednym z najlepszych „przewodników” po stolicy z tego okresu. Sam wątek może nie jest zbyt wyszukany, bo tytułowy bohater, przewijający się niezbyt często przez książkę, postanawia na własną rękę walczyć ze światkiem przestępczym Warszawy. Jak można podejrzewać, niektórzy z mieszkańców miasta pochwalają, a nawet czynnie wspierają poczynania mężczyzny.

Tyrmand daje też czytelnikom wgląd w różne środowiska – dziennikarskie, robotnicze czy chuligańskie, przez co wątek detektywistyczny jest zepchnięty nieco na dalszy plan. Zły jest miejscami wyjątkowo dowcipny i to w taki sposób, jakiego jeszcze nie widziałam (bo czy braliście kiedyś udział w orgii parówkowej?). Nie jest to powieść najwyższych lotów, rzecz jasna, ale porządne czytadło – idealne na wolne dni i lekkie odmóżdżenie.

Bohaterowie dają się kochać już od pierwszych chwil, kiedy ich poznajemy, choć jak na mój gust są zbyt czarno-biali i miejscami zbyt kluchowaci. Niemniej Zły to dla mnie książka z bagażem fajnych wspomnień, bo przypomina mi nie tylko o moim pierwszym roku na studiach, ale też o pierwszym roku życia poza domem rodzinnym.

Solaris, czyli o lekkim strachu

Co jakiś czas mamy z Kotem bez głowy te momenty, w których rozmowa o codziennych sprawach schodzi na tematy literatury, zwłaszcza tej, z którą miałyśmy styczność dość dawno. Nagle sobie przypominamy, że nie dzieliłyśmy się wrażeniami z danej książki i rozpoczyna się wymienianie skojarzeń i uczuć, obok merytorycznych uwag.

Nie pamiętam, przy jakiej okazji opowiadałam jej o Solaris, ale dopiero dziś w pracy olśniło mnie, jak duże wrażenie zrobiła na mnie ta książka po tak długim czasie od jej przeczytania. Sięgnęłam po tę powieść jakoś na pierwszym albo drugim roku studiów (nie muszę dodawać, że z woli prowadzącego, a nie mojej własnej ;)) i przyznam, że wtedy niespecjalnie mi przypadła do gustu, bo jak wiecie – za science fiction nie przepadam.

Dziś, gdy mam nieco bardziej (choć wciąż mi do doskonałości w tej materii daleko), poukładane w głowie i większą wagę przywiązuję do samej treści, odcinając się od elementów potencjalnie przeszkadzających, zaczęłam sobie przypominać główną myśl Solaris i atmosferę całej historii.

Psycholog Kris Kelvin przybywa na planetę Solaris, która zamieszkiwana jest przez cytoplazmatyczny ocean. Rzekomo jest on inteligentną formą życia, jednak nikomu do tej pory nie udało się z nim porozumieć. W stacji badawczej, do której przybył Kris znajdują się dwaj naukowcy, których zachowanie wzbudza masę podejrzeń (z ich kabin słychać dziecko, trzaski, rumor wskazujący na obecność drugiego człowieka). Sam szef stacji popełnił samobójstwo zaledwie na parę godzin przed przybyciem psychologa.

Na stacji pojawia się po pewnym czasie zmarła żona Kelvina – Harey, za której śmierć psycholog czuje się odpowiedzialny (ta groziła, że targnie się na własne życie, a Kris zostawił ją samą sobie sądząc, że to tylko czcze gadanie). Jest ona idealną kopią żony Krisa, jednak stanowi ona niezniszczalny twór inteligentnego oceanu, którego psycholog z początku próbuje się pozbyć – jak wyrzutu sumienia. Z takimi koszmarami z przeszłości borykają się również pozostali bohaterowie.

Nie wiadomo, w jakim celu ocean odtwarza wspomnienia badaczy, a także dlaczego wybiera akurat te, które są dla postaci tak trudne. Być może jest to bardziej próba kontaktu, niż faktyczny pokaz wyższości i okrucieństwa, jednak nikt nie jest w stanie tego udowodnić.

A cóż mnie tak poruszyło w tej historii, zapytacie? Jedna scena, gdy Kris spaceruje po stacji badawczej i w pewnej chwili słyszy człapanie stóp. Po chwili mija go czarnoskóra kobieta, która kompletnie nie zwraca na niego uwagi. W swojej głowie słyszę te kroki bosych nóg, które zbliżają się nieubłaganie, a mnie zalewa fala bezsilności i lęku. Białe, sterylne niemal światło irytująco mruga, gdy zza rogu wyłania się kobieta, której wzrok patrzy dokładnie przeze mnie. Jej strój przypomina ten piękny, afrykański ubiór, który czci płodność, a jednak w tym miejscu to wszystko wydaje się jeszcze bardziej upiorne.

Nie wiem, czy w oryginalnej scenie światło było białe i migało, czy kobieta faktycznie była bosa, czarnoskóra i ubrana w plemienny strój, ale gdy tylko o tym fragmencie myślę – mam ciarki na plecach.

Solaris przeczytać wypada, ale to nie znaczy, że nie warto. Podobnie, jak w przypadku innych lektur z klasyki, bo gdyby nie ten kanon filologiczny – być może nigdy nie zebrałabym się w sobie, żeby po Lema sięgnąć, ot co.

Krew elfów, czyli powroty po latach #1

Każdy szanujący się wielbiciel i czciciel fantastyki polskiego pochodzenia przeczytał, czyta lub w najbliższym czasie będzie czytał sagę o wiedźminie autorstwa Sapkowskiego. To nasza polsko-fantastyczna biblia, duma, którą wymachiwaliśmy ostatnio dużo częściej przy okazji premiery – skądinąd genialnej – trzeciej części gry komputerowej Wiedźmin: Dziki Gon. Ja również zanurzyłam się w rozgrywce na długie godziny i wciąż dawkuję sobie tę historię, ponieważ doskonale wiem, jak będę potem zazdrościła każdemu, kto do tej gry będzie sięgał po raz pierwszy. Przy tej okazji uświadomiłam sobie, jak niewiele pamiętam z książek – poza wrażeniem, jakie na mnie wywarły. A ponieważ króluje doba audiobooków i tzw. superprodukcji, grzechem byłoby tego nie wykorzystać.

Dzielnie zatem brnąc w śniegu, ściskając papierosa w przemarzniętej dłoni i unikając ludzi jak ognia wsłuchiwałam się na nowo w opowieść, która teraz stawała się dla mnie dużo jaśniejsza i równie interesująca, gdy do niej sięgałam po raz pierwszy.

Kilka spostrzeżeń po wysłuchaniu:

  1. Everett to zdecydowanie jedno z najbardziej wkurwiających dzieci w historii literatury (poza Orszulką Kochanowską). Powtarzanie w kółko, że mój tatuś ma większy miecz, szybciej biega, ma większe wąsy obudziło moją pedofobię (fobię, nie filię, podkreślam) na nowo, bowiem takich dzieci jest na pęczki w autobusach, restauracjach i innych miejscach publicznych; są to tak zwane ofiary bezstresowego wychowania (nie, nie są rezolutne, jak próbują utrzymywać ich rodzice, tylko durne). Wiesz, co Everett? Po pierwsze to: wal się na ryj, po drugie: twój ojciec może i jest lepszy od innych w wielu dziedzinach, ale mój przynajmniej umiał wychować swoje dziecko.
  2. Droga Triss, jeśli Yennefer jest twoją przyjaciółką to boję się myśleć, jak postępujesz ze swoimi wrogami.
  3. Przyswojenie wszystkich zależności politycznych objawiło się u mnie tępawym wyrazem twarzy i całkowitym brakiem czujności, przez co dwukrotnie zostałam zaskoczona od tyłu w drodze do pracy (nie bijcie mnie więcej po plecach, błagam, nawet jeśli to wyraz sympatii).
  4. Drogi Geralcie, ze wszystkich określeń, jakich można użyć wobec ukochanej kobiety, słowo „przyjaciółka” jest chyba najbardziej niefortunnym (poza wulgaryzmami, rzecz jasna).
  5. Jeśli komukolwiek wydaje się, że jedynym słusznym wyjściem z trudnej sytuacji politycznej jest zabicie dziecka to taka osoba nie powinna zarządzać nawet jadłodajnią, a co dopiero państwem.

Kolejne, równie błyskotliwe spostrzeżenia pojawią się po Czasie Pogardy.

Chłopi, czyli o genderowych problemach Boryny i seksualności Jagny

Nie martwcie się. To nie jest wpis, który ma udowadniać, że Boryna miał potrzebę zmiany płci, a raczej nawiązanie do niektórych maturzystów, wedle których Maciej Boryna miał być kobietą (podobnie jak Wernyhora czy… Jurand). Nie wspominając już o tym, że pewne osoby twierdzą, jakoby Ignacy Rzecki podkochiwał się w Wokulskim 😉

Lipce. Nadchodzi jesień. Maciej Boryna, najbogatszy gospodarz we wsi, dwukrotny wdowiec, decyduje się na ponowny ożenek z najpiękniejszą dziewczyną we wsi – Jagną. Są tylko dwa maluteńkie problemy. Jagna jest zakochana i sypia z jego synem Antkiem oraz określenie jej jako leniwej nawet w połowie nie oddaje sposobu, w jaki się zachowuje.

Niestety, większość z nas uważa Jagnę za zwykłą dziwkę, nimfomankę w najlepszym wypadku. Nie chcę nawet zaczynać kolejnego zdania od słów „gdyby w książce postępował tak mężczyzna, to…”. Minęło ponad sto lat od napisania Chłopów, a generalizowanie kobiet, które nie wstydzą się podążać za swoją seksualnością wciąż jest identyczne. Jasne, w większości wypadków nie wywiozą teraz żadnej na wozie gnoju, ale napiętnują ją równie mocno, co wtedy. Faceci z krzywymi uśmiechami powiedzą, że zamek, do którego pasuje każdy klucz jest chujowy, ale klucz, który pasuje do każdego zamka jest zajebisty. Warto się zastanowić, ile męskich postaci fikcyjnych podziwia się za podboje seksualne, żeby nie szukać w literaturze to spójrzmy chociażby seriale Californication czy Jak poznałem waszą matkę.

Najgorsze jest to, że ta krytyka kobiet rozbudzonych seksualnie nie idzie tylko ze strony męskiej. Jak łatwo nam, przedstawicielkom tej samej płci, przychodzi piętnowanie takich dziewczyn? Jagna była zagubiona, nie widziała nic złego i uwłaczającego w czerpaniu przyjemności z seksu. Żony mężczyzn, z którymi sypiała winiły ją za wszystko. Jakby faceci nie potrafili samodzielnie myśleć i odpowiadać za swoje czyny, a przecież wiemy, że to potrafią.

Chłopi to nie tylko powieść o życiu we wsi. Warto spojrzeć na nią też jak na diagnozę sytuacji kobiet wobec seksu. Minęło ponad sto lat, a podejście do tej sprawy wciąż mamy niemal identyczne. Jak sądzicie, dlaczego?

Wiek niewinności. O „Władcy much” Williama Goldinga  

Książka należąca do kanonu najważniejszych powieści XX wieku, znajdująca się na liście stu najlepszych anglojęzycznych powieści powstałych po 1923 roku (według magazynu „Time”), dwukrotnie sfilmowana, powszechnie uważana za arcydzieło światowej literatury.

Powieść Goldinga opowiada o grupie chłopców w różnym wieku, którzy po katastrofie lotniczej znaleźli się na bezludnej wyspie. Pozbawieni nadzoru dorosłych próbują zrekonstruować normy i zasady społeczne rządzące współczesnym światem, jednak ich ambitne plany boleśnie zostają skonfrontowane z rzeczywistością. Utopijne marzenie głównego bohatera — Ralfa — o zorganizowanym i zgodnym życiu, jakie będą wiedli do czasu przybycia pomocy, obraca się w niwecz. Siła pokonuje dobroć, strach zwycięża rozsądek, tyrania góruje nad wspólnotą.

Bezpośrednim źródłem była dla Goldinga Koralowa wyspa autorstwa Roberta Michaela Ballantyne’a w której trzech angielskich chłopców: Ralf, Jack i Peterkin, rozbitków z zatopionego okrętu, ląduje na tropikalnej wyspie, gdzie natykają się na piratów i ludożerców, lecz przezwyciężają wszelkie przeciwieństwa, wykazując angielską dzielność i chrześcijańskie cnoty.

 Można by powiedzieć, że »Koralowa wyspa« to gniotowata opowieść z morałem, w której być dobrym znaczy być Anglikiem, chrześcijaninem i „fajnym chłopcem” i w której wszelkie zło jest nieangielskie, dzikie i dorosłe. Trzej chłopcy są rozsądni, samodzielni, pomysłowi i pełni cnót, krótko mówiąc: nie przypominają rzeczywistych chłopców.

Samuel Hynes, »William Golding«,
„Literatura na świecie” 1984, z.11

Władca much jest zaprzeczeniem powieści Ballantyne’a. Golding, nie zgadzając się z moralistyką Koralowej wyspy, starał się pokazać, że zło nie jest domeną piratów i ludożerców, ale rodzi się w ciemności ludzkiego serca. Postawę z Koralowej wyspy prezentuje Jack, gdy mówi:

 Ostatecznie nie jesteśmy przecież dzikusami. Jesteśmy Anglikami, a Anglicy są we wszystkim najlepsi.

W podobnym duchu wypowiada się oficer w końcowej partii powieści, lecz obaj są w błędzie — brytyjscy chłopcy to w istocie okrutne i krwawe dzikusy, które obracają wyspę w kupę zgliszcz, niwecząc sen o niewinności.

Władcę much należy czytać jako powieść o wymowie moralnej; przedstawiającą taką koncepcję ludzkiej deprawacji, jaka przystaje do chrześcijańskiej doktryny grzechu pierworodnego, lecz się do niej nie sprowadza. Golding nie wspomina o Łasce czy Bogu; mówi sporo o istocie zła, ale milczy na temat zbawienia.

wladca-much-b-iext3842766

William Golding, Władca much
Wydawnictwo Literackie, 2010
Tłumaczenie: Niepokólczycki Waldemar