Zaginiona, czyli o lekkim rozczarowaniu

Bardzo radośnie podeszłam do informacji, że po tylu latach Pilipiuk zdecydował się dopisać kolejną część do mojego ukochanego cyklu o Kuzynkach Kruszewskich. Niestety, zgodnie z moimi przewidywaniami i recenzjami, jakie wpadły mi w oczy powieść nie zachwyca, a nawet lekko frustruje.

Ciężko mi nawet opisać fabułę, bo o ile w wykonaniu Pilipiuka jako tako się trzymała, o tyle spod moich palców wyjdzie jakiś totalny bełkot. Miałam nadzieję, że książka będzie dowcipna i wciągająca – hermetyczne żarciki zdecydowanie jej nie służą, a przez całość dość mocno się przemęczyłam. Najciekawsze jest jednak to, że gdyby to był mój pierwszy kontakt z tym cyklem nie byłabym tak rozczarowana – ot, kolejna książka, która jest całkiem niezła. Niestety, mam porównanie i Zaginiona wypada w nim strasznie słabo.

Spróbujmy. Anna Czwartek to dziewczyna, która niespecjalnie rzuca się w oczy. Jada w barach mlecznych, ubiera się w ciuchy z lumpeksów, na studiach nie jest ani wybitna, ani przesadnie słaba. A jakimś dziwnym trafem bez trudu potrafi rozpoznać alchemiczkę w Stanisławie Kruszewskiej. Skąd wie, kim tak naprawdę jest Stanisława? Po co jej XIX-wieczna mapa Frieslandu? Losy kuzynek i Anny nieprzerwanie się splatają i możecie mi wierzyć – nie jest to zwykły przypadek.

Najbardziej wkurzyło mnie doczepienie historii. Fabuła się kończy, wszystko się wyjaśnia, obracasz stronę i widzisz Czarne skrzypce. Inne opowiadanie, którego treści już nawet nie pamiętam. Poza tym, że przewijał się tam Hans, skrzypce i jakiś magiczny miód, pod wrażeniem którego była alchemiczka.

Wydawnictwo Fabryka Słów uważam za jedno z lepszych. Zawsze imponowało mi fantastycznie wydawanymi książkami. O ile skład Zaginionej jest bez zarzutu, to okładka wygląda tak, jakbym ja ją zrobiła. Czyli słabo. Widziałam, że pojawiła się też wersja przystająca do poprzednich wydań, dużo ładniejsza (co pewnie zasmuci tych, którzy już weszli w posiadanie zielonkawego beboka).

Niemniej, chciałabym przestrzec wszystkie osoby zafiksowane na Kuzynki Kruszewskie, że dobrym pomysłem może być zachowanie ich historii w sercach, która kończy się na trzecim tomie.

Reklamy

Podsumowanie fantastyki, czyli co dobrego zdarzyło się dla mnie w 2014.

Nie ukrywam, że jestem bardzo zadowolona z postępów czytelniczych, jakie poczyniłam w tym roku. Znalazłam nie jedną, a kilka książek z mojego ukochanego gatunku (fantasy), które totalnie zmieniły moje postrzeganie nie tylko na świat, ale na ten gatunek literacki, który przez wiele osób uważany jest za niski i typowo rozrywkowy.

Na wstępie oświadczam, że nikt, nieważne jakie pieniądze by mi oferował, nie byłby mnie w stanie przekonać, żebym pochlebnie wyrażała się na temat książek Trudi Canavan, bo są to powieści, które – moim zdaniem, z którym każdy ma prawo się nie zgodzić – psują gatunek fantasy. Fabuła jej sławnej trylogii jest tak oklepana, że sprawia, iż mam ochotę polać się benzyną i podpalić. Dwukrotnie. Wiem, że „oklepanie” zarzucałam też autorce Czarnoksiężnika z Archipelagu, ale biorąc pod uwagę, kiedy ta powieść została napisana… Powinnam tę cechę zarzucać innym pisarzom.

Imię wiatru Samo ostrze zdecydowanie są powieściami, których w Polsce się nie docenia. Niestety, ubolewam nad ich wysoką ceną w księgarniach, która skutecznie może odstraszyć potencjalnego nabywcę (dziękuję polskiemu rządowi za tak usilnie działania w ogłupianiu społeczeństwa, ale tak szczerze to daje sobie ono spokojnie radę i bez nakładania VAT-u na książki). Jeśli jeszcze ktoś z Was nie przeczytał żadnej z tych powieści, niech natychmiast się za to weźmie, ponieważ życie jest zbyt ważne, żeby przeżyć je bez tych powieści. Serio.

Miłą niespodzianką okazało się dla mnie wydanie Księcia Lestata przez Anne Rice. Marzyłam, żeby powrócić do świata z Kronik wampirów, ale nie sądziłam, że kiedykolwiek się to stanie. Choć przedzieram się przez tę powieść dość powoli, to widzę z zadowoleniem, że jest to wciąż ten sam styl pisania mojej ukochanej autorki.

Co planuję w kolejnym roku? Oczywiście pisać więcej recenzji i czytać więcej książek. Mam nadzieję, że powiedzie się również mój zamiar rozpoczęcia cyklu poświęconego literaturze dziecięcej, którą niektórzy współcześni autorzy gwałcą uważając małego człowieka za idiotę. Również liczę, że zmotywuję się do kontynuowania cyklu o baśniach. Bo baśnie, powiedzmy sobie to szczerze, powinni czytać przede wszystkim dorośli.

Każdy musi płacić, czyli gdzie te trupy?

Osoba, która jest na tyle bezczelna, że okładkę jakiejś książki ozdabia napisem „Polska odpowiedź na Grę o tron” musi być przygotowana na to, że większość czytelników ją wyśmieje. W najlepszym przypadku, rzecz jasna.

Zrobiłam sobie podobne porównanie, jak w przypadku książki Olgi Gromyko. A więc przed państwem prezentuję to, czego oczekiwałam po książce z dobrego wydawnictwa (Fabryka Słów), za którą zapłaciłam 40 zł (no, bez 10 groszy) i która opatrzona jest wyżej wymienioną reklamą:

1. Wódka + wysmakowane sceny erotyczne;

2. Śmierć bohaterów będzie bolała bardziej, niż uderzenie się w kant biurka małym palcem;

3. Fabuła, która sprawi, że oczy mi wyjdą na wierzch;

4. Obawa, że autor nie napisze kolejnej części, bo może umrzeć;

5. Wilki;

6. Zaje*iste uczty;

7. Inteligentny karzeł;

8. Śmierć, śmierć, śmierć, uczta, śmierć, śmierć, scena erotyczna, śmierć, śmierć, bękart dobrze walczy mieczem.

Co naprawdę dała mi książka:

1. Chaotyczną powieść, którą przerwałam, bo po 3/4 książki dalej nie wiedziałam, jak się nazywa jeden z głównych bohaterów;

2. Sceny erotyczne budzące niesmak;

3. Dziwne wrażenie, że autor sądzi, iż homoseksualizm u kobiety wynika z jednego z dwóch czynników: albo jest do tego zmuszana, albo jest po prostu ciekawa kobiecego ciała, bo łaska penisa nie miała jeszcze okazji na nią spłynąć;

4. Brak logiki (dziewczyna zabija kogoś, z kim właśnie zrównała się hierarchią, bo sama zostałaby zabita… nie tłumaczy się więc nikomu i spie*dala od wszystkich, bo ją zabiją, ponieważ ona zabiła w obronie koniecznej);

5. Ładna okładka;

6. Brak 40 złotych;

7. Autorem jest historyk, a jak już wspominałam, oni za bardzo wczuwają się w szczegóły, nie zastanawiając się, że czytelnik zdąży za ten czas sczeznąć (jak bym wiedziała, że autorem jest historyk to bym książkę wypożyczyła, a nie kupiła, bo ja strasznie historykom nie ufam i się ogólnie ich boję).

 

Czarnoksiężnik z Archipelagu, czyli dlaczego warto strzec swoje prawdziwe imię.

Po recenzjach, ocenach i opiniach, do jakich było mi dane dotrzeć na temat Czarnoksiężnika z Archipelagu, byłam przekonana, że to kolejna książka, która powali mnie na kolana i sprawi, że długo nie będę mogła się pozbierać po kacu książkowym. Ale jak to mówi Bogusław Wołoszański w Sensacjach XX wieku: „Prawda okazała się zupełnie inna”.

Szczerze przyznam, że gdybym nie była amatorką książek z gatunku fantasy pewnie uznałabym powieść pani Le Guin za odkrycie roku, ale ponieważ zetknęłam się wcześniej z Imieniem wiatruMalowanym człowiekiem uważam, że Czarnoksiężnik jest co najwyżej przeciętny. Nie wiem, czy to wina tłumacza czy samej autorki, ale język zdaje się być niezwykle monotonny. Rozumiem, że książka swoim wiekiem jest dużo starsza, niż te wspomniane wyżej, jednak nie ma w niej nic, czego bym już nie znała.

Duny okazuje się niezwykłym chłopcem (cóż za zaskoczenie), kiedy powtarza magiczne zaklęcie wypowiedziane przez swoją ciotkę, wiejską czarownicę. Z łatwością uczy się nowych zaklęć i nawet ratuje swoją wioskę przed najazdem korsarzy z pomocą magii. Po tym incydencie do miasteczka przybywa czarnoksiężnik Ogion, który postanawia uczyć chłopca prawdziwej magii i ujawnia mu jego prawdziwe imię – Ged. Niestety, chłopiec nie jest ani trochę skromny i wplątuje się w kłopoty, chcąc udowodnić swoją wyższość innemu uczniowi magii. Od tamtej pory ścigany jest przez Cień, który będzie mógł zniszczyć dopiero wtedy, gdy pozna jego imię.

Jedyna część tej książki, która zyskała moje uznanie to właśnie ta na temat imion. Bo każdy, choć nosi swoje imię i nazwisko, ma swoje sekretne imię, na które reaguje w szczególny sposób i które zdradza nielicznym albo tylko nieliczni są je w stanie odgadnąć. Mówi się, że znając czyjeś imię, ma się nad tą osobą szczególną władzę. Uważam, w pewnym sensie, że ta teoria nie jest ani trochę przesadzona.

Specjalnie dla tej książki postanowiłam stworzyć nową kategorię, którą nazwę „Flaki z olejem”. Bo dla mnie była nudna w równym stopniu, jak rzeczone wnętrzności.