Pieśń krwi, czyli jak fantasy znów mnie zaskoczyło

Mam takie momenty w swoim życiu, że mówię sobie po skończeniu kolejnej książki fantasy: To koniec, nie przeczytam już żadnej powieści z tego gatunku, która by mnie porwała przez najbliższe pięć lat. A potem zjawia się taki Anthony Ryan w moim życiu i mówi: Dziecinko, ty jeszcze nie wiesz…

Pieśń krwi opowiada historię Vaelina Al Sorny, który w wieku dziesięciu lat został oddany do Szóstego Zakonu przez ojca, niedługo po śmierci swojej matki. Zakon ten szkoli swoich braci na wojowników, którzy mają służyć Wierze za cenę swojego życia. Trening w tymże Zakonie należy do niezwykle surowych i składa się z wielu Prób, podczas których dzieci tracą życie.

Podczas swojego pobytu w Zakonie Vaelin zostaje przydzielony do grupy chłopców w podobnym do niego wieku i wkrótce zaczyna ich traktować jak swoich rodzonych braci, rozumiejąc, że to jego jedyna prawdziwa rodzina.

Cała magia tej książki polega na tym, że towarzyszymy Vaelinowi w czasie jego dorastania i obserwujemy, jak Ryan perfekcyjnie opracował rozwój tej postaci. Z dziecka, które ślepo ufa Wierze Vaelin powoli zmienia się w młodego mężczyznę, który zostaje wciągnięty w polityczne gierki władców i nawet się zakochuje. Poznaje też motywacje swojego ojca, gdy ten oddał go do Zakonu i odkrywa, że proste prawdy, którym do tej pory ufał nie mają tak naprawdę wiele wspólnego z rzeczywistością.

Powieść idealna jeśli tak jak ja wciąż czekasz na kolejny tom Imienia wiatru i powoli zaczynasz wątpić, że powieść zostanie wydana za twojego życia.

A Anthony Ryan zyskał kolejną wierną fankę jego twórczości.

Reklamy

Gdzie byłam?

Zarzuciłam pisanie na wiele miesięcy. Nie jestem pewna czy kiedykolwiek do niego wrócę na takiej zasadzie, jak dotychczas. Kiedyś z pisania czyniłam terapię – oswajałam się z obawami, wszystkimi bolesnymi wydarzeniami i zawodami życiowymi, jakie mnie spotykały. I jakoś zawsze mi to pomagało, ale też zawsze mnie do tego ciągnęło.

Prawie 7 miesięcy temu musiałam się zmierzyć z czymś, z czym pewnie zmierzy się każde dziecko – ze śmiercią rodzica. Mój tata zmarł z powodu złośliwego nowotworu. Gdy się o nim dowiedzieliśmy było już zbyt późno na jakąkolwiek walkę. Po dwóch miesiącach od diagnozy tata już nie żył. I wiem, że to wielkie szczęście, że miał czas, żeby pożegnać się ze wszystkimi bliskimi i że oszczędzono mu masę cierpienia, jakie potrafi „ofiarować” pod koniec życia choroba onkologiczna, a jednak… A jednak kiedy leżał przykuty do łóżka z zazdrością patrzyłam na dużo starsze kobiety i mężczyzn, którzy poruszali się o własnych siłach i szykowali się po chemioterapiach do powrotu do domu.

To wszystko, co widziałam w szpitalu całkowicie odebrało mi chęć do życia, pisania i utrzymywania kontaktów z moimi bliskimi.

Nic, tylko pustka.

Mama opowiadała, że kilka miesięcy przed diagnozą do mojego rodzinnego domu wleciała ogromna ćma. Trupia główka. Nieważne jak bardzo mama uderzała ją ścierką i jak bardzo kot na nią polował – nie chciała umrzeć. Wyleciała przez okno. Trupią główkę łączy się z trzecią z Mojr – Atropos. Tą samą, która wyznacza kres ludzkiego życia.

Obie wciąż zadajemy sobie w duchy pytanie, czy… Byłoby inaczej, gdyby ją zabiła?

Z mgły zrodzony, czyli opowieść, o której nie można przestać myśleć

Po lekturze Drogi królów byłam przekonana, że minie naprawdę sporo czasu zanim jakaś książka ponownie rzuci mnie na kolana. No chyba, że kolejny tom cyklu Archiwum Burzowego Światła będzie na tym samym poziomie.

Przemierzając czeluście czytelniczego internetu postanowiłam dowiedzieć się więcej o Sandersonie i czy zdarzyło mu się więcej dzieł popełnić i trafiłam na Z mgły zrodzony. Przeczytawszy opinie postanowiłam nieco na nie zagwizdać, bo masa tych recenzji zaczynała się od słów „Liczyłam na kolejną Drogę królów, a to coś kompletnie innego”. Jeśli Sanderson jest naprawdę dobrym pisarzem, pomyślałam, to będzie stworzyć w stanie zupełnie inne uniwersum, które równie mocno pokocham.

 Historia skupia się wokół Vin – złodziejki będącej skaa (człowiekiem uznawanym przez arystokrację raczej za rodzaj zwierzęcia, które można do woli wyzyskiwać), która posiada – jak jej się wydaje – drobny talent, pozwalający wpływać na emocje ludzi. Dzięki tej umiejętności udało jej się przeżyć w potwornych warunkach. W skutek pewnej nieudanej akcji spotyka ona na swojej drodze Kelsiera – zrodzonego z mgły (ang. Mistborn, co brzmi dużo fajniej). Mężczyzna przejawia ogromne zainteresowanie dziewczyną i wkrótce odkrywa, że jest ona tym samym, co on – najrzadszą formą allomantką. Allomanci posiadają umiejętność spalania znajdujących się w ich żołądku metali i korzystania z ich niezwykłych właściwości. Kelsier bierze Vin pod swoje skrzydła i zaczyna ją szkolić w tej sztuce, wciągając ją tym samym do swojego karkołomnego planu – obalenia Ostatniego Imperatora – tyrana, który sprawił, że świat został pokryty popiołem i stworzył podział na arystokrację i skaa.

Zadanie to wydaje się niemożliwym do wykonania, ponieważ Ostatni Imperator jest ponoć nieśmiertelny i przez większość żyjących uważany za boga. Kelsier jednak sądzi, że znalazł sposób by go pokonać – zdobył 11 Metal, który wedle legend powinien umożliwić zabicie tyrana. Vin dołącza do jego bandy  i wkrótce przenika do arystokratycznego środowiska, by je szpiegować, udając niedoświadczoną panienkę z dobrego domu.

Z mgły zrodzony to książka, która sprawiła, że w trakcie pracy martwiłam się, co się stanie z Vin. Pokochałam postaci tej opowieści całym sercem i pozwoliłam, żeby Sanderson mi je złamał, a potem wlewał w nie otuchę. Jedyne, co bym zmieniła – to wątek miłosny, który znowu sprowadził silną damską postać do braku racjonalizmu z powodu mężczyzny, bez którego ta nie może żyć.

Pisarstwo Sandersona jest w stanie wynieść fantastykę na naprawdę wysoki poziom. Jeśli po Z mgły zrodzonym spodziewasz się drugiej Drogi Królów – rozczarujesz się. Ale jeśli oczekujesz powieści, która da ci do myślenia i która ujmie cię za serce to patrzysz na właściwego kandydata do lektury.

Droga Królów, czyli o najbardziej nieporęcznej książce ever

Miałam dwa podejścia do tej książki, ale nie jak zwykle – z powodu zniechęcenia fabułą. Pierwsza runda rozpoczęła się, gdy Kot bez głowy przyniosła mi ją z biblioteki i uświadomiłam sobie, że niemożliwym będzie dla mnie czytanie tej powieści, gdy jadę do pracy (a w tym czasie najwięcej czytam poza weekendami) z powodu jej gabarytów. A więc niechętnie zwróciłam się ku drugiej rundzie – wersji cyfrowej.

Opowieść toczy się wokół kilku postaci – Kaladina, Shallan, Szetha i Dalinara, jednak ich losy z pozoru nie wydają się ze sobą zbyt ściśle powiązane. Żyją oni w świecie, gdzie jasny kolor oczu świadczy o wysokim urodzeniu i predyspozycjach do zostania potężnym wojownikiem. Jest w tej opowieści tyle wątków pobocznych i smaczków, że naprawdę ciężko jest w jednej recenzji streścić kompleksowość całego świata i wszystkich zasad nim rządzących.

Kaladin z zawodu jest chirurgiem, który w młodości marzył, żeby zostać wojownikiem, ale gdy wreszcie dojrzał do tego, że zamiast odbierać życie pragnie je ratować został zmuszony, żeby walczyć na wojnie.

Shallan to wykształcona dziewczyna, która musi posunąć się do oszustw i manipulacji, żeby zapewnić swojemu rodowi przetrwanie i ze wszystkich sił stara się dostać na naukę do Jasnah – uczonej heretyczki, która potrafi władać Dusznikiem – starożytną relikwią, która potrafi zmieniać jedną materię w zupełnie inną.

Szeth to zabójca, który posiada moc kontrolowania Światła Burz i Ostrze, które czynią go niezwykle niebezpiecznym. Nienawidzi on odbierania życia i często płacze, gdy zostaje do tego zmuszony.

Dalinar to zdecydowanie najmniej lubiana przeze mnie postać. Jest on świętoszkowatym jasnookim, który po śmierci swojego brata Gavilara, króla Alethich, zaczął szukać sensu wszystkich wydarzeń w księdze Droga Królów, którą jego krewny czytywał przed śmiercią. Jego celem jest zjednoczenie całej arystokracji walczącej ze sobą o dominację i bogactwa.

Droga Królów ma w sobie coś niesamowitego. To miejscami bardzo frustrująca powieść, gdy wciąż coś umyka bohaterom albo nie idzie po ich myśli, a z drugiej strony ciężko jest ogarnąć to, jak bardzo rozbudowana jest to opowieść i jak wspaniale dopracowana nie tylko fabularnie, ale też językowo. Złapałam się na tym, że na czas czytania książki Sandersona przestałam chcieć sięgać po inne, bo tylko ta tak naprawdę zaprzątała moje myśli i to tej historii chciałam poświęcić całą moją uwagę. Jedyną jej wadą, za którą w sumie autor nie odpowiada, bo odnoszę się do polskiej edycji, jest jej objętość zmieszczona w jednym wydaniu – gabarytowo przypomina Łaskawe i nie da się tej powieści w formie namacalnej czytać w drodze, w wannie a jedynie na łóżku, co mnie osobiście usypia – nieważne jak wciągają jest fabuła. A poza tym jedynym utrudnieniem – powieść obowiązkowa. Po prostu.

Prince Lestat and the Realms of Atlantis, czyli 2016 nie był taki zły

Jak pewnie wiecie, mało którym cyklem jaram się tak bardzo, jak Kronikami wampirów, więc nie trudno się dziwić, że znowu darowałam sobie czekanie na tłumaczenie najnowszej powieści Anne Rice.

W kolejnej części krwiopijcom przyjdzie się zmierzyć z nieznanymi istotami. Choć podobne ludziom, posiadają one nieprawdopodobne zdolności regeneracyjne. Ich krew, nieważne jak wiele razy wyssana przez wampira, uzupełnia się po niedługim czasie, nie powodując przy tym większego uszczerbku na zdrowiu; ich kończyny odrastają w zastraszająco szybkim tempie; mogą funkcjonować miesiącami bez jedzenia i picia, choć czują potrzebę, żeby zaspokajać swój głód i pragnienie. I co najważniejsze, i jednocześnie najbardziej przerażające, siłą przerastają nie tylko ludzi, ale także niektóre wampiry. Zostały stworzone przez tajemniczych Rodziców, którzy poinstruowali ich o zadaniu, jakie mają spełnić w ludzkim świecie.

W powieści widzimy przede wszystkim świat oczami Lestata – Wampirzego Księcia, który staje przed wyzwaniem, żeby rządzić mądrze swoją niecodzienną społecznością krwiopijców. Towarzyszy mu Amel – ukryty w jego ciele duch, który mimo przeżytych tysiącleci bywa równie krnąbrny, kapryśny i infantylny, co wyjątkowo rozpuszczony chłopiec. Duch ten zdaje się jakoś łączyć krwiopijców z tajemniczymi istotami, gdyż reagują bardzo nerwowo, gdy tylko zorientują się, że jest w pobliżu.

W tej części ponownie dowiadujemy się nieco o tym, czym zajmowali się do tej pory główni bohaterowie Kronik – Armand, Louis czy Marius, jednak brakowało mi nieco większego skupienia uwagi autorki na nich kosztem punktu widzenia paraludzkich istot.

Nie ukrywam, że ogromnie się ucieszyłam do powrotu do uniwersum Kronik, jednak wydaje mi się, że Prince Lestat and the Realms of Atlantis troszkę zbyt pospiesznie zostało napisane i wydane. Oczywiście, nie zmienia to mojej miłości do Anne Rice i jej stylu pisania, który jak zwykle jest na bardzo wysokim poziomie. Ale jest to być może kwestia tego, że czytam tę powieść w oryginale, a jestem przyzwyczajona do polskiego stylu, podrasowanego przez rewelacyjnych tłumaczy. Jednej rzeczy jestem jednak pewna – zdecydowanie czuć pewien powiew świeżości w tej książce i czuję w niej potencjał na porządną kontynuację serii.

Konan Destylator, czyli o tendencji zwyżkowej formy Wędrowycza

Przychodzi taki czas, że trzeba autorowi spróbować zaufać po książkowych rozczarowaniach. I o ile pójście do biblioteki czy pożyczenie od kogoś powieści wiąże się z niewielkim kosztem finansowym, to jednak czas, jaki poświęcamy danej lekturze jest nie do odzyskania. W przypadku najnowszej części przygód Wędrowycza postanowiłam zaryzykować podwójnie – nie dość, że poświęciłam swój czas to jeszcze pieniądze, choć zarzekałam się, że kupować Pilipiuka już nie będę po Homo bimbrownikusie.

Okazuje się, że Konan Destylator  to powrót do tego, co kochałam w Wędrowyczu najbardziej. I choć czuć pewną powtarzalność w tej części, nie jest to bezczelne autoplagiatowanie, a raczej czerpani z dobrej tradycji. Tom składa się z 15 opowiadań i jednego bonusowego, które zachęca do zapoznania się z cyklem wampirycznym Pilipiuka. Dodatkowo, z tyłu okładki można znaleźć nową porcję moich ukochanych ogłoszeń drobnych, nawiązujących nie tylko do rasowych stereotypów, ale i wydarzeń aktualnych.

Towarzysząc Jakubowi i Semenowi czytelnik zwiedzi opuszczone rejony Czarnobylu, pozna, jaki los spotkał legendarnego wojownika Konana Barbarzyńcę i między innymi dowie się, dlaczego Jakub naprawdę spalił swoją szkołę, gdy był dzieciakiem (to opowiadanie naprawdę warto przeczytać i strasznie żałuję, że więcej wam nie mogę nic przybliżyć, bo bym zepsuła całą frajdę z odkrywania prawdy).

Konan Destylator jeszcze lepiej, niż Trucizna wraca do zajebiście abstrakcyjnego świata Jakuba Wędrowycza. W tej częście przygód bimbrownika jest miejsce na śmiech, jest miejsce na zapytanie się pod nosem „co do…?” i wreszcie ma się wrażenie, że ten genialny cykl nie jest skończony, a jedynie jego słabsze części były chwilowym spadkiem formy autora.

Panie Andrzeju, pisz pan tak dalej, a jak nie, to Jakub znowu będzie widłami pod oknem straszył 😉

Kroniki Amberu, czyli o prawdopodobnie najgorszym imieniu dla głównego bohatera

Kroniki Amberu zaczęłam czytać w drodze do domu rodzinnego, między mężczyzną z ogromną torbą na kolanach a dzieciakiem w wieku 11 lat w bluzie z napisem „Żołnierze wyklęci”. Doborowe towarzystwo.

Z początku zaczęłam się przy lekturze krzywić. Miała być fantastyka, a tu jakiś szpital, czasy współczesne, główny bohater ma amnezję i zdumiewające właściwości dochodzenia do siebie w krótkim czasie. Przewracam oczami. Ale czytam dalej. I nagle mam gdzieś faceta z wielką torbą obok i marudzącego nacjonalistę-dzieciaka.

Głównym protagonistą tej opowieści jest Corwin (z oczywistych względów rozumiecie jak go sobie wyobrażam). Gdy odzyskuje przytomność zaczyna rozumieć, że został wplątany w jakąś intrygę, a jedyną osobą, która mogłaby mu wytłumaczyć, co tak naprawdę się dzieje jest jest go siostra – Evelyn. Opłaciła ona nie tylko jego pobyt w szpitalu, ale i także nieudolne próby lekarzy do utrzymania go w stanie ciągłej nieświadomości.

Gdy Corwin ucieka ze szpitala i trafia do domu siostry postanawia przed nią ukrywać swoją amnezję i sprytnymi, enigmatycznymi wypowiedziami powoli wyciąga z niej część informacji. Znajduje również w jej rezydencji talię taroka, której Atuty (czyli karty główne) przedstawiane są przez bardzo liczne rodzeństwo Corwina. Dzięki temu wraca mu nieco pamięci i uświadamia sobie, że znajduje się w świecie Cieni, a jego prawdziwym domem jest Amber – kraina, która jako jedyna nie jest odbiciem żadnego ze światów. Nasz protagonista przed swoim wypadkiem rościł sobie prawo do tronu ojczystego kraju, a jego najpotężniejszym przeciwnikiem był jego starszy brat – Eryk.

Corwin postanawia za wszelką cenę dostać się do Amberu, odzyskać pamięć i zasiąść na tronie. Niestety, większość z jego rodzeństwa ma na temat jego planu zupełnie odmienne zdanie, zwłaszcza że Oberon – prawowity władca Amberu i ojciec całego rodzeństwa – zniknął, nie wskazawszy wcześniej swojego następcy.

Kroniki Amberu niesamowicie mnie pochłonęły. Zelazny ma ciekawy sposób pisania – miejscami prosty i niezwykle bezpośredni, miejscami bardzo zawoalowany i niemal metafizyczny, a jednak ta mieszanka jest dobrze wyważona i sprawia, że naprawdę niełatwo się oderwać od lektury. Zdecydowanie jest to fantastyka z wyższej półki.