Edycja II: 12-DNIOWY PLAN PROSTYCH ĆWICZEŃ LITERACKICH. DZIEŃ Piąty

Ja wiem. Kontynuacja ćwiczenia literackiego po 1,5 roku – miało być codziennie. Ja wszystko wiem 😉

Dzień piąty: Napisz dwudziestowersowy wiersz (dalej jest dla mnie tajemnicą, co z tym słowem), dotyczący pamiętnego momentu w twoim życiu. Dużo ostatnio jest takich momentów w moim życiu (ostatni rok to był dramat, jak niektórzy wiedzą), więc straight to the point:

Pewnej nocy obudzisz się Wiedźmą –
przestaniesz czekać na kroki na klatce schodowej,
na ulotne pocałunki, za którymi nie kryją się słowa,
na spojrzenie oczu, z których nie można czytać,
bo nic za nimi nie ma.

Zakrztusisz się winem, rzucisz książką w kąt i krzykniesz.
Wreszcie krzykniesz, zza swoich masek, zza obaw bezzasadnych.
Krzykniesz, aż cała zadrżysz w posadach.
Aż jedno twoje oko stanie się czerwone a drugie fioletowe,
aż włosy zjeżą ci się na głowie,
aż wreszcie ten wrzask zmieni się w wycie.

I obrośniesz futrem gęstym jak błoto,
i swoje pazury wbijesz w rozchylone uda,
i pozwolisz by wyrósł ci żwawy ogon,
i wyszczerzysz kły do księżyca.

Być może wielkie jest czekanie na ten odgłos kroków,
być może te usta miękkie i są dla ciebie pożogą,
być może ten wzrok ściska ci płuca,
ale i tak obudzisz się pewnej nocy –
jako Czarownica.

Spróbuję ciągnąć te ćwiczenia, bo tylko wypisywanie samej siebie daje mi spokój 🙂

 

Reklamy

Podsumowanie, czyli… tak, ten rok był do dupy.

Nie będę siebie ani was czarować. Ten rok był najgorszy w moim życiu. Przeżyłam stratę 3 osób, dwóch szalenie mi bliskich, bez których nie wyobrażałam sobie dalszej egzystencji. Nigdy nie miałam tylu stresów, tylu zmartwień, tylu myśli, że wszystko, co mnie otacza jest tak naprawdę po nic i jest nic nie warte. Naprawdę byłam pewna, że się poddam i zatracę w jakimś marazmie z alkoholem w roli głównej.

Jednego wieczoru wszystko się zmieniło. Siedziałam sama w kuchni, paląc jednego papierosa za drugim, i zrozumiałam, że nie chcę sobie więcej robić krzywdy. Zaczęłam płakać jak dziecko, ale nie z żalu nad sobą, tylko z powodu ulgi jaką poczułam. Wszystko, co mnie dręczyło, co sprawiało, że czułam się potwornie nieistotna i słaba było już za mną. Po prostu mi się przydarzyło, więc nie mam się już czego bać. Zrozumiałam, jak wielu wspaniałych ludzi mnie otacza i kocha, jak wielu o mnie dba i się troszczy oraz jak strasznie ich i siebie zaniedbałam. Byłam jak pokrowiec na osobowość, którą gdzieś zatraciłam. I w tamtej jednej chwili zrozumiałam, że nie pozwolę sobie na to więcej. Nigdy.

Zmarnowałam już dość czasu na komfort, na bycie zbyt miłą i uległą dziewczynką, na oglądanie się na potrzeby innych i zapominanie o swoich własnych, na bycie stłamszoną, na pozwalanie, żeby ktoś mnie powoli zatruwał i sprawiał, że czułam się jak gówno…

W nadchodzącym roku zatem życzę Wam, żebyście nie zatracili siebie przez innych. Żebyście nie obudzili się w krytycznym momencie, tylko w chwili, którą sobie sami wybierzecie. Żebyście zrozumieli, że nie ma się czego bać, bo wszystkie lęki – prędzej czy później – staną się rzeczywistością i po prostu trzeba się z tym pogodzić.

Nie marnujcie życia – jest zbyt cudowne, żeby po prostu sobie odpuścić.

Polonistka versus korpomowa

Pamiętam, jaką idealistką byłam na początku swoich studiów. Tępiłam makaronizmy, sarkałam na błędy językowe i przewracałam oczami, gdy ktoś zadawał jakże ubóstwiane przeze mnie po dziś dzień pytanie „Co tam pisze?”. Wiele z tych zachowań zostało mi do tej pory, a jednak dopiero kiedy zaczęłam pracować w korporacji dotarło do mnie wiele rzeczy związanych z językiem. Być może dlatego, że językoznawca ze mnie zawsze był marny… 🙂

Jakieś półtorej roku temu po raz przekroczyłam próg korporacji jako pracownik i choć nienagannie znam angielski to przez moje pierwsze tygodnie pracy czułam się, jak w zupełnie innej rzeczywistości, w której ludzie porozumiewają się jakimś dziwnym polsko-angielsko-biznesowym dialektem. Pytana przez znajomych (zwłaszcza polonistów i polonistki), czy będę stosować korpomowę odpowiadałam dumnie, że „po moim trupie” i „chyba cię pojebało”… Ale, jak to mówi Bogusław Wołoszański, „prawda okazała się być zupełnie inna” już po dwóch-trzech miesiącach, kiedy zaznajomiłam się z całym sposobem pracy.

Staram się, żeby korpormowa zostawała w pracy i nie brała udziału w moim życiu prywatnym. Zazwyczaj nie mam z tym większego problemu, ale co jakiś czas przychodzi chwila, gdy ktoś z rodziny lub ktoś, kogo dawno nie widziałam pyta, czym się zajmuję w swojej firmie. Niech przed oczami stanie wam obraz człowieka, którego znacie jako tego, któremu najczęściej morda się nie zamyka, gdy usłyszy jakieś pytanie o coś, na czym się zna. Dokładnie ten sam człowiek zapytany o to, co robi w swojej pracy zamiera w bezruchu na jakieś dwie minuty – w jego oczach widać obłęd, wargi układają się w grymas wskazujący na zaawansowane procesy myślowe, a pot obficie rosi jego czoło. W końcu jego usta wypowiadają jedno zdanie po polsku, które w ogóle nie ma sensu gramatycznego. Oblicze pytanego wreszcie się rozpogadza, a ty dalej nie masz pojęcia, o czym ten człowiek mówi. Tak właśnie to wygląda, kiedy próbujesz opowiedzieć, co robisz w pracy bez wplatania korpomowy do swojej wypowiedzi 🙂

To wszystko fantastycznie zmieniło moje podejście do języka. Zauważyłam, jak bardzo człowiek nim przesiąka, jak szybko podłapuje najprzeróżniejsze sformułowania i że wszelkie próby tłamszenia jego ewolucji są przede wszystkim bezcelowe. Nie oznacza to, że popieram całkowite sikanie na zasady, które w języku obowiązują, ale nabyłam jakieś fajnej elastyczności jeśli chodzi o samo myślenie o zmianach w polszczyźnie.

Pieśń krwi, czyli jak fantasy znów mnie zaskoczyło

Mam takie momenty w swoim życiu, że mówię sobie po skończeniu kolejnej książki fantasy: To koniec, nie przeczytam już żadnej powieści z tego gatunku, która by mnie porwała przez najbliższe pięć lat. A potem zjawia się taki Anthony Ryan w moim życiu i mówi: Dziecinko, ty jeszcze nie wiesz…

Pieśń krwi opowiada historię Vaelina Al Sorny, który w wieku dziesięciu lat został oddany do Szóstego Zakonu przez ojca, niedługo po śmierci swojej matki. Zakon ten szkoli swoich braci na wojowników, którzy mają służyć Wierze za cenę swojego życia. Trening w tymże Zakonie należy do niezwykle surowych i składa się z wielu Prób, podczas których dzieci tracą życie.

Podczas swojego pobytu w Zakonie Vaelin zostaje przydzielony do grupy chłopców w podobnym do niego wieku i wkrótce zaczyna ich traktować jak swoich rodzonych braci, rozumiejąc, że to jego jedyna prawdziwa rodzina.

Cała magia tej książki polega na tym, że towarzyszymy Vaelinowi w czasie jego dorastania i obserwujemy, jak Ryan perfekcyjnie opracował rozwój tej postaci. Z dziecka, które ślepo ufa Wierze Vaelin powoli zmienia się w młodego mężczyznę, który zostaje wciągnięty w polityczne gierki władców i nawet się zakochuje. Poznaje też motywacje swojego ojca, gdy ten oddał go do Zakonu i odkrywa, że proste prawdy, którym do tej pory ufał nie mają tak naprawdę wiele wspólnego z rzeczywistością.

Powieść idealna jeśli tak jak ja wciąż czekasz na kolejny tom Imienia wiatru i powoli zaczynasz wątpić, że powieść zostanie wydana za twojego życia.

A Anthony Ryan zyskał kolejną wierną fankę jego twórczości.

Gdzie byłam?

Zarzuciłam pisanie na wiele miesięcy. Nie jestem pewna czy kiedykolwiek do niego wrócę na takiej zasadzie, jak dotychczas. Kiedyś z pisania czyniłam terapię – oswajałam się z obawami, wszystkimi bolesnymi wydarzeniami i zawodami życiowymi, jakie mnie spotykały. I jakoś zawsze mi to pomagało, ale też zawsze mnie do tego ciągnęło.

Prawie 7 miesięcy temu musiałam się zmierzyć z czymś, z czym pewnie zmierzy się każde dziecko – ze śmiercią rodzica. Mój tata zmarł z powodu złośliwego nowotworu. Gdy się o nim dowiedzieliśmy było już zbyt późno na jakąkolwiek walkę. Po dwóch miesiącach od diagnozy tata już nie żył. I wiem, że to wielkie szczęście, że miał czas, żeby pożegnać się ze wszystkimi bliskimi i że oszczędzono mu masę cierpienia, jakie potrafi „ofiarować” pod koniec życia choroba onkologiczna, a jednak… A jednak kiedy leżał przykuty do łóżka z zazdrością patrzyłam na dużo starsze kobiety i mężczyzn, którzy poruszali się o własnych siłach i szykowali się po chemioterapiach do powrotu do domu.

To wszystko, co widziałam w szpitalu całkowicie odebrało mi chęć do życia, pisania i utrzymywania kontaktów z moimi bliskimi.

Nic, tylko pustka.

Mama opowiadała, że kilka miesięcy przed diagnozą do mojego rodzinnego domu wleciała ogromna ćma. Trupia główka. Nieważne jak bardzo mama uderzała ją ścierką i jak bardzo kot na nią polował – nie chciała umrzeć. Wyleciała przez okno. Trupią główkę łączy się z trzecią z Mojr – Atropos. Tą samą, która wyznacza kres ludzkiego życia.

Obie wciąż zadajemy sobie w duchy pytanie, czy… Byłoby inaczej, gdyby ją zabiła?

Z mgły zrodzony, czyli opowieść, o której nie można przestać myśleć

Po lekturze Drogi królów byłam przekonana, że minie naprawdę sporo czasu zanim jakaś książka ponownie rzuci mnie na kolana. No chyba, że kolejny tom cyklu Archiwum Burzowego Światła będzie na tym samym poziomie.

Przemierzając czeluście czytelniczego internetu postanowiłam dowiedzieć się więcej o Sandersonie i czy zdarzyło mu się więcej dzieł popełnić i trafiłam na Z mgły zrodzony. Przeczytawszy opinie postanowiłam nieco na nie zagwizdać, bo masa tych recenzji zaczynała się od słów „Liczyłam na kolejną Drogę królów, a to coś kompletnie innego”. Jeśli Sanderson jest naprawdę dobrym pisarzem, pomyślałam, to będzie stworzyć w stanie zupełnie inne uniwersum, które równie mocno pokocham.

 Historia skupia się wokół Vin – złodziejki będącej skaa (człowiekiem uznawanym przez arystokrację raczej za rodzaj zwierzęcia, które można do woli wyzyskiwać), która posiada – jak jej się wydaje – drobny talent, pozwalający wpływać na emocje ludzi. Dzięki tej umiejętności udało jej się przeżyć w potwornych warunkach. W skutek pewnej nieudanej akcji spotyka ona na swojej drodze Kelsiera – zrodzonego z mgły (ang. Mistborn, co brzmi dużo fajniej). Mężczyzna przejawia ogromne zainteresowanie dziewczyną i wkrótce odkrywa, że jest ona tym samym, co on – najrzadszą formą allomantką. Allomanci posiadają umiejętność spalania znajdujących się w ich żołądku metali i korzystania z ich niezwykłych właściwości. Kelsier bierze Vin pod swoje skrzydła i zaczyna ją szkolić w tej sztuce, wciągając ją tym samym do swojego karkołomnego planu – obalenia Ostatniego Imperatora – tyrana, który sprawił, że świat został pokryty popiołem i stworzył podział na arystokrację i skaa.

Zadanie to wydaje się niemożliwym do wykonania, ponieważ Ostatni Imperator jest ponoć nieśmiertelny i przez większość żyjących uważany za boga. Kelsier jednak sądzi, że znalazł sposób by go pokonać – zdobył 11 Metal, który wedle legend powinien umożliwić zabicie tyrana. Vin dołącza do jego bandy  i wkrótce przenika do arystokratycznego środowiska, by je szpiegować, udając niedoświadczoną panienkę z dobrego domu.

Z mgły zrodzony to książka, która sprawiła, że w trakcie pracy martwiłam się, co się stanie z Vin. Pokochałam postaci tej opowieści całym sercem i pozwoliłam, żeby Sanderson mi je złamał, a potem wlewał w nie otuchę. Jedyne, co bym zmieniła – to wątek miłosny, który znowu sprowadził silną damską postać do braku racjonalizmu z powodu mężczyzny, bez którego ta nie może żyć.

Pisarstwo Sandersona jest w stanie wynieść fantastykę na naprawdę wysoki poziom. Jeśli po Z mgły zrodzonym spodziewasz się drugiej Drogi Królów – rozczarujesz się. Ale jeśli oczekujesz powieści, która da ci do myślenia i która ujmie cię za serce to patrzysz na właściwego kandydata do lektury.

Droga Królów, czyli o najbardziej nieporęcznej książce ever

Miałam dwa podejścia do tej książki, ale nie jak zwykle – z powodu zniechęcenia fabułą. Pierwsza runda rozpoczęła się, gdy Kot bez głowy przyniosła mi ją z biblioteki i uświadomiłam sobie, że niemożliwym będzie dla mnie czytanie tej powieści, gdy jadę do pracy (a w tym czasie najwięcej czytam poza weekendami) z powodu jej gabarytów. A więc niechętnie zwróciłam się ku drugiej rundzie – wersji cyfrowej.

Opowieść toczy się wokół kilku postaci – Kaladina, Shallan, Szetha i Dalinara, jednak ich losy z pozoru nie wydają się ze sobą zbyt ściśle powiązane. Żyją oni w świecie, gdzie jasny kolor oczu świadczy o wysokim urodzeniu i predyspozycjach do zostania potężnym wojownikiem. Jest w tej opowieści tyle wątków pobocznych i smaczków, że naprawdę ciężko jest w jednej recenzji streścić kompleksowość całego świata i wszystkich zasad nim rządzących.

Kaladin z zawodu jest chirurgiem, który w młodości marzył, żeby zostać wojownikiem, ale gdy wreszcie dojrzał do tego, że zamiast odbierać życie pragnie je ratować został zmuszony, żeby walczyć na wojnie.

Shallan to wykształcona dziewczyna, która musi posunąć się do oszustw i manipulacji, żeby zapewnić swojemu rodowi przetrwanie i ze wszystkich sił stara się dostać na naukę do Jasnah – uczonej heretyczki, która potrafi władać Dusznikiem – starożytną relikwią, która potrafi zmieniać jedną materię w zupełnie inną.

Szeth to zabójca, który posiada moc kontrolowania Światła Burz i Ostrze, które czynią go niezwykle niebezpiecznym. Nienawidzi on odbierania życia i często płacze, gdy zostaje do tego zmuszony.

Dalinar to zdecydowanie najmniej lubiana przeze mnie postać. Jest on świętoszkowatym jasnookim, który po śmierci swojego brata Gavilara, króla Alethich, zaczął szukać sensu wszystkich wydarzeń w księdze Droga Królów, którą jego krewny czytywał przed śmiercią. Jego celem jest zjednoczenie całej arystokracji walczącej ze sobą o dominację i bogactwa.

Droga Królów ma w sobie coś niesamowitego. To miejscami bardzo frustrująca powieść, gdy wciąż coś umyka bohaterom albo nie idzie po ich myśli, a z drugiej strony ciężko jest ogarnąć to, jak bardzo rozbudowana jest to opowieść i jak wspaniale dopracowana nie tylko fabularnie, ale też językowo. Złapałam się na tym, że na czas czytania książki Sandersona przestałam chcieć sięgać po inne, bo tylko ta tak naprawdę zaprzątała moje myśli i to tej historii chciałam poświęcić całą moją uwagę. Jedyną jej wadą, za którą w sumie autor nie odpowiada, bo odnoszę się do polskiej edycji, jest jej objętość zmieszczona w jednym wydaniu – gabarytowo przypomina Łaskawe i nie da się tej powieści w formie namacalnej czytać w drodze, w wannie a jedynie na łóżku, co mnie osobiście usypia – nieważne jak wciągają jest fabuła. A poza tym jedynym utrudnieniem – powieść obowiązkowa. Po prostu.