Postanowienia (nie)noworoczne

Początek nowego roku jest czasem wyrzutów sumienia za obietnice, których się nie zrealizowało i ślepym obiecywaniem sobie, że tym razem będzie zupełnie inaczej. Pragnąc włączyć się w ten ogólnoludzki nurt skarg, zażaleń i naiwnej wiary w lepsze jutro, chciałam podzielić się z Wami moimi „obiecankami” czytelniczymi na 2016 rok.

  1. Przeczytać książki z co najmniej 15 różnych krajów.
  2. Przeczytać przynajmniej po jednej książce z każdego gatunku.
  3. Przeczytać po jednej książce popularnonaukowej na temat:
    • biologii
    • fizyki
    • chemii
    • astronomii
    • matematyki
    • psychologii
    • antropologii
    • historii
  4. Przeczytać książki przynajmniej 10 noblistów.
  5. Przeczytać co najmniej 5 książek wydanych w ostatniej dekadzie.
  6. Przeczytać co najmniej 5 książek sprzed XIX wieku.

A jak u Was wyglądają postanowienia noworoczne? Czy podjęliście się jakiegoś wyzwania książkowego?

Reklamy

Wiek niewinności. O „Władcy much” Williama Goldinga  

Książka należąca do kanonu najważniejszych powieści XX wieku, znajdująca się na liście stu najlepszych anglojęzycznych powieści powstałych po 1923 roku (według magazynu „Time”), dwukrotnie sfilmowana, powszechnie uważana za arcydzieło światowej literatury.

Powieść Goldinga opowiada o grupie chłopców w różnym wieku, którzy po katastrofie lotniczej znaleźli się na bezludnej wyspie. Pozbawieni nadzoru dorosłych próbują zrekonstruować normy i zasady społeczne rządzące współczesnym światem, jednak ich ambitne plany boleśnie zostają skonfrontowane z rzeczywistością. Utopijne marzenie głównego bohatera — Ralfa — o zorganizowanym i zgodnym życiu, jakie będą wiedli do czasu przybycia pomocy, obraca się w niwecz. Siła pokonuje dobroć, strach zwycięża rozsądek, tyrania góruje nad wspólnotą.

Bezpośrednim źródłem była dla Goldinga Koralowa wyspa autorstwa Roberta Michaela Ballantyne’a w której trzech angielskich chłopców: Ralf, Jack i Peterkin, rozbitków z zatopionego okrętu, ląduje na tropikalnej wyspie, gdzie natykają się na piratów i ludożerców, lecz przezwyciężają wszelkie przeciwieństwa, wykazując angielską dzielność i chrześcijańskie cnoty.

 Można by powiedzieć, że »Koralowa wyspa« to gniotowata opowieść z morałem, w której być dobrym znaczy być Anglikiem, chrześcijaninem i „fajnym chłopcem” i w której wszelkie zło jest nieangielskie, dzikie i dorosłe. Trzej chłopcy są rozsądni, samodzielni, pomysłowi i pełni cnót, krótko mówiąc: nie przypominają rzeczywistych chłopców.

Samuel Hynes, »William Golding«,
„Literatura na świecie” 1984, z.11

Władca much jest zaprzeczeniem powieści Ballantyne’a. Golding, nie zgadzając się z moralistyką Koralowej wyspy, starał się pokazać, że zło nie jest domeną piratów i ludożerców, ale rodzi się w ciemności ludzkiego serca. Postawę z Koralowej wyspy prezentuje Jack, gdy mówi:

 Ostatecznie nie jesteśmy przecież dzikusami. Jesteśmy Anglikami, a Anglicy są we wszystkim najlepsi.

W podobnym duchu wypowiada się oficer w końcowej partii powieści, lecz obaj są w błędzie — brytyjscy chłopcy to w istocie okrutne i krwawe dzikusy, które obracają wyspę w kupę zgliszcz, niwecząc sen o niewinności.

Władcę much należy czytać jako powieść o wymowie moralnej; przedstawiającą taką koncepcję ludzkiej deprawacji, jaka przystaje do chrześcijańskiej doktryny grzechu pierworodnego, lecz się do niej nie sprowadza. Golding nie wspomina o Łasce czy Bogu; mówi sporo o istocie zła, ale milczy na temat zbawienia.

wladca-much-b-iext3842766

William Golding, Władca much
Wydawnictwo Literackie, 2010
Tłumaczenie: Niepokólczycki Waldemar

Rzeka genów, czyli rozprawa z kreacjonistami

Co mają ze sobą wspólnego świnia, koń i drożdże? Dlaczego pszczoły „tańczą”? Czy jesteśmy potomkami afrykańskiej Ewy? Dlaczego ptaki tak dobrze latają, ryby pływają a małpy skaczą? Dlaczego kochamy życie, kochamy się kochać i kochamy dzieci? Na te i wiele, wiele innych pytań znajdziemy odpowiedzi w niezwykłej książce Richarda Dawkinsa, pt Rzeka genów

Autor odkrywa przed nami odwieczną tajemnicę życia i wyjaśnia najbardziej złożone zjawiska natury. W błyskotliwy i humorystyczny sposób przekazuje wiedzę na temat historii istnienia wszelkich form życia na ziemi oraz przywraca dziecięcą fascynację przyrodą. Jednocześnie nie mogę zgodzić się z zarzutami, jakoby ta książka była „napisana zbyt naukowym językiem”, bądź „mocna przefilozofowana”. Nie jestem ekspertem z zakresu biologii i nie miałam z nią styczności od czasu napisania matury, ale wyjaśnienia autora nie sprawiły mi większych problemów ze zrozumieniem.

Dawkins omawiając darwinowską koncepcję ewolucji nie pozostawia miejsca dla domysłów i w bezkompromisowy sposób rozprawia się z ludźmi, według których tak złożone narządy, jak np. oko, nie mogły rozwinąć się w toku dziejów, lecz musiały zostać stworzone od razu w formie doskonałej przez Deus Creator. Wyjaśniając rozwój mimetyzmu u zwierząt i roślin czy funkcjonowanie ewolucyjnych form przejściowych pokazuje niewiedzę wszystkich, według których:

X musiał powstać według planu Stwórcy, […] bo pół X w ogóle nie mogłoby funkcjonować. Wszystkie części X musiały zostać złożone w jedną całość równocześnie, nie mogły więc stopniowo ewoluować.

Dlatego też nie polecam tej książki ortodoksyjnie wierzącym, ponieważ nie zostawiając miejsca na wątpliwości, będą prawdopodobnie albo negować wszystko, co powiedział autor, albo nieustannie poszukiwać błędów tracąc przy tym wiele istotnych informacji. 

Rzekę genów pochłonęłam niemal „na raz” i wciąż jestem pod jej ogromnym wrażeniem. Jeśli ktoś z was zna podobne publikacje (poza innymi książkami tegoż autora) to bardzo proszę o podzielenie się tytułami.

 

rzeka-genow-b-iext2776223

 

 

 

 

Richard Dawkins
Rzeka genów
tłumaczenie: Marek Jannasz

Wydawnictwo CIS, 2007
Liczba stron: 224

 

 

 

451° Fahrenheita — o strachu przed wiedzą

Ile warte są dla ciebie książki? Czy wyobrażasz sobie świat, w którym czytanie grozi śmiercią? Czy odważyłbyś się przeciwstawić  władzy dla krótkiej chwili z lekturą?

Ray Bradbury roztacza przed nami wizję państwa reżimowego, gdzie po niebie krążą odrzutowce uzbrojone w bomby atomowe, ludzie oglądają świat jedynie przez wielkie ekrany telewizorów, a strażacy, zamiast gasić, wzniecają pożary. Jednym z tych strażaków jest nasz bohater —  Guy Montag, który od dziesięciu lat starannie wykonuje swoją pracę. Wszystko się zmienia, gdy pewnego dnia poznaje młodziutką Clarissę. Nie jest ona jak reszta znanych mu ludzi — wychodzi na zewnątrz i z lubością obserwuje otaczającą ją przyrodę. Spotkanie z dziewczynką jest dla Guy’a impulsem do zmian. Postanawia on przeciwstawić się narzuconym normom, zaczyna czytać zakazane książki i dowiaduje się o istnieniu ludzi, którzy starają się uratować dziedzictwo kulturowe. Postanawia przyłączyć się do nich, jednak walka z systemem nie będzie łatwa.

Powieść Brabury’ego powstała ponad 60 lat temu i jest zapisem obaw autora o postępującą technologizację. Niewątpliwie, część z nich już się spełniła — komputery zastępują ludzi, telewizja stała się dla niektórych jedynym oknem na świat, a po książkę sięgamy coraz rzadziej. Świat w wizji pisarza wyzbył się kultury wysokiej, ludzie nie rozstają się z „głosem z telewizora”, a spotkania sąsiedzkie ograniczają się do wymiany opinii o popularnej operze mydlanej. 

W chwili ukazania się pierwszego wydania książki, uważano ją za głos przeciw totalitaryzmowi. Dziś możemy doszukiwać się w niej kolejnych złowieszczych wizji przyszłości. 

I wszystko wskazuje na to, że staną się one rzeczywistością.

451° Fahrenheita to temperatura, w której zaczyna palić się papier…

Rafa³ W³asinowicz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ray Bradbury
451° Fahrenheita
Wydawnictwo Solaris, 2008
Liczba stron: 219

„Brudnopis”, czyli światy nieznane

Co by się stało, gdybyśmy nagle odkryli, że Ziemia nie jest jedynym z możliwych światów? Co więcej, że nie jest najlepszym z nich?

Z tym problemem będzie musiał zmierzyć się Kirył Daniłowicz Maksimow, pracownik w firmie komputerowej, mieszkaniec Moskwy i właściciel psa o wdzięcznym imieniu Keszju, gdy pewnego dnia  zostanie pozbawiony tożsamości. Dosłownie. W jego mieszkaniu pojawia się obca kobieta, która wedle dokumentów zajmuje ten lokal od trzech lat, pies nie poznaje swojego właściciela, rodzice utrzymują, że nigdy nie mieli syna, nawet przypadkowi ludzie zapominają, że przed chwilą z nim rozmawiali, a dowód osobisty, jedyna rzecz łącząca go z tym światem, kruszeje w rękach. Jednak te traumatyczne zdarzenia są jedynie początkiem dużo bardziej niesamowitych przygód. Odkrywając kolejne karty, Kirył zaczyna rozumieć zasady gry i postanawia zaplanować kolejne rozdanie. 

Siergiej Łukjanienko prezentuje nam niepokojącą wizję alternatywnych światów, z których każdy jest niedoskonałym modelem idealnej Ziemi, a mieszkający na niej ludzie jedynie myszami doświadczalnymi. Autor powieści podważając słowa Leibniza, jakoby „żyjemy w najlepszym z możliwych światów”, pokazuje naszą ulotność i niedoskonałość. Możliwy jest bowiem scenariusz, w którym znana nam Ziemia jest niczym innym, jak poligonem dla świata doskonałego (tytułowym brudnopisem), uczącego się na naszych błędach. 

„Brudnopis” to bardzo dobra, pełna napięcia powieść, od której trudno jest się oderwać. Jestem pełna zachwytu i z największą przyjemnością przeczytam część drugą historii Kiryła, pt. „Czystopis” (choć mam pewne obawy po przeczytaniu paru recenzji). Biję pokłony autorowi za pomysł i jego realizację, ale nie omieszkam wytknąć też błędów. Jedynym, acz największym przewinieniem twórcy jest powtórzenie schematów, tak dobrze znanych nam z wszelkich filmów sensacyjnych — główny bohater, zagubiony i raczej mizerny, w końcu książki staje się niemal herosem. Po drodze oczywiście napotyka przeszkody, z których (a jakże!) wychodzi nietknięty. Jak to już w przypadku wielkich bohaterów bywa, poznaje piękną, lecz niebezpieczną kobietę, z którą kocha się na plaży w gwiaździstą noc (dzięki bogu, że autor się opamiętał i przynajmniej ją zabił).

Oczywiście nie mogę być tak surowa, tylko dlatego, że sięgnęłam po tę książkę w chwili czytelniczego przesytu szczęśliwymi zakończeniami i potrzebuję brutalnego uderzenia mokrą szmatą po twarzy. Szczerze polecam tę pozycję, ponieważ potrafi namieszać w głowie.

Brudnopis-Siergiej-Lukjanienko-_bc15687

Siergiej Łukjanienko
Brudnopis
Wydawnictwo MAG, Warszawa 2008
Liczba stron: 364

Historia Gestapo, czyli los świata w rękach „panów”

Gestapo, czyli Geheime Staats-Polizei (Tajna Policja Państwowa) — organizacja, która przez dwanaście lat siała terror w całej Europie, stanowiła tylko jedną z wielu podwalin państwa nazistowskiego, jednak w swej złożoności strukturalnej i okrucieństwie działań prześcignęła najgorsze z myśli ludzkich. Jean Delarue przedstawia nam historię narzędzia władzy, które, wypaczone przez osobników pozbawionych wszelkich skrupułów, przestaje służyć narodowi i przechodzi w ręce jednej kasty.

Choć do tej pory powstało wiele pozycji szczegółowo omawiających działalność Gestapo w okresie drugiej wojny światowej, ta niezwykła książka idzie dalej, ukazując nam nazistowski mechanizm rządzenia za pomocą terroru i wyjaśnia w jaki sposób faszystowski reżim doszedł do władzy.

Ludzie, którzy stali u steru tej machiny, przez długi czas byli mało znani. Konieczne wydawało mi się ukazanie ich takimi, jakimi byli naprawdę — z ich ułomnościami i słabostkami, ale i z ich zaletami.

Jacques Delarue

Nie trzeba być fanem historii, by docenić dzieło Jacques’a Delarue’a. Napisane żywym i odczuwającym językiem pozwala nam wniknąć się w ówczesną atmosferę strachu. Nie zabrakło w nim również danych statystycznych uwiarygodniających przedstawianą opowieść. Jednak to, co najbardziej mnie zafascynowało w tej pozycji to piękny obiektywizm, który pozwala wyliczyć krzywdy i zbrodnie, ale nie przenosi odpowiedzialności na cały naród. Obiektywizm, który każe wybaczyć, ale nie pozwala zapomnieć.

Wydarzenia, które zniszczyły Niemcy […] mogły stać się udziałem każdego narodu. Z wolna zapominamy o przypadku Niemiec. Jeśli zawiedzie nas pamięć, jeżeli zaistnieją sprzyjające okoliczności, nadejdą niespokojne czasy, kiedy brak solidnych zapór na to pozwoli, znów może nas ogarnąć ta krwawa zaraza. Kto wówczas stanie się ofiarą?

Jacques Delarue

historia_gestapo

Jacques Delarue „Historia Gestapo”

przeł. Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak

Opowieść dla przyjaciela, czyli kolejny argument, by nie czytać biografii pisarzy

Nie, nie zgadzam się, nie mogę i nie chcę zgodzić się na sposób życia, jakiemu hołduje jedna z najbardziej poczytnych polskich poetek. Wiem, los ją skrzywdził i nie powinno tak być. Śmierć powinna przychodzić na paluszkach i zabierać po przeżyciu najlepszych chwil. Jednak nawet długotrwała choroba nie powinna dawać przyzwolenia dla egocentryzmu i niezmiernego samouwielbienia.

Kochała życie, ceniła siebie, swój talent, urodę, kochanków. Wiedziała lub czuła, jakim szczęściem jest dla niej matka. Była dostatecznie pyszna, by przyznać, że jej życie było ucztą. Ale równocześnie potrafiła spojrzeć na siebie jakby z drugiego brzegu i zastrzec, iż wielkie poczucie bogactwa i szczęścia wcale nie musiało być prawdą. Mogło być tylko możliwością, prawdopodobieństwem.

Grażyna Borkowska

Kochała życie — nie szanując zdrowia i lekkomyślnie pogłębiając swoją chorobę.

Ceniła siebie — i tylko siebie.

Była dostatecznie pyszna, by przyznać, że jej życie było ucztą — ucztą sponsorowaną przez innych, którzy powinni jedynie dawać i więcej nie ingerować.

Od lat jestem fanką poezji H. Poświatowskiej, niniejszej pozycji poszukiwałam od kilku, jeśli nie kilkunastu miesięcy, niestety, nie spełniła ona oczekiwań, jakich nabawiłam się po przeczytaniu kilku cytatów. Opowieść dla przyjaciela jest literackim pamiętnikiem napisanym pięknym, namiętnym i kształtnym językiem, lecz jeśli określa się ją „autobiograficzną opowieścią”, to główna bohaterka jest odpychającą kobietą, z którą nie chciałabym mieć do czynienia.

Szczerze zachęcam do lektury niniejszej pozycji i podzielenia się swoimi spostrzeżeniami, ponieważ wydaje mi się, że jestem odosobniona w swojej opinii (na podstawie przeczytanych opinii na portalu lubimyczytać.pl)