Droga Królów, czyli o najbardziej nieporęcznej książce ever

Miałam dwa podejścia do tej książki, ale nie jak zwykle – z powodu zniechęcenia fabułą. Pierwsza runda rozpoczęła się, gdy Kot bez głowy przyniosła mi ją z biblioteki i uświadomiłam sobie, że niemożliwym będzie dla mnie czytanie tej powieści, gdy jadę do pracy (a w tym czasie najwięcej czytam poza weekendami) z powodu jej gabarytów. A więc niechętnie zwróciłam się ku drugiej rundzie – wersji cyfrowej.

Opowieść toczy się wokół kilku postaci – Kaladina, Shallan, Szetha i Dalinara, jednak ich losy z pozoru nie wydają się ze sobą zbyt ściśle powiązane. Żyją oni w świecie, gdzie jasny kolor oczu świadczy o wysokim urodzeniu i predyspozycjach do zostania potężnym wojownikiem. Jest w tej opowieści tyle wątków pobocznych i smaczków, że naprawdę ciężko jest w jednej recenzji streścić kompleksowość całego świata i wszystkich zasad nim rządzących.

Kaladin z zawodu jest chirurgiem, który w młodości marzył, żeby zostać wojownikiem, ale gdy wreszcie dojrzał do tego, że zamiast odbierać życie pragnie je ratować został zmuszony, żeby walczyć na wojnie.

Shallan to wykształcona dziewczyna, która musi posunąć się do oszustw i manipulacji, żeby zapewnić swojemu rodowi przetrwanie i ze wszystkich sił stara się dostać na naukę do Jasnah – uczonej heretyczki, która potrafi władać Dusznikiem – starożytną relikwią, która potrafi zmieniać jedną materię w zupełnie inną.

Szeth to zabójca, który posiada moc kontrolowania Światła Burz i Ostrze, które czynią go niezwykle niebezpiecznym. Nienawidzi on odbierania życia i często płacze, gdy zostaje do tego zmuszony.

Dalinar to zdecydowanie najmniej lubiana przeze mnie postać. Jest on świętoszkowatym jasnookim, który po śmierci swojego brata Gavilara, króla Alethich, zaczął szukać sensu wszystkich wydarzeń w księdze Droga Królów, którą jego krewny czytywał przed śmiercią. Jego celem jest zjednoczenie całej arystokracji walczącej ze sobą o dominację i bogactwa.

Droga Królów ma w sobie coś niesamowitego. To miejscami bardzo frustrująca powieść, gdy wciąż coś umyka bohaterom albo nie idzie po ich myśli, a z drugiej strony ciężko jest ogarnąć to, jak bardzo rozbudowana jest to opowieść i jak wspaniale dopracowana nie tylko fabularnie, ale też językowo. Złapałam się na tym, że na czas czytania książki Sandersona przestałam chcieć sięgać po inne, bo tylko ta tak naprawdę zaprzątała moje myśli i to tej historii chciałam poświęcić całą moją uwagę. Jedyną jej wadą, za którą w sumie autor nie odpowiada, bo odnoszę się do polskiej edycji, jest jej objętość zmieszczona w jednym wydaniu – gabarytowo przypomina Łaskawe i nie da się tej powieści w formie namacalnej czytać w drodze, w wannie a jedynie na łóżku, co mnie osobiście usypia – nieważne jak wciągają jest fabuła. A poza tym jedynym utrudnieniem – powieść obowiązkowa. Po prostu.

Reklamy

Prince Lestat and the Realms of Atlantis, czyli 2016 nie był taki zły

Jak pewnie wiecie, mało którym cyklem jaram się tak bardzo, jak Kronikami wampirów, więc nie trudno się dziwić, że znowu darowałam sobie czekanie na tłumaczenie najnowszej powieści Anne Rice.

W kolejnej części krwiopijcom przyjdzie się zmierzyć z nieznanymi istotami. Choć podobne ludziom, posiadają one nieprawdopodobne zdolności regeneracyjne. Ich krew, nieważne jak wiele razy wyssana przez wampira, uzupełnia się po niedługim czasie, nie powodując przy tym większego uszczerbku na zdrowiu; ich kończyny odrastają w zastraszająco szybkim tempie; mogą funkcjonować miesiącami bez jedzenia i picia, choć czują potrzebę, żeby zaspokajać swój głód i pragnienie. I co najważniejsze, i jednocześnie najbardziej przerażające, siłą przerastają nie tylko ludzi, ale także niektóre wampiry. Zostały stworzone przez tajemniczych Rodziców, którzy poinstruowali ich o zadaniu, jakie mają spełnić w ludzkim świecie.

W powieści widzimy przede wszystkim świat oczami Lestata – Wampirzego Księcia, który staje przed wyzwaniem, żeby rządzić mądrze swoją niecodzienną społecznością krwiopijców. Towarzyszy mu Amel – ukryty w jego ciele duch, który mimo przeżytych tysiącleci bywa równie krnąbrny, kapryśny i infantylny, co wyjątkowo rozpuszczony chłopiec. Duch ten zdaje się jakoś łączyć krwiopijców z tajemniczymi istotami, gdyż reagują bardzo nerwowo, gdy tylko zorientują się, że jest w pobliżu.

W tej części ponownie dowiadujemy się nieco o tym, czym zajmowali się do tej pory główni bohaterowie Kronik – Armand, Louis czy Marius, jednak brakowało mi nieco większego skupienia uwagi autorki na nich kosztem punktu widzenia paraludzkich istot.

Nie ukrywam, że ogromnie się ucieszyłam do powrotu do uniwersum Kronik, jednak wydaje mi się, że Prince Lestat and the Realms of Atlantis troszkę zbyt pospiesznie zostało napisane i wydane. Oczywiście, nie zmienia to mojej miłości do Anne Rice i jej stylu pisania, który jak zwykle jest na bardzo wysokim poziomie. Ale jest to być może kwestia tego, że czytam tę powieść w oryginale, a jestem przyzwyczajona do polskiego stylu, podrasowanego przez rewelacyjnych tłumaczy. Jednej rzeczy jestem jednak pewna – zdecydowanie czuć pewien powiew świeżości w tej książce i czuję w niej potencjał na porządną kontynuację serii.