Konan Destylator, czyli o tendencji zwyżkowej formy Wędrowycza

Przychodzi taki czas, że trzeba autorowi spróbować zaufać po książkowych rozczarowaniach. I o ile pójście do biblioteki czy pożyczenie od kogoś powieści wiąże się z niewielkim kosztem finansowym, to jednak czas, jaki poświęcamy danej lekturze jest nie do odzyskania. W przypadku najnowszej części przygód Wędrowycza postanowiłam zaryzykować podwójnie – nie dość, że poświęciłam swój czas to jeszcze pieniądze, choć zarzekałam się, że kupować Pilipiuka już nie będę po Homo bimbrownikusie.

Okazuje się, że Konan Destylator  to powrót do tego, co kochałam w Wędrowyczu najbardziej. I choć czuć pewną powtarzalność w tej części, nie jest to bezczelne autoplagiatowanie, a raczej czerpani z dobrej tradycji. Tom składa się z 15 opowiadań i jednego bonusowego, które zachęca do zapoznania się z cyklem wampirycznym Pilipiuka. Dodatkowo, z tyłu okładki można znaleźć nową porcję moich ukochanych ogłoszeń drobnych, nawiązujących nie tylko do rasowych stereotypów, ale i wydarzeń aktualnych.

Towarzysząc Jakubowi i Semenowi czytelnik zwiedzi opuszczone rejony Czarnobylu, pozna, jaki los spotkał legendarnego wojownika Konana Barbarzyńcę i między innymi dowie się, dlaczego Jakub naprawdę spalił swoją szkołę, gdy był dzieciakiem (to opowiadanie naprawdę warto przeczytać i strasznie żałuję, że więcej wam nie mogę nic przybliżyć, bo bym zepsuła całą frajdę z odkrywania prawdy).

Konan Destylator jeszcze lepiej, niż Trucizna wraca do zajebiście abstrakcyjnego świata Jakuba Wędrowycza. W tej częście przygód bimbrownika jest miejsce na śmiech, jest miejsce na zapytanie się pod nosem „co do…?” i wreszcie ma się wrażenie, że ten genialny cykl nie jest skończony, a jedynie jego słabsze części były chwilowym spadkiem formy autora.

Panie Andrzeju, pisz pan tak dalej, a jak nie, to Jakub znowu będzie widłami pod oknem straszył 😉

Reklamy

Upadek, czyli jak dorosnę to… pieprzyć Saszę Załuską. Chcę być Stellą Gibson!

The Fall usłyszałam od koleżanki z pracy i po pochłonięciu pierwszego sezonu byłam szczerze zdziwiona, dlaczego ten serial nie ma jakieś większej rzeszy fanów. Znalazłam w nim wszystko, co kocham w takich produkcjach o tematyce detektywistycznej:

  1. Główną bohaterką jest Stella Gibson – grana przez absolutnie cudowną Gillian Anderson – od której większość osób kreujących postaci kobiece powinna się uczyć. Nie jest to stereotypowa pani detektyw, na którą w domu czeka mąż i dzieci czy którą targają jakieś emocje wyssane z palca, bo się pokłóciła z tymże mężem, że za mało czasu poświęca dzieciom.
  2. Ogromnie mi się podobało, że darowano sobie oklepany motyw, jak to kobieta-policjant przez pół historii musi udowadniać wszystkim naokoło, że spokojnie równa się z facetami. Stella wie, że nie musi się upodabniać do mężczyzn ani ich poniżać, żeby wzbudzić w nich respekt.
  3. Równie mocno przypadło mi do gustu, jak pokazane jest codzienne życie antagonisty Stelli – Paula Spektora aka Dusiciela z Belfastu aka seryjnego mordercy (w tej roli James Dornan – dzięki Bogu nie mam popsutego jego wizerunku przez jedną żenującą produkcję, z pomocą której na zawsze będzie on kojarzony w USA z ogórkami porzuconymi po seansie w salach kinowych). Nie obserwujemy tylko, jak morduje, ale jak godzi swoje sadystyczne żądze z byciem mężem i ojcem.
  4. Belfast jest przecudnie pokazany. I mogę was zapewnić, że nie widzimy go tylko z tej ładnej strony.
  5. Przewija się również motyw dziwnej relacji między Paulem i 15-letnią opiekunką jego dzieci. Dziewczyna jest w nim zakochana do tego stopnia, że jest gotowa spierdolić sobie całe życie dla niego.

Krótko mówiąc: chcesz fajnego, niebanalnego i dającego do myślenia serialu z silną postacią kobiecą? Obejrzyj The Fall. Ale już!