Na ostrzu noża, czyli najemnik z bliznami załatwia sprawunki

Jak trafiłam na tę książkę? No cóż – zaczęłam czytać cykl o Koniaszu niemal od dupy strony. Brawo dla mnie za ogarnięcie, połapanie się w połowie książki i przyznanie się do tego publicznie, no bo czemu nie?

Koniasz – oczytany, niebezpieczny i niezwykle inteligentny najemnik – dostaje dość nietypowe zlecenie. Ma zorganizować karawanę tysiąca osadników, przeprowadzić ich kawał drogi i najlepiej zrobić tak, żeby się nie pozabijali i na miejscu stali się sprawnie działającą społecznością. Po co? Bo jeśli komuś się to uda będzie miał

Mimo że Koniasz swoim wyglądem może nie zachęcać do bliższego poznania to zna się na etykiecie, potrafi zachować się jak dżentelmen i – jeśli mam być całkowicie szczera – jedyną jego wadą jest to, że jest za bardzo gotowy do poświęceń. Trochę mnie to martwi, bo dobra konstrukcja bohatera polega na tym, że nie jest on ideałem i choć autor próbuje nas przekonać, że Koniasz właśnie nim nie jest – choćby ze względu na wygląd – to jednak zdaje się sam sobie przeczytać, bo najpiękniejsza kobieta zwraca uwagę właśnie na naszego brzydala.

Fabuła książki waha się między krwawymi próbami zamachów na Koniasza i zaprezentowaniem – w interesujący i niezbyt nużący sposób – jak mozolnie przebiega organizowanie karawany (zakup bydła, zboża, etc.), więc tytuł tej recenzji jest dość uzasadniony, ponieważ mniej więcej przez 1/3 książki obserwujemy jak nasz protagonista jeździ od obozu do większego miasta i coś załatwia (niekoniecznie istotne rzeczy).

Na ostrzu noża to niezłe czytadło. Ale mam wrażenie, że to książka, która zleje mi się niedługo w pamięci razem z innymi tego typu. Pewnie sięgnę po kolejne tomy, ale raczej, żeby się odmóżdżyć, niż z jakiejś wewnętrznej potrzeby wywołanej kacem książkowym.

Reklamy

Podwójne standardy, czyli jak zostałam feministką w wieku 3 lat

Dopiero niedawno sobie uświadomiłam, że chłopcy w moim otoczeniu mieli dużo łatwiej, niż dziewczynki. I choć dzisiaj się mówi, że przesadzamy z poprawnością polityczną to czasami wydaje mi się, że wolałabym się urodzić teraz, niż doświadczać pewnych rzeczy w wieku dziecięcym.

Przedszkole. Mała ja zostaję popchnięta przez chłopczyka na parapet zrobiony z kamienia, bo chciałam się z nim bawić. Uderzam o niego brodą. Przedszkolanki mówią, że przesadzam i że powinnam była zostawić chłopców w spokoju, skoro nie chcą się ze mną bawić.

Ja gryzę chłopca, który mnie zaczepiał i dokuczał (dodam, że nie był synem kogoś ważnego), pół dnia spędzam w kącie, wytykana palcami nie tylko przez przedszkolanki, ale i dzieci. Przede wszystkim dziewczynki (bo przecież dziewczynki powinny się bawić lalkami, a nie bić). Nad ryczącym chłopcem wszyscy się litują.

I wtedy pomyślałam sobie, że to jest totalnie nie w porządku.

Mam naście lat. Jesteśmy na działce z rodziną. Ja kroję, a kuzyn-rówieśnik siedzi. Jego mama każe mu wstać i zacząć coś robić, za co strofuje ją babcia.

– Niech siedzi.

Obrzydliwy uśmiech satysfakcji wpełza na jego usta.

I wtedy pomyślałam sobie, że bardzo nie chcę, żeby tak było.

I za każdym razem myślałam tak, gdy mówiłam, że jestem lesbijką i słyszałam od facetów, że mnie z tego wyleczą, że nie spotkałam odpowiedniego mężczyzny, że to okres przejściowy, że mogłabym przynajmniej zdecydować się na bycie bi, bo wtedy bym na pewno z nimi była, że trójkąty są takie podniecające i że jak najbardziej są chętni.

I gdy jako dziewczątko musiałam czuć się jak zbrodniarka wyciągając po kryjomu z torby podpaski i nie mogąc mówić na głos, że mam miesiączkę, bo tak nie wypada, mimo że jajniki eksplodowały bólem i miałam ochotę wyć.

I gdy słyszałam, że na takie traktowanie ma się godzić każda dziewczyna, bo „tak musi być”, bo przecież biblia wyraźnie mówi, do czego służy kobieta, bo przecież takiego traktowania właśnie każda z nas chce, że bez mężczyzny dziewczyna jest niekompletna i nic niewarta.

Pewnie, nie mam źle. Jestem biała. Nie zaznałam biedy. Nikt nie może mnie zmusić do małżeństwa z mężczyzną, którego nie znam. Nie muszę mieć dziecka. Mam prawo uczyć się i pracować. Ale gdy czytam, że powinnam być wdzięczna mężczyznom, bo tyle im zawdzięczam, to wiem, że wszystko, co mówię i robię jest filtrowane przez pryzmat mojej płci. Walka o równe prawa i tę samą płacę to czasem wszystko, co niektórzy widzą pod pojęciem feminizmu. Czasem widzą też sfrustrowane kobiety, które nienawidzą mężczyzn. A ja widzę w nim szansę na to, żeby ktoś zaczął widzieć we mnie więcej, niż płeć.

To tak odnośnie słów pana Kaczmarskiego – rządowego specjalisty od szacunku wobec zakonnic.

Czas pogardy, czyli powroty po latach #4

Kolejna odsłona krótkich przemyśleń na temat książki, do której wróciłam po latach:

  1. Zacznijmy od tego, że nie pamiętałam praktycznie niczego, poza nieszczęsnym punktem drugim, z tej książki. Po prostu amnezja totalna – czułam się, jakbym pierwszy raz w życiu słyszała ten fragment historii.
  2. Naprawdę nie wiem, jakbym się zachowała, gdyby reakcją kobiety, z którą spędziłam w łóżku upojną noc, były słowa: „o jejku, jejku, jej”. Jeśli Sapkowski wziął to hasło z autopsji to… Nie, nieistotne. Naprawdę. Ale taka mała prośba do pań: nie mówcie czegoś takiego. Po prostu… Nie mówcie.
  3. Jaskier to dupa wołowa i najgorszy przyjaciel świata. Geralt, nie lituj się, szkoda Twoich i naszych nerwów na tego pajaca (teza ta znajdzie potwierdzenie również w grze Wiedźmin 3: Dziki Gon).
  4. Protip: jeśli słyszysz jakieś hałasy wskazujące na bijatykę – zignoruj je. Ta wskazówka pomoże ci uniknąć poważnego uszczerbku na zdrowiu lub nawet przeżyć, zwłaszcza jeśli mieszkasz w Krakowie 😉
  5. Kiedy Yennefer mówi, że absolutnie nie wolno ci czerpać energii magicznej z ognia to pamiętaj, że ta zasada obowiązuje cię bezwzględnie. Nawet, jeśli okoliczności są hardkorowe i z tego powodu umrzeć jednorożec.
  6. Jeżeli ktoś ma świńskie oczka – nie ufaj mu. I przygotuj się na ewentualność połamania takiej osobie nogi.

Dla tych, którzy jeszcze nie słyszeli – Tomasz Karolak miał niezwykle ambitny plan, żeby sztukę o wiedźminie zagrać w teatrze i wcielić się samemu w rolę Geralta. Trudno mnie przerazić, ale ta informacja zmroziła mi krew w żyłach, zwłaszcza, że to było grubo przed 1 kwietnia.

Dykteryjki #2

Sytuacja numer jeden działa się w czasie ustroju komunistycznego. Wiadomo, kolejki, kartki i puste półki sklepowe. Czasy, których nie zaznałam i bardzo się z tego cieszę. Mój pradziadek był szewcem i naprawiał/robił (nie jestem pewna) buty kasjerce ze sklepu, koło którego mieszkał. Któregoś dnia rzucili coś ekstra do sklepu i wpada pradziadek, pewnie wymijając wszystkich stojących w kolejce. Zapewne towarzyszyły mu okrzyki typu „pan tu nie stał” itepe. Gdy podszedł do lady to niemal się na niej położył i czekał, aż zostanie obsłużony. Sklepowa zdziwiona jego zachowaniem grzecznie każe ustawić mu się na końcu,  kolejki, tak jakby to zrobiła w przypadku każdego klienta, na co pradziadek – zupełnie tym nie zrażony – wydziera się na całe gardło:

– COŚ MNIE, PICKO, NIE POZNAŁA?

Czy dzięki temu został jednak obsłużony – nie wiem. Ale hasło to przeszło do ważniejszych zwrotów używanych w naszej rodzinie.

***

 Druga historia zdarzyła się w pracy mojemu koledze. Dzwonił do lekarza i zanim zdążył powiedzieć o co chodzi, usłyszał w słuchawce:

– Szefie, nie mogę teraz rozmawiać, bo trzymam rękę w okrężnicy, żeby nie powiedzieć „w dupie”.

***

Prowadzący zapytał mnie od jakiego wierszu chciałabym zacząć omawianie poezji Leśmiana. Mówię, że z racji bycia listopadowym dzieckiem przepadam za Zaduszkami i chętnie od wiersza o tym samym tytule rozpocznę.

Prowadzący zsuwa okulary na nos i spogląda na mnie badawczo z uśmiechem.

– To jest nekromancja czy już nekrofilia?

***

Ostatnią opowieść usłyszałam od prowadzącego wykład wybitnego językoznawcy. Opowiadał o swoim koledze, któremu urodziła się trzecia córka. Dzieciątko, zdaje się, trzyletnie usłyszało od ojca, żeby przed snem posprzątało do woreczka swoje klocki. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast „dobrze, tatusiu” usłyszał od tego słodkiego stworzonka ubranego w puszystą piżamkę słowa: „chyba cię pojebało”.

KURTYNA

Baśnie, czyli obożeobożeoboże

O komiksie z serii Baśnie, znanym bardziej jako Fables, dowiedziałam się dopiero podczas gry The Wolf Among Us. Niespecjalnie ich szukałam, bo miałam z tyłu głowy przeświadczenie, że albo są niedostępne, albo bardzo drogie i że nawet jeśli już jakiś znajdę to przez miesiąc będę musiała żyć o samej wodzie, bo chleb byłby dla mnie luksusem 😉 Na moje szczęście z okazji nadchodzącego weekendu postanowiłam napić się złocistego napoju , co zaowocowało tym, że następnego dnia obudziłam się z informację na mejlu, że zamówiłam 3 komiksy z Bonito. Zdarza się nawet najlepszym 😉

Jakiś czas temu wszystkie postacie z różnych baśni zostały wygnane ze swojego królestwa przez Adwersarza. Większość z nich uciekła, całkowicie tracąc przy tym swój dobytek. Ci którzy wyglądem przypominają ludzi oraz ci, których na to stać, mieszkają w Baśniogrodzie – sekretnej społeczności w Nowym Jorku. Pozostali natomiast – czyli zwierzęta, potwory i olbrzymy – swoje miejsce mają na Farmie, na północ od miasta.

Na wygnaniu to pierwszy tom, przybliżający czytelnikowi postać, o której na pewno nie pamiętał (ja nie pamiętałam, mimo że pisałam pracę magisterską z baśni). Śnieżka ma siostrę – Różę, która zaginęła. Nasz główny bohater Bigby Wilk – szeryf Baśniogrodu, niesławny pożeracz małych dziewczynek i nie tak małych babć – podejmuje się znalezienia jej żywej, choć to zadanie wydaje się właściwie niewykonalne. W zdemolowanym mieszkaniu, które siostra Śnieżki dzieli ze swoim partnerem Jackiem (tym od łodygi fasoli), szeryf znajduje kilka niejasnych wskazówek i monstrualną ilość krwi. Czy uda mu się odkryć, co tak naprawdę stało się z Różą? Czy szuka wciąż żywej dziewczyny, czy tylko zimnych zwłok?

Podobnie jak w The Wolf Among Us przez większość czasu towarzyszymy Bigby’emu, choć autorzy raczą nas również innymi punktami widzenia – Śnieżki, Sinobrodego, Złotowłosej, Róży czy Księcia Uroczego. Mimo że z początku kreska tego komiksu jakoś specjalnie mnie nie powaliła to jednak z każdą stroną zaczęłam sobie uświadamiać, jak bardzo brakowało mi tego baśniowego świata i tak niebanalnej interpretacji niektórych historii bohaterów dziecięcych historii.

Nigdy nie byłam jakąś szaloną fanką komiksów, ale Baśnie zdecydowanie zmieniły mój sposób patrzenia na tę formę literatury (?). A teraz pozwólcie, że oddam się swojej rozpaczy w samotności, ponieważ 4 i 5 tom są na razie niedostępne w Bonito.

[Poprzednie zdanie powinniście potraktować jako najkrótszą recenzję na świecie. Oczywiście pozytywną].

Dykteryjki #1

Od jakiegoś czasu zauważyłam, że swoje recenzje lubię ubarwiać jakimiś dziwnymi i nie zawsze związanymi z tematem opowieściami z życia własnego i znajomych. Postanowiłam dać upust swojej gawędziarskiej naturze po pierwsze dlatego, że historie te bywają naprawdę abstrakcyjne, po drugie żeby uniknąć krzywych spojrzeń od Kota bez głowy, która te opowieści zna już na pamięć i ma dość ich słuchania i wreszcie po trzecie z powodu ćwiczenia cudownego języka polskiego w piśmie.

[Ostrzeżenie: jeśli jesteś osobą, która wyklucza antykoncepcję – nie czytaj dalej, bo możesz poczuć się urażony]

Opowieść ta pochodzi z zamierzchłych czasów, gdy Internet w Polsce dopiero raczkował, nauczyciel cieszył się wciąż jakimś autorytetem wśród uczniów, a ja nosiłam glany i koszulkę zespołu Slipknot (koszulkę mam dalej, śpię w niej).

Przychodzi taki moment w życiu, gdy rodzice miast wziąć sprawy w swoje ręce, radośnie zapisują swoje pociechy na zajęcia z WDŻ i z ulgą odfajkowują rozmowę o seksualności ze swoimi dziećmi, zwalając ten obowiązek na nauczycieli. Martwicie się, że opowiem o nawiedzonej katechetce albo co gorsza zakonnicy czy księdzu, prawda? Kochani, zapewniam, że może być znacznie straszniej. Pani Dąbrowska, bo tak będą nazywać tę kobietę dla potrzeb tej historii, uczyła nas na co dzień historii sztuki/plastyki. Czy miała jakiś kurs uprawniający do uczenia młodzieży na temat seksu, nie wiadomo, jednak wypowiadała się o antykoncepcji z takim przekonaniem, że dziękowałam Bogu za swoją orientację seksualną.

Dowiedziałam się, że prezerwatywy powodują bezpłodność i że w zasadzie są dość zawodne, więc nie ma sensu ich stosować (o tym, że mogą zapobiegać złapaniu jakichś fajnych chorób wenerycznych jakoś nie przyszło pani Dąbrowskiej do głowy, żeby się o tym choćby zająknąć). Tabletki antykoncepcyjne – równie nieskuteczne – wysuszą nam macicę, a dziecko w łożysku będzie się miało fatalnie. Spirala na 90% wrośnie nam w macicę. Płyny plemnikobójcze i plastry antykoncepcyjne też są złe, ale do końca nie wiadomo dlaczego. Jedyną słuszną i skuteczną metodą jest kalendarzyk. No kurwa. Najlepiej to powiedzieć dziewczynkom, które wciąż mają nieregularną miesiączkę.

Jakby takich pierdół było mało, potem sytuacja przybrała dzięki pani Dąbrowskiej zupełnie komiczny i przerażający obrót spraw. Zaczęła się gadka, jak poderwać osobę płci przeciwnej. No i ta pieprzy frazesy, że jak chłopak widzi, że dziewczyna na niego często patrzy to na pewno jej się podoba i że powinien zagadać. Wszyscy się śmieją, nikt tego nie bierze do serca poza jednym człowiekiem. Po lekcjach kolega żartobliwie zaczął się do mnie przystawiać, a ja, ponieważ spinam się niesamowicie, kiedy w zasadzie obcy człowiek mnie dotyka, schowałam się w sobie i nie reagowałam jakoś stanowczo. Błąd. Wysłuchałam więc monologu o jego niesamowitości w każdej dziedzinie życia grzecznie nie zaprzeczając, żeby chłopaka nie wpędzać w kompleksy, co okazało się kolejnym błędem. Po chwili chłopiec zrzucił na mnie bombę:

– Widziałem jak na mnie patrzysz. Pani Dąbrowska mówiła, żeby reagować w takiej sytuacji… Zakochałem się w tobie. Zostań moją dziewczyną, a później żoną. Chcę też poznać twoich rodziców.

 Żałuję, że nikt nie sfotografował wtedy mojej miny. Wyobraźcie sobie – moje pierwsze oświadczyny, w wieku 13 lat, w dodatku od chłopaka!

Tak więc dzięki pani Dąbrowskiej nauczyłam się kilku ważnych lekcji:

  1. Nie patrzeć w okno, przy którym siedzi ktokolwiek. Może to zostać odebrane jako niezdrowa fascynacja.
  2. Nie uprawiać seksu. Przenigdy. Po co mi to?
  3. Protestować, gdy ktoś się przechwala. Lepiej, żeby miał kompleksy, niż przerośnięte ego.

Nie życzę żadnemu rodzicowi, żeby jego dziecko spotkało na drodze taką nauczycielkę. Zwłaszcza w przypadku takiego dziecka, które zaczyna powoli rozumieć, że nie jest heteroseksualne; o swojej „chorobie” i „zboczeniu” też mogłam się wielu ciekawych rzeczy nasłuchać. Więc zanim zwalicie ten niezbyt komfortowy temat do rozmów ze swoimi pociechami na nauczyciela, zastanówcie się, czy to na pewno jest odpowiedzialne.