Droga do Nidaros, czyli jak to jest z drugim podejściem

Nieczęsto się zdarza, że przekreślam jakąś książkę na zawsze. Owszem, były takie przypadki – jak choćby nieudolne Każdy musi płacić, dumnie nazwane polską odpowiedzią na Grę o tron – kiedy to nawet nie skończyłam lektury, a już zastanawiałam się, w jaki sposób pozbyć się tej powieści z życia (szkoda, że nie można też odzyskać straconego czasu, ale cóż – ryzyko czytelnicze). W przypadku Drogi do Nidaros byłam niemal przekonana, że już więcej nie spróbuję, bo kompletnie nie przypadła mi do gustu. A jednak, gdy minęło trochę czasu stwierdziłam, że „no dobra, spróbujmy jeszcze raz, przecież wiesz, jak było z Grzędowiczem”.

Pilipiuk specjalnie nie lituje się nad swoimi bohaterami. Marek Oberech, nauczyciel informatyki oraz Staszek Grążel poznają się na kilka godzin przed zbliżającym się końcem świata. Próbując się ratować, zgadzają się zostać niewolnikami kosmicznego kolekcjonera Skrata (który pojawił się na Ziemi, żeby zebrać wiedzę unicestwionej planety). Mają wykonać dla niego zadanie – odnaleźć alchemika Sebastiana i odzyskać legendarny artefakt Oko Jelenia. W misji ma im pomóc wywodząca się z XIX wieku szlachcianka, Helena Korzecka, którą Marek spotyka, ucząc się świata od nowa w XVI-wiecznej Norwegii.

Zazwyczaj lubię, w jaki sposób Pilipiuk prezentuje kobiece postacie, bo mają jaja. Niestety, choć Korzecka przechodzi jakąś ewolucję w trakcie powieści, to dla mnie wciąż jest płaczliwą laleczką, która w utracie swojego dziewictwa widzi największy problem. Jebać zagładę świata, liczy się błona dziewicza – zdaje się mówić jej tok myślenia. Być może w kolejnych częściach robi się bardziej do życia, ale potwornie mnie irytowała.

Ogólnie nie oszalałam na punkcie Drogi do Nidaros, ale zaczęłam rozumieć, dlaczego niektórym ta powieść może się podobać. Pewnie za jakiś czas sięgnę po kolejny tom, ale jeśli ktoś jest fanem Jakuba Wędrowycza lub Kuzynek to nie wiem, czy się trochę nie rozczaruje. Zresztą, spróbujcie sami 🙂

Reklamy

Czarownik Iwanow, czyli powroty po latach #3

Czarownik Iwanow był moją pierwszą książką z serii o Jakubie Wędrowyczu i to chyba dzięki niej darzę tego pana w gumofilcach taką wielką sympatią. Zapraszam do kolejnej edycji krótkich przemyśleń.

  1. Choć Wędrowycz bywa stosunkowo nieufny wobec obcych to z niejaką radością przygarnął pod swoje skrzydła studentkę socjologii Monikę (nota bene moją imienniczkę), która ma do napisania pracę magisterską o wiejskich zabobonach. Mimo sceptycyzmu – dziewczyna szybko się przekonuje, że z panem egzorcystą nie ma się co zakładać o to, jaka następnego dnia będzie pogoda, bo i tak się przegra.
  2. Jakub i Semen zdobyli moje uznanie, ponieważ nienawidzą ludzi, którzy używają przemocy wobec koni. Co więcej, przedstawiają też niesamowitą historię ich ewolucji, z której można się m.in. dowiedzieć, że o mały włos, a to one rządziłyby naszą planetą (patrząc na to, co się dzieje w polityce nagle nie wydaje mi się to takim strasznym wariantem) oraz opowiadają, jak udało im się uratować Marikę (konika Jakuba), ze stanu przedśmiertnego, w jaki wpakował ją poprzedni właściciel.
  3. Możesz sobie być zawodowym egzorcystą, ale jeśli spróbujesz wymazać Wędrowyczowi coś z pamięci masz gwarancję, że nie minie cię ucieczka przed starcem z łopatą. A jeśli cię dogoni to wizyta w piekle wyda ci się powrotem do błogich wspomnień z dzieciństwa.
  4. Jestem zakochana w relacji Jakuba i posterunkowego Birskiego. Ten ostatni z jakiegoś powodu obrał sobie za swój życiowy cel aresztowanie egzorcysty i złapanie go na gorącym uczynku. Według dzielnego policjanta nasz protagonista to tylko zwykła hiena cmentarna i żadne argumenty go nie przekonują, że jest inaczej. Niestety, Birski bardzo szybko swoją motywację traci, rozumiejąc, że ma do czynienia z dużo inteligentniejszym od siebie osobnikiem i jak sam mówi, cieszy się, że tylko Jakub ze wszystkich mieszkańców Starego Majdanu może się takim intelektem poszczycić.
  5. Dzięki tej książce dowiedziałam się też, jak wyrwać się z piekła (a prawdopodobnie tam trafię, ponieważ nie wspieram obecnej opcji politycznej i śmieję się z rzeczy, z których absolutnie nie należy się śmiać), więc wzbogacając się o konkretne umiejętności survivalowe jestem w stanie potwierdzić tym samym tezę, że czytanie książek zawsze czegoś uczy.

Kroniki Jakuba Wędrowycza, czyli powroty po latach #2

Ci co śledzą mnie na Goodreads.com wiedzą, że przez ostatnie kilka dni w podróży do pracy towarzyszył mi nie kto inny, jak Jakub Wędrowycz. Minęło już trochę czasu, kiedy ostatni raz czytałam Kroniki… i pamiętam, że świetnie się bawiłam podczas swojej pierwszej lektury. Poniżej, jak w przypadku Krwi elfów zamieszczam kilka przemyśleń, które powstały podczas i niedługo po ponownej lekturze zbioru opowiadań Pilipiuka.

  1. Strzelają do ciebie? Tylko spokojnie, wyciągnij rewolwer i napij się bimbru. Zawsze może być gorzej, ot.
  2. Poważnie zastanawiam się po lekturze Kronik… nad prośbą, żeby pochowano mnie z osinowym kołkiem w piersi, odciętą głową i twarzą do dołu. Tak na wszelki wypadek, jakbym się zapomniała i zachciało mi się wstawać 😉
  3. Marzę, żeby mieć takich przyjaciół jak Jakub. Odbicie z komisariatu? Żaden problem. Pożyczenie sztucznych zębów i okularów? Bez wahania. Wspólne otwarcie hotelu i robienie idiotów z gości (w tym byłego SS-mana i dresów)? Jasna sprawa. Bimber i wódeczka przy każdej możliwej okazji? Nie trzeba powtarzać dwa razy. Spokój, kiedy po własnym pogrzebie pojawiasz się w knajpie? Załatwione. Czy można sobie wyobrazić lepszą emeryturę, niż w towarzystwie takich ziomów? Nie wydaje mi się.
  4. Choć jadłospis Jakuba może należeć do niecodziennych i niezbyt atrakcyjnych zarazem, to jednak nie można odmówić mu inwencji w tym zakresie. Linka hamulcowa i jakiekolwiek zwierzę są w stanie nakłonić egzorcystę do wymyślania naprawdę niezwykłych przepisów… I, o ile pamięć mnie nie myli, samuraj też na tę wyobraźnię całkiem nieźle działa.
  5. Chciałabym kiedyś być tak pewna swojego, jak Wędrowycz swojego fachu. Na tyle, żeby opowiadać o tym w telewizji bez żenady mimo że wszyscy mają mnie za wariatkę. No bo cóż… Facet w gumofilcach, egzorcysta-amator, opowiada jak powinno się oczyszczać cmentarze z komunistów. Czy może być coś bardziej abstrakcyjnego?

(Po dzisiejszym dniu stwierdziłam, że umiejętności Jakuba mogłyby być przydatne w związku z moim nowo powstałym problemem. Rankiem obudziło mnie wyjątkowo głośne gruchanie, ale nie wywabiło mnie to wystarczająco szybko z łóżka. Gdy wyszłam zapalić na rzeczony balkon, moim oczom ukazał się przedziwny widok. Otóż najwyraźniej gołębie postanowiły odprawić jakiś mistyczny rytuał, o czym świadczą odciski ich małych stópek, ułożone w krąg. Wojna zaczęła się na całego koło południa, gdy jeden z nich stał na czujce i obserwował mnie, siedzącą przy biurku, a drugi próbował dziobem zapalić pozostałości podgrzewacza. Mimo moich usilnych próśb i gróźb przestępcy co rusz powracali na miejsce, żeby kontynuować przywołanie Gołębiego Szatana, Pana Srania i Gruchania. Chwilowo mamy zawieszenie broni, bo gołąb-kapłan dwa razy uderzył sobą w szybę na mój widok, wpadając do doniczki z ziołami. Czyli wychodzi na to, że linka hamulcowa obciążona ciężarkami może się jednak przydać…).

Na glinianych nogach, czyli spróbuj się nie śmiać (i tak ci się nie uda)

Jedną z moich ulubionych postaci, które wykreował Pratchett jest zdecydowanie sir Samuel Vimes. Może dlatego, że przy swojej prostocie policyjnego myślenia potrafi być w niej tak niemiłosiernie błyskotliwy, że człowiek zastanawia się czy to przejaw geniuszu, czy raczej nieustającego pasma fartu. Większość z osób, które lubią Pratchetta, zapytane o ulubioną postać często odpowiadają Śmierć, ale ja jakoś…

UWAŻAJ, CO TERAZ NAPISZESZ, DZIEWCZYNO.

Nie jesteś przypadkiem ciekawy…

NIE.

Ekhm… O czym to ja? Ach, wiem. W Ankh-Morpork ktoś morduje staruszków.  Śladami zbrodni są tylko biała glina i papier z dziwnymi słowami wsadzony w usta ofiar. Na dodatek jedyne istoty, które mogłyby coś w tej sprawie wiedzieć – golemy – zaczynają masowo popełniać samobójstwa. Również życie Patrycjusza jest zagrożone – czyżby ktoś próbował go otruć? Straż Miejska musi zmierzyć się jednak nie tylko z tymi problemami. Do służby zostaje przyjęty krasnolud, Cudo Tyłeczek, który skrywa niecodzienną tajemnicę, a kapral Nobby Nobbs musi uporać się ze swoją nową tożsamością; przynależnością do tzw. jaśniepaństwa (a jak powszechnie wiadomo, „arystokracja” kojarzy mu się jedynie z chorobą skórną). Jak sobie poradzi Straż? Czy tym razem Vimes na pewno upora się ze wszystkimi kłodami, które zostały mu rzucone pod nogi?

Zawsze przed lekturą jakiejkolwiek powieści Pratchetta cieszę się jak mała dziewczynka. Od razu mam lepszy humor i durny uśmiech wymalowany na twarzy. Rzadko też się zdarza, że dawkuję sobie kolejne części książek z tak wielką ostrożnością, jak te ze Świata Dysku. Z jednej strony mam ochotę rzucić się na wszystkie, bo przecież Pratchett tyle ich popełnił, a z drugiej strony wiadomo, że już więcej ich nie napisze (przynajmniej nie w tym uniwersum). Oczywiście, zdarza się tak, że jedna powieść przypada mi do gustu bardziej, inna mniej. W przypadku Na glinianych nogach była to miłość od pierwszego akapitu. Jeśli lubicie dziwny humor, jest to idealna książka na oderwanie się od codzienności. Kpijcie z absurdów w towarzystwie mistrzów.

[Obrazek znaleziony na stronie pratchett.pl]

Pochłaniacz, czyli jak dorosnę zostanę Saszą Załuską

Powiedzieć, że byłam pewna Katarzyny Bondy, gdy sięgałam po Pochłaniacza byłoby zwyczajnym kłamstwem. Obawiałam się, że stanie się moim kolejnym nemesis, na kształt Szczepana Twardocha, budzącym powszechny, zupełnie niezasłużony, zachwyt. Że zrobi się z niej brand najgorszego sortu, zwłaszcza teraz, gdy chcą ją promować za granicą. Ale nie, mówię twardo sobie i tym obawom, co korzenie już zapuszczają z tyłu mojej głowy, przeczytam dzielnie z maleńką nadzieją, że nie zmarnuję swojego cennego czasu.

Od razu poczułam ulgę, gdy okazało się, że będziemy towarzyszyć profilerce Saszy Załuskiej a nie kolejnemu, tak typowemu dla tego gatunku, policjantowi, który będzie wyglądał jak polska – często dość nieudolna – kalka Wallandera. Nasza protagonistka wróciła właśnie do kraju po kilku latach spędzonych za granicą, gdzie skupiała się przede wszystkim na swojej karierze naukowej. Profilerka nie ma zamiaru powracać do pracy w CBŚ, którą zajmowała się zanim wyjechała za granicę, jednak bardzo szybko zmienia zdanie, gdy otrzymuje propozycję dobrze płatnego zlecenia. Załuska powraca szybko do świata tak dobrze znanego z pracy w policji – mafii, gangsterki i brudnych interesów, a rozwiązaniem jednej z wielu piętrzących się zagadek może okazać się piosenka sprzed lat.

Sasza została fantastycznie skonstruowana przez Bondę. Jest nie tylko inteligentną i skrupulatną profilerką, ale także matką i niepijącą alkoholiczką. To chyba w tym momencie uświadomiłam sobie, jak genialną jest kreacją – gdy czytelnikowi dany jest wgląd w jej historię uzależnienia oraz to, jak zareagowała na jej problem rodzina. Przecież – i takie myślenie można spotkać do tej pory – ktoś, kto ma pracę, dom i wygląda tak dobrze nie może być alkoholikiem. A już na pewno nie mężczyzni – przecież oni tyle piją z natury, taka kultura. Załuska spotkała się z tym stereotypem alkoholika, którego utożsamiamy z człowiekiem bez pracy i często bez stałego miejsca zamieszkania. Prawda jest taka, że nawet wypachniona paniusia w 20-centymetrowych szpilkach i o nienagannych manierach, która pewnym siebie krokiem zmierza teraz do biura, mogła zeszłej nocy tankować niebotyczne ilości wódki i – co więcej – robi to od miesięcy, a nikt nie zauważył.

Pochłaniacz to jeden z tych kryminałów, które nie są jednorazowe. Choć po lekturze wiadomo, kto zawinił to jednak chce się wrócić do świata Saszy i spróbować wyłapać z książki jeszcze więcej informacji na jej temat. A jeśli chodzi o sam styl pisarki to widać po nim niesamowity nakład pracy Bondy i nie mam tu na myśli tylko rzetelnego przygotowania do opisywania pracy policji, ale do samego procesu tworzenia. Bonda doskonale wiedziała co i jak chce napisać. Pierwszy raz miałam takie wrażenie podczas czytania kryminału i mam nadzieję, że będę to widziała w powieściach coraz częściej.

Sztukmistrz z Lublina, czyli od bawidamka do rabina

Mało jest książek, które tak mocno i jednocześnie dobrze kojarzą mi się ze studiami. Zdaje mi się czasem, że wszystkie niesamowite powieści przeczytałam właśnie na pierwszym roku i to wrażenie po tylu latach dalej mnie nie opuściło.

Jasza Mazur jest sztukmistrzem – potrafi wykonywać rozmaite akrobacje i otworzyć niemal każdy zamek z zamkniętymi oczami. Jak na Żyda przystało ma on dom i żonę, jednak ze względu na specyficzny charakter pracy (wędrowanie od miasta do miasta ze swoimi występami) i ogromną popularność występów, swojej małżonce nie jest zbyt wierny. Ma romans nie tylko ze swoją asystentką, ale też z innymi paniami, których miasteczka odwiedza. Niestety, sympatią nie darzy go ortodoksyjne środowisko żydowskie, ponieważ nie dość, że nie uczęszcza do synagogi ani nie czyta świętych pism, to jeszcze otwarcie wątpi, że Bóg w ogóle istnieje. Jego punkt widzenia ulega jednak zmianie, gdy poznaje Polkę, Emilię. Dla niej jest gotowy zerwać ze swoimi żydowskimi korzeniami, ponieważ dziewczyna jest chrześcijanką i będzie skłonna związać się z Jaszą dopiero wtedy, gdy on przyjmie jej wiarę. Na skutek niefortunnych zdarzeń sztukmistrz zmuszony zostaje do przewartościowania swojego światopoglądu i odkrywa o sobie prawdę, której się nigdy nie spodziewał…

Mimo że Jasza to taki totalny egoista i cwaniaczek, nie byłam w stanie go nie polubić – Singer dopilnował, żeby Mazur stał się czytelnikowi bliski już od pierwszych chwil, dając wgląd do jego najskrytszych myśli i zamiarów.

Choć fabuła powieści może się wydać nieco tendencyjna – w końcu to moralitet – przez wychwalanie pobożności i dumy z własnego pochodzenia, to pamiętam, że nie mogłam się od niej oderwać. Myślę, że to przez język Singera i jego nieocenioną umiejętność oczarowywania czytelnika. W końcu mówi się, że nie ma złych historii, a są tylko te źle opowiedziane. W przypadku Singera ta teza z pewnością się potwierdza.

Szklany tron, czyli dlaczego potrzeba wzorców dla młodych dziewczyn

Jestem uczulona na książki, zwłaszcza te młodzieżowe, w których przeznaczeniem bohaterki jest – oprócz osiągnięcia obranego sobie celu – związanie się z ukochanym mężczyzną. Nie ma w tym nic złego, gdy to przebiega naturalnie, ale jak już na początku widzę, że zamiarem (najczęściej) autorki jest dopełnić kreację głównej protagonistki związkiem, choć sama powieść romansem przecież nie jest odczuwam sporą frustrację.

Młode dziewczyny potrzebują fajnych wzorców, zwłaszcza teraz, gdy są bombardowane płytkimi obrazami kobiet, które pozornie dorównują mężczyznom we wszystkim, ale jakoś tak zawsze wychodzi, że jako jednostki są niekompletne, dopóki nie zwiążą się facetem. Paradoksalnie takich wzorców współcześnie wychodzi więcej od kobiet, niż od mężczyzn. A młoda dziewczyna naprawdę nie ma potrzeby czytać o tym, że powinna znaleźć sobie koniecznie partnera jeszcze w książkach. Ona te frazesy słyszy od wszystkich cioć, babć, kuzynek, koleżanek. To samo w telewizji (zwłaszcza z medium prawicowego), internecie (od sfrustrowanych 12-latków, których bawią szowinistyczne komentarze, bo wydaje im się, że to jest dla kogoś imponujące poza nimi samymi) i babskiej prasie.

Dziewczynie trzeba uświadomić, jak ważne jest, żeby kochała siebie – niezależnie od tego czy cieszy się zainteresowaniem płci przeciwnej, czy też nie. Jak istotne jest, żeby wiedziała, co ją uszczęśliwi, a nie jej bliskich. Musi mieć świadomość, że nie musi się poświęcać dla nikogo ze względu na płeć, a każda decyzja jaką podejmie powinna być jej własną. Bez oglądania się na czyjeś widzimisię.

Szklany tron, choć jest książką młodzieżową, dla młodych dziewcząt, które szukają silnych i niezależnych wzorców kobiecych nadaje się średnio. Nasza protagonistka, Celaena Sardothien, zabójczyni, która przeżyła rok niewolniczej pracy w kopalni soli dostaje propozycję nie do odrzucenia od następcy tronu, księcia Doriana. Jeśli uda jej się zwyciężyć w turnieju i objąć funkcję Obrończyni Króla po czterech latach odzyska całkowitą wolność. Cóż to za problem dla jednej z najlepszych morderczyń w kraju?

Pojawiwszy się na dworze królewskim dziewczyna za radą kapitana straży – Chaola Westfalla – ukrywa swoją prawdziwą tożsamość, by w ten sposób zdobyć przewagę nad innymi uczestnikami turnieju. Jej powolne przygotowania do prób zostają któregoś dnia zakłócone informacją o śmierci jednego z jej konkurentów. Od tej pory dziewczyna nie sypia zbyt dobrze, a ciała kolejnych przeciwników pojawiają się co jakiś czas, w towarzystwie tajemniczych symboli…

Nie powiem, powieść mi się niezmiernie podobała i na pewno w najbliższym czasie sięgnę po jej kontynuację. Lekka fantastyka na wolne dni, choć z nieco zbyt idealnymi postaciami.

No dobra, powiecie, ale dlaczego ta książka nie nadaje się dla młodych dziewcząt?

Ano, bo cała konstrukcja postaci Celaeny jako silnej i świadomej siebie kobiety zostaje przekreślona jednym akapitem. A od takich pojedynczych, niby nic nie znaczących akapitów zaczynają się myśli, że bez drugiego człowieka u swojego boku – już pal licho, jakiej płci – jestem nic nie wart.