Front burzowy, czyli „M” jak „Mag”

Nie minęło znowu aż tak wiele czasu, od kiedy miałam w rękach tę książkę, ale przyznam, że już na początku pisania tej recenzji uświadomiłam sobie, jak niewiele pamiętam z jej fabuły. Po Froncie burzowym pozostało mi raczej jakieś wrażenie, niż faktyczne wspomnienia tego, co miało miejsce w powieści.

Harry Dresden, jedyny mag w Chicago, od czasu do czasu wykonuje różne zlecenia dla policji, pomagając jej w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek. Tym razem ma rozwikłać tajemnicę dwójki kochanków, którzy zostali pozbawieni swoich serc za pomocą czarnej magii. I w tym momencie moja pamięć powiedziała: tak, to naprawdę wszystko, co mamy na ten temat.

Mam jeszcze jakiś niewyraźny przebłysk o gadającej czaszce, która koniecznie Dresdena chce wyswatać z jakąkolwiek niewiastą, bo podobno bycie wiecznym kawalerem mu zdecydowanie nie służy.

Nie mogę powiedzieć, żebym się męczyła podczas czytania tej książki, jednak mam nieodparte wrażenie, że raczej po kolejne części nie sięgnę, a to z bardzo prostego powodu. Widać po Froncie burzowym, że był on wielokrotnie zmieniany i z tego powodu pewne rozwiązania, jakie napotyka się w powieści zdają się pasować jak kwiat do kożucha. Łatwo wyczuć, że autorowi zależało na upchnięciu jak największej ilości pomysłów w jednym miejscu, jakby się bał, że kolejnego utworu już nie będzie miał okazji popełnić.

Słyszałam, że w kolejnych częściach styl autora się poprawia, ale jestem nastawiona do tych książek w najgorszy z możliwych sposobów – są mi po prostu obojętne. Front burzowy podobał mi się, ale nie na tyle, żeby sięgać po nie zwłaszcza teraz, gdy mam coraz mniej czasu.

Reklamy

Portret Doriana Graya, czyli o oglądaniu archetypu cienia

Któż nie zna tak chętnie cytowanego dandysa Oscara Wilde’a? Niestety, w większości przypadków, gdy mówi się o nim, równie szybko, jak tytuł jego najpopularniejszego dzieła, w ustach rozmówców pojawia się to – świadczące o wrażliwości, inteligencji i otwartości – słowo-klucz „pedał”, podziwiane przez wielu do tego stopnia, że powtarzane niczym mantra nie tylko pod adresem tych, o odmiennych preferencjach seksualnych, ale i poetów, pisarzy czy mężczyzn, którym jakoś używanie określeń „dupa” czy „świnia” wobec kobiet mimo wszystko przeszkadza.

Wielka szkoda, że na wielu twórców zaczyna się spoglądać zupełnie inaczej, gdy na jaw wychodzi, kogo zabierali do łóżka (działa to jednak tylko w przypadku, kiedy „nieszczęście” chciało, że kreator jest tej samej płci, co jego obiekt westchnień). No ale cóż, z tym nieszczęsnym „pedałem” na razie się nic nie da zrobić, bo jaki mamy kraj – każdy po tym słowie widzi. Do książki zatem, moi mili, do książki!

Dorian Gray to dziewiętnastoletni i niezwykle urodziwy chłopak. Jego niewinność nie umyka uwadze malarza Basila Hallwarda, dla którego szybko staje się inspiracją. Mężczyzna postanawia uwiecznić piękno chłopca na portrecie naturalnej wielkości. Przyjaciel malarza – lord Henry Wotton – zaintrygowany niezwykłą urodą młodzieńca pragnie go poznać. Arystokrata przy poznaniu uświadamia Dorianowi, że ten posiada młodość i piękno, czyli atrybuty, dzięki którym jest w stanie osiągnąć wszystko. Gray zauroczony taką filozofią wygłasza życzenie, żeby wszystkie grzechy i przeżyte dni odbiły się na portrecie, ale nie na nim samym. Gdy faktycznie zaczyna się tak dziać – młodzieniec zaczyna używać sobie do woli, wiedząc, że wszelki ślad jego postępków zamknięty będzie w obrazie.

Mogłabym oczywiście w tym miejscu zacząć roztrząsać, jak brak widocznych na pierwszy rzut oka konsekwencji robi z ludzi bydlęta, ale chciałabym się skupić bardziej na postaci Henry’ego. Można rzec, że Dorian to żywa realizacja jego filozofii. I choć wielu z Was powie, że owszem, jeśli nawet go podpuszczał, to przecież Gray nie musiał Wottona słuchać – w końcu miał własny rozum. Pewnie. Ależ o ile łatwiej jest głosić hedonistyczne frazesy, niż faktycznie się do nich stosować? Dorian padł ofiarą swojej naiwności – w końcu miał tylko 19 lat, gdy Henry zaczął mu kłaść do głowy swoją wizję świata. Lord Wotton to świetnie wykreowany tchórz, który pod płaszczykiem cynizmu i lapidarnych sformułowań, z przerażeniem „spogląda” na dzieło, które stworzył swoją filozofią – z niewinnego i pięknego młodzieńca zrobił okrutnego potwora.

Alienista, czyli dlaczego ostatnio się nie wysypiałam.

Ci którzy mnie znają i czytają moje recenzje wiedzą, że choć lubię kryminały to niespecjalnie się do takich powieści przywiązuję, traktując je jako tzw. jednorazówki. Z zasady powieści detektywistycznych (i im podobnych) nie kupuję, ponieważ nie zdarzyło mi się, żebym kiedykolwiek do takiej lektury wróciła, nawet po wielu latach. Sądzę jednak, że w przypadku Alienisty może być zgoła inaczej.

Nowy Jork, rok 1896. Nocą zostaje zbudzony John Moore, dziennikarz śledczy, pracujący dla „New York Timesa”. Wezwany przez swojego przyjaciela, dr Laszlo Kreizlera, dociera na miejsce zbrodni, gdzie został zamordowany 13-letni chłopiec, Georgio Santorelli, który był męską prostytutką. Ofiara została pozbawiona oczu, jej genitalia zostały wepchnięte do ust, gardło podcięte a pośladki wyrwane. Komisarz policji i przyjaciel tej dwójki, Theodore Roosevelt, prosi Moore’a i Kreizlera, żeby zajęli się tą sprawą w sposób dyskretny, gdyż nie wierzy on, że policja jest w stanie rozwikłać tej zagadki swoim zwyczajowym sposobem pracy. Okazuje się bowiem, że nie jest to pierwsza zbrodnia tego typu, która zdarzyła się w Nowym Jorku. Podczas śledztwa pomagają im Sara Howard (pierwsza kobieta zatrudniona w departamencie policji) i bracia Isaacson, którzy wprowadzają nowe metody pracy (takie, jak badanie odcisków palców czy antropometria kryminalna).

Powieść nie należy do świeżynek, a jednak zdumiewa mnie to, w jak intrygujący i niebanalny sposób prowadzona jest cała fabuła. Choć świat widzimy oczami Johna Moore’a to jednak prawdziwym bohaterem tej powieści jest dr Kreizler, który choć niezwykle inteligentny i znający się na rzeczy, myli się tak samo, jak każdy żywy człowiek. Alienista nie skąpi czytelnikowi psychologicznych dyskusji i analizy umysłu mordercy, jednakże czasami można mieć wrażenie, że książka jest trochę na siłę przedłużana tymi dywagacjami. Znalazło się w tej lekturze kilka wątków pobocznych, które według mnie można by spokojnie sobie darować, choć widzę w nich pewien zamysł autora i jestem w stanie go przyjąć.

Zawsze imponuje mi, gdy autor ma odwagę wpleść do swoich opowieści postaci historyczne i bez przesadnego naginania ich biografii, pozwolić czytelnikowi spojrzeć na te persony z zupełnie innej, bardziej ludzkiej, perspektywy. Postać Roosevelta, choć epizodyczna, jest właśnie w taki sposób nakreślona.

Alienista to zdecydowanie pozycja obowiązkowa dla fanów powieści detektywistycznych. Choć kładę się dość wcześnie spać i pilnuję ściśle swojego harmonogramu snu, to przez tę książkę kilkakrotnie niemal zaspałam do pracy. Jeśli taka rekomendacja was nie przekonuje to… ugryźcie się w pępek, cytując mojego tatę 😉

Co mi jeszcze w głowie zostało, część piąta

Ogień przyjemnie trzaskał i grzał obolałe ciało Argraxa. Z drewnianej miski, którą mężczyzna wręczył Szperaczowi unosił się kuszący zapach gulaszu z zająca i dzikiej cebuli, mimo napływającej śliny do ust, powstrzymał się od kosztowania potrawy do czasu, aż nie będzie pewien, że zawartości miski nie została zatruta.

Nowy kompan zdawał się nie zwracać na niego uwagi. Z prawdziwą pasją pochłaniał gulasz, co jakiś czas zagryzając go czerstwym chlebem. Szperacz odchrząknął, ale ten nie podniósł nawet na niego wzroku, wciąż zajęty jedzeniem.

– Interesuje mnie twoja opowieść… – odezwał się w końcu cicho, gdy jego towarzysz wycierał miskę do sucha resztką chleba.

Mężczyzna mruknął coś niezrozumiale w odpowiedzi, wreszcie podnosząc głowę.

– Dlaczego ta księga jest dla ciebie taka ważna?

– Ważniejsza jest dla mnie pewność, że nie wpadnie w ręce kogoś innego. Zwłaszcza twojego klienta – odrzekł w końcu. – Napadłem na ciebie, ponieważ sądziłem, że wiesz, jakie ten tom ma znaczenie, a mimo to zdecydowałeś się go zdobyć. Zwłaszcza po tym, co zrobiłeś z Van Moderstromem.

– Nie znam nawet jej tytułu – odpowiedział z cierpkim uśmiechem Argrax. – Wiem tylko, jak wygląda. A klecha już od dłuższego czasu działał wszystkim na nerwy. Przyda mu się lekcja pokory, do której sam tak gorliwie nawołuje.

Rozmówca parsknął w odpowiedzi i odłożył miskę na bok. Rękawem otarł usta i wygodniej usiadł na pieńku, wyciągając stopy w kierunku ognia.

– Mam na imię Nyskall i jestem Bibliotekarzem – powiedział wolno. – Praca z książkami to całe moje życie i wierz mi, że wolałbym swój cenny czas spędzać właśnie wśród nich, a nie polować na te, które od lat próbują skrywać się przed ludźmi. Niektóre księgi nie chcą być odnalezione, ponieważ wiedzą, że ich treść doprowadzi do zguby nie tylko ich czytelnika, ale i je same. Zawsze bowiem, gdy tom okazuje się niebezpieczny dla idioty, pojawia się w końcu kaznodzieja, gotowy go spalić tylko dlatego, że nie jest w stanie zrozumieć jego treści. Diabeł napisał tę książkę, powie swoich nieznoszącym sprzeciwu głosem i causa finita. Tom, którego oboje szukamy jest właśnie czymś takim. Jego tytuł to Hortus Obscura.

Oczy Argraxa rozszerzyły się na dźwięk tych słów. Uczył się o tej księdze jako młody chłopiec. Wytężył swoją pamięć i po chwili zrozumiał, że Hortus Obscura była przez większość jego nauczycieli uważana za mroczną, ale i jednocześnie piękną legendę. Według historii, jaką usłyszał podczas swojej edukacji, człowiek, który zapoznał się z treścią całego tomu, karmiąc każdą ze stron swoją krwią miał zyskać ogromną mądrość. Ceną za pozyskanie takiej wiedzy była świadomość tego, co czaiło się we wszystkich zakamarkach umysłu czytelnika. Jako młody chłopiec uważał, że to żadna cena, a wręcz dodatkowa nagroda – któż bowiem nie chciałby rozumieć, czym spowodowane są jego koszmary, rozdrażnienie czy smutek? Przecież znając przyczyny danego nastawienia można by je szybko neutralizować. Dziś Szperacz rozumiał, że taka świadomość była prostą drogą do szaleństwa. Umysł nie po to chował przed człowiekiem poszczególne prawdy, żeby robić mu na złość, ale żeby go chronić.

– Zawsze myślałem, że to tylko bajanie nauczycieli – przerwał milczenie. – Skąd masz pewność, że akurat to przodek mojego klienta był w posiadaniu prawdziwej Hortus Obscura? Skąd w ogóle dowiedziałeś się, że ta księga istnieje naprawdę?

– Odpowiem na każde z tych pytań – zapewnił uspokajającym tonem. – Ale jutro. O ile nie zdecydujesz się jechać dalej, ponieważ w tym wypadku… Będę musiał zatrzymać cię siłą.

Gdyby Argrax usłyszał to zdanie od kogoś innego, parsknął by śmiechem i zademonstrował, z jaką łatwością powaliłby autora tych słów, nie podnosząc nawet palca, jednak w przypadku Nyskalla wiedział, że nie ma szans. Odkąd usiadł przy ognisku próbował wysondować umysł mężczyzny, jednak po prostu nie mógł. Coś blokowało jego moc i delikatnie rozsypywało w drobny mak.

Przygody Alicji w Krainie Czarów, czyli o książce zupełnie nie dla dzieci

Zanim zaczniemy, dwie kwestie techniczne:

  1. Tłumaczenie tytułu: na dobrą sprawę, to w tytule powinna być „Kraina Dziwów”, a nie „Kraina Czarów”, ponieważ magia w książce nie występuje.
  2. Tim Burton, z całym szacunkiem dla jego dorobku i niewątpliwego talentu, spieprzył ten film koncertowo, mieszając treść obu książek (i na dodatek zapowiada się, że będzie druga część…).

Lektura Przygód… zmieniła moje patrzenie na literaturę. Ba, można powiedzieć, że właśnie ta książka skłoniła mnie do podjęcia studiów polonistycznych. Nic mnie tak nie motywowało, jak możliwość zrozumienia, co tak naprawdę kryje się pod powierzchnią moich ukochanych książek. Zapaleńcy podobni do mnie pewnie już wiedzą, jak niewiele udało mi się z Alicji odszyfrować i zrozumieć, a to z kilku powodów: kompletnie nie znam Kabały, języka francuskiego i jestem okropnie słaba z matematyki. Co więcej – osoba wychowywana w angielskiej kulturze zawsze będzie miała nade mną tę przewagę, że dużo łatwiej dostrzeże nawiązania do folkloru, innych powieści, niż ja – Polka, która ma głowę wypełnioną zupełnie innymi opowieściami, symbolami i rozumiejąca świat całkowicie inaczej.

Istnieje też małe prawdopodobieństwo, że utwór ten wydałby mi się dużo bardziej zrozumiały, gdybym była pod wpływem a) grzybów halucynogennych lub b) opium. Oczywiście, nikogo do tego nie namawiam i to nie tylko z powodów oczywistego łamania prawa i niszczenia własnego zdrowia, ale również dlatego, że – i tutaj cytuję moją promotorkę, której opinię uważam za całkiem ciekawą – narkotyki wszelkiej maści są w stanie (w niektórych przypadkach) otworzyć drogę do tych zakamarków umysłu, do których na co dzień dostępu nie mamy. Są to takie obszary naszej natury, których nigdy nie powinno się poznawać do końca. Każdy z nas nosi w sobie to kłębowisko węży i zobaczenie go, w całej okazałości, może nas nieodwracalnie zmienić.

Zawsze porusza mnie, jak wiele nawiązań w kulturze popularnej powstało do Alicji. Na Boga, można znaleźć nawet pornomusical. Pornomusical! Nie wiedziałam, że coś takiego w ogóle istnieje! A mimo tego wszystkiego dalej utrzymujemy, że to książka dla dzieci. Owszem, wiele dzieci na pewno świetnie się bawiło podczas disneyowskiej adaptacji, ale szczerze wątpię, że podczas lektury będzie czerpało z tego taką samą rozrywkę jak dorosły.

Myślę, że Przygody Alicji w Krainie Czarów to utwór, który powinno się czytać raz na jakiś czas i obserwować (a już w ogóle najlepiej zapisywać), co nowego odkryło się w tej książce. Bo nie chce mi się wierzyć, że ten utwór nie starzeje się wraz z nami, nie odkrywa sam przed sobą nowych prawd, nie uczy nowych rzeczy… No, dalej. Spróbujcie. Co widzicie?

Narrenturm, czyli dlaczego lepiej nie cudzołożyć

Dawno temu czytałam trylogię husycką (którą bardzo inteligentnie zaczęłam od drugiego tomu) i naprawdę niewiele pamiętałam. Z jakiegoś powodu jednak powieść ta kojarzyła mi się bardzo dobrze, a że cierpię ostatnimi czasy na niedobór dobrej fantastyki, to z radością wróciłam do Narrenturm.

Reinmar z Bielawy, zwany też Reynevanem, jest niezwykle zdolnym medykiem. Posiada jednak dużo bardziej rozwinięty talent pakowania się w kłopoty tylko i wyłącznie z własnej głupoty. Początek historii prezentuje nam głównego protagonistę w całej okazałości, gdy z radością i młodzieńczą werwą chędoży cudzą żonę – Adelę von Stercza. Niestety, schadzka kochanków zostaje gwałtownie przerwana przez szwagrów dziewczyny, sytuacja mocno się komplikuje i kończy się kuksańcami, pośpiesznym wciąganiem gaci na tyłek, brawurową ucieczką i nawet śmiercią jednego ze szwagrów.

Od tego momentu Reynevan z jednych tarapatów pakuje się w drugie, najpierw samodzielnie, a potem w towarzystwie Szarleja – demeryta, który za cenę ochraniania Reinmara mógł wreszcie opuścić klasztor, w którym odbywał pokutę – i Samsona Miodka – demonicznej istoty, którą bohaterowie przypadkowo przywołali do ciała idioty podczas fałszywych egzorcyzmów (jakkolwiek abstrakcyjnie i niewiarygodnie by to nie brzmiało).

Narrenturm stanowi powieść historyczną z wątkami fantastycznymi. Domyślam się jednak, że największą frajdę będą z tej książki mieli fani historii, którzy orientują się w zawiłościach wojen husyckich lepiej, niż przeciętni śmiertelnicy podobni mnie. Choć główny bohater swoimi niezwykle kreatywnymi i jednocześnie idiotycznymi pomysłami nieraz sprawi, że czytelnik złapie się za głowę i zawoła „Znowu?!”, to nie da się go nie lubić i nie podziwiać zarówno jego daru pakowania się w kłopoty, jak i wychodzenia z nich obronną ręką.

Zdecydowanie polecam tę lekturę fanom fantastyki, którzy przygodę z Sapkowskim skończyli na sadze o wiedźminie. Jednocześnie chcę zaznaczyć, że nie jest to powieść, która wciągnie młodszego czytelnika ze względu na przydługawe fragmenty opisujące polityczne zależności.

(Dla tych, którzy są po lekturze Narrenturm informacja – tak właśnie wygląda pomurnik. Czy Wy też sądziliście, że to dużo mroczniejszy i upiorniejszy ptak? ;))

Diabeł na wieży, czyli żebym zawsze się tak myliła

Odkrycie i zakup tej książki zawdzięczam kolejnej pomyłce. Jak się na szczęście okazało, nie był to na tyle duży błąd, żebym próbowała w efekcie zjeść własne buty, ale do tej pory nie mogę uwierzyć, że pomyliłam Diabła na wieży Anny Kańtoch ze Sługą bożym Jacka Piekary (brawo ja, już nie wiem, który raz z kolei).

Książka Kańtoch to zbiór opowiadań, którego protagonistą jest Domenic Jordan. Nieco zniewieściały, bladolicy mężczyzna, którego charakteryzuje czarny ubiór. Wieść niesie, że jest on lekarzem i choć bez wątpienia odebrał medyczne wykształcenie, to jego zainteresowania dalekie są od tych, które zaprzątają głowy zwyczajnym medykom. Jordana interesuje bowiem magia, ale nie jest on głupcem, który bawi się ciemnymi mocami, igrając przy okazji z katolickim ogniem. Magia interesuje go jako naukowca i z taką też precyzją bada wszystkie nadprzyrodzone wydarzenia, których jest świadkiem.

Język Kańtoch nie należy do rozbuchanych – jest precyzyjny i konkretny, co osobiście sobie chwalę, bo nic tak nie wyprowadza mnie z równowagi, jak autorskie lanie wody, które nie tylko nic nie wnosi do fabuły, ale stanowi namacalny dowód na to, że w danym momencie pisarz męczył się niemiłosiernie. Mimo tego, da się w tym sposobie pisania własnego stylu, co według mnie stanowi tylko kwestię czasu, ale niektórych może zniechęcić.

Diabeł na wieży to mieszanina dobrej fantastyki i kryminału. Bohater nie jest typowy, ale nie mogę powiedzieć i z radością widzę, że Domenic zdaje sobie sprawę ze swoich słabości nawet lepiej, niż czytelnik. Nie znaczy to jednak, że postać ta jest w zupełności nowatorska i oryginalna, ale jej konstrukcja jest przynajmniej spójna, co coraz rzadziej spotykam w książkach.

Ten zbiór opowiadań jest jednym z dowodów na to, że polska fantastyka ma się świetnie i nie ustępuje niczym przed tą amerykańską, a nawet w pewnych momentach (sorry, Trudi Canavan, bo to twoją twórczość mam na myśli), ją przewyższa. Myśl ta sprawiła, że postanowiłam zmienić swoje nawyki i czytać przynajmniej po jednej polskiej książki z gatunku fantasy miesięcznie, bo ostatnimi czasy dałam się pożreć literaturze anglojęzycznej. Podsyłajcie swoje propozycje, bo a nuż odkryję swoją nową ukochaną książkę 😉