Solaris, czyli o lekkim strachu

Co jakiś czas mamy z Kotem bez głowy te momenty, w których rozmowa o codziennych sprawach schodzi na tematy literatury, zwłaszcza tej, z którą miałyśmy styczność dość dawno. Nagle sobie przypominamy, że nie dzieliłyśmy się wrażeniami z danej książki i rozpoczyna się wymienianie skojarzeń i uczuć, obok merytorycznych uwag.

Nie pamiętam, przy jakiej okazji opowiadałam jej o Solaris, ale dopiero dziś w pracy olśniło mnie, jak duże wrażenie zrobiła na mnie ta książka po tak długim czasie od jej przeczytania. Sięgnęłam po tę powieść jakoś na pierwszym albo drugim roku studiów (nie muszę dodawać, że z woli prowadzącego, a nie mojej własnej ;)) i przyznam, że wtedy niespecjalnie mi przypadła do gustu, bo jak wiecie – za science fiction nie przepadam.

Dziś, gdy mam nieco bardziej (choć wciąż mi do doskonałości w tej materii daleko), poukładane w głowie i większą wagę przywiązuję do samej treści, odcinając się od elementów potencjalnie przeszkadzających, zaczęłam sobie przypominać główną myśl Solaris i atmosferę całej historii.

Psycholog Kris Kelvin przybywa na planetę Solaris, która zamieszkiwana jest przez cytoplazmatyczny ocean. Rzekomo jest on inteligentną formą życia, jednak nikomu do tej pory nie udało się z nim porozumieć. W stacji badawczej, do której przybył Kris znajdują się dwaj naukowcy, których zachowanie wzbudza masę podejrzeń (z ich kabin słychać dziecko, trzaski, rumor wskazujący na obecność drugiego człowieka). Sam szef stacji popełnił samobójstwo zaledwie na parę godzin przed przybyciem psychologa.

Na stacji pojawia się po pewnym czasie zmarła żona Kelvina – Harey, za której śmierć psycholog czuje się odpowiedzialny (ta groziła, że targnie się na własne życie, a Kris zostawił ją samą sobie sądząc, że to tylko czcze gadanie). Jest ona idealną kopią żony Krisa, jednak stanowi ona niezniszczalny twór inteligentnego oceanu, którego psycholog z początku próbuje się pozbyć – jak wyrzutu sumienia. Z takimi koszmarami z przeszłości borykają się również pozostali bohaterowie.

Nie wiadomo, w jakim celu ocean odtwarza wspomnienia badaczy, a także dlaczego wybiera akurat te, które są dla postaci tak trudne. Być może jest to bardziej próba kontaktu, niż faktyczny pokaz wyższości i okrucieństwa, jednak nikt nie jest w stanie tego udowodnić.

A cóż mnie tak poruszyło w tej historii, zapytacie? Jedna scena, gdy Kris spaceruje po stacji badawczej i w pewnej chwili słyszy człapanie stóp. Po chwili mija go czarnoskóra kobieta, która kompletnie nie zwraca na niego uwagi. W swojej głowie słyszę te kroki bosych nóg, które zbliżają się nieubłaganie, a mnie zalewa fala bezsilności i lęku. Białe, sterylne niemal światło irytująco mruga, gdy zza rogu wyłania się kobieta, której wzrok patrzy dokładnie przeze mnie. Jej strój przypomina ten piękny, afrykański ubiór, który czci płodność, a jednak w tym miejscu to wszystko wydaje się jeszcze bardziej upiorne.

Nie wiem, czy w oryginalnej scenie światło było białe i migało, czy kobieta faktycznie była bosa, czarnoskóra i ubrana w plemienny strój, ale gdy tylko o tym fragmencie myślę – mam ciarki na plecach.

Solaris przeczytać wypada, ale to nie znaczy, że nie warto. Podobnie, jak w przypadku innych lektur z klasyki, bo gdyby nie ten kanon filologiczny – być może nigdy nie zebrałabym się w sobie, żeby po Lema sięgnąć, ot co.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: