Zły, czyli jak nas prowadzący wypieprzył z zajęć

Z okazji, że niektórzy z Was wciąż jeszcze są studentami, a sen z powiek spędza im coś takiego jak sesja, w ramach solidarności sięgnęłam do wspomnień swojej pierwszej sesji, a raczej przygotowań do niej, kiedy to na literaturze współczesnej mieliśmy omawiać Złego Leopolda Tyrmanda.

Wiadomo, jak traktuje się przedmioty na zwykłe „zal”, kiedy to jeden egzamin goni kolejny – po prostu się zlewa, ewentualnie poświęca się mu minimum uwagi (5 minut przed rozpoczęciem zajęć, żeby doprecyzować) i ma się nadzieję, że to wystarczy. Jak udowodnił nam w przeciągu 3 minut prowadzący – jest to założenie błędne.

Nasz leciwy doktor, skądinąd świetnie umiejący opowiadać o literaturze, swoim ciężkim krokiem wszedł do sali. Wszystkie oczy w niego wpatrzone, a w głowie modlitwa do bóstw zarówno świętych, jak i piekielnych, żeby nie pamiętał, co dziś omawiamy. Niestety, pamiętał i szybko odkrył, że żadna z nas książki nie skończyła (nie wspominając już o zapoznaniu się z opracowaniem, które było napisane tym rodzajem pretensjonalnej polszczyzny, która powoduje bezwolne wznoszenie oczu w górę i symptomy zgagi). Co więcej, tego dnia część dziewcząt miała mu oddać prace zaliczeniowe (ja byłam w grupie szczęśliwców, którzy postanowili pisać kolokwium na kolejnych zajęciach), więc pan doktor z mściwym błyskiem w oku opuścił nasze zajęcia i odmówił przyjęcia prac. Lamentom końca nie było, jak możecie zgadnąć, ale w końcu sytuacja skończyła się dla wszystkich szczęśliwie (choć dla niektórych po dłuższym czasie).

Mogę się tylko domyślać, jak wielką gratką było czytanie Złego w latach pięćdziesiątych, kiedy to ma miejsce akcja książki. Opisywana przez autora Warszawa żyje i jest chyba jednym z najlepszych „przewodników” po stolicy z tego okresu. Sam wątek może nie jest zbyt wyszukany, bo tytułowy bohater, przewijający się niezbyt często przez książkę, postanawia na własną rękę walczyć ze światkiem przestępczym Warszawy. Jak można podejrzewać, niektórzy z mieszkańców miasta pochwalają, a nawet czynnie wspierają poczynania mężczyzny.

Tyrmand daje też czytelnikom wgląd w różne środowiska – dziennikarskie, robotnicze czy chuligańskie, przez co wątek detektywistyczny jest zepchnięty nieco na dalszy plan. Zły jest miejscami wyjątkowo dowcipny i to w taki sposób, jakiego jeszcze nie widziałam (bo czy braliście kiedyś udział w orgii parówkowej?). Nie jest to powieść najwyższych lotów, rzecz jasna, ale porządne czytadło – idealne na wolne dni i lekkie odmóżdżenie.

Bohaterowie dają się kochać już od pierwszych chwil, kiedy ich poznajemy, choć jak na mój gust są zbyt czarno-biali i miejscami zbyt kluchowaci. Niemniej Zły to dla mnie książka z bagażem fajnych wspomnień, bo przypomina mi nie tylko o moim pierwszym roku na studiach, ale też o pierwszym roku życia poza domem rodzinnym.

Reklamy

Solaris, czyli o lekkim strachu

Co jakiś czas mamy z Kotem bez głowy te momenty, w których rozmowa o codziennych sprawach schodzi na tematy literatury, zwłaszcza tej, z którą miałyśmy styczność dość dawno. Nagle sobie przypominamy, że nie dzieliłyśmy się wrażeniami z danej książki i rozpoczyna się wymienianie skojarzeń i uczuć, obok merytorycznych uwag.

Nie pamiętam, przy jakiej okazji opowiadałam jej o Solaris, ale dopiero dziś w pracy olśniło mnie, jak duże wrażenie zrobiła na mnie ta książka po tak długim czasie od jej przeczytania. Sięgnęłam po tę powieść jakoś na pierwszym albo drugim roku studiów (nie muszę dodawać, że z woli prowadzącego, a nie mojej własnej ;)) i przyznam, że wtedy niespecjalnie mi przypadła do gustu, bo jak wiecie – za science fiction nie przepadam.

Dziś, gdy mam nieco bardziej (choć wciąż mi do doskonałości w tej materii daleko), poukładane w głowie i większą wagę przywiązuję do samej treści, odcinając się od elementów potencjalnie przeszkadzających, zaczęłam sobie przypominać główną myśl Solaris i atmosferę całej historii.

Psycholog Kris Kelvin przybywa na planetę Solaris, która zamieszkiwana jest przez cytoplazmatyczny ocean. Rzekomo jest on inteligentną formą życia, jednak nikomu do tej pory nie udało się z nim porozumieć. W stacji badawczej, do której przybył Kris znajdują się dwaj naukowcy, których zachowanie wzbudza masę podejrzeń (z ich kabin słychać dziecko, trzaski, rumor wskazujący na obecność drugiego człowieka). Sam szef stacji popełnił samobójstwo zaledwie na parę godzin przed przybyciem psychologa.

Na stacji pojawia się po pewnym czasie zmarła żona Kelvina – Harey, za której śmierć psycholog czuje się odpowiedzialny (ta groziła, że targnie się na własne życie, a Kris zostawił ją samą sobie sądząc, że to tylko czcze gadanie). Jest ona idealną kopią żony Krisa, jednak stanowi ona niezniszczalny twór inteligentnego oceanu, którego psycholog z początku próbuje się pozbyć – jak wyrzutu sumienia. Z takimi koszmarami z przeszłości borykają się również pozostali bohaterowie.

Nie wiadomo, w jakim celu ocean odtwarza wspomnienia badaczy, a także dlaczego wybiera akurat te, które są dla postaci tak trudne. Być może jest to bardziej próba kontaktu, niż faktyczny pokaz wyższości i okrucieństwa, jednak nikt nie jest w stanie tego udowodnić.

A cóż mnie tak poruszyło w tej historii, zapytacie? Jedna scena, gdy Kris spaceruje po stacji badawczej i w pewnej chwili słyszy człapanie stóp. Po chwili mija go czarnoskóra kobieta, która kompletnie nie zwraca na niego uwagi. W swojej głowie słyszę te kroki bosych nóg, które zbliżają się nieubłaganie, a mnie zalewa fala bezsilności i lęku. Białe, sterylne niemal światło irytująco mruga, gdy zza rogu wyłania się kobieta, której wzrok patrzy dokładnie przeze mnie. Jej strój przypomina ten piękny, afrykański ubiór, który czci płodność, a jednak w tym miejscu to wszystko wydaje się jeszcze bardziej upiorne.

Nie wiem, czy w oryginalnej scenie światło było białe i migało, czy kobieta faktycznie była bosa, czarnoskóra i ubrana w plemienny strój, ale gdy tylko o tym fragmencie myślę – mam ciarki na plecach.

Solaris przeczytać wypada, ale to nie znaczy, że nie warto. Podobnie, jak w przypadku innych lektur z klasyki, bo gdyby nie ten kanon filologiczny – być może nigdy nie zebrałabym się w sobie, żeby po Lema sięgnąć, ot co.

Co mi jeszcze w głowie zostało, część czwarta

Argrax chyłkiem opuścił zakrystię, jednak nie napotkał wzrokiem ani jednego wiernego, który mógłby podnieść alarm na jego widok. Wiedział, że jeśli nawet ktoś zawiadomił straże, te nie odważą się podnieść ręki na Szperacza, jednak wolał zachować resztki ostrożności. Poświęcił duchownemu znacznie więcej czasu, niż planował i był na siebie wściekły, że o ile z łatwością potrafił zmusić się do przemocy fizycznie, o tyle nie umiał w żaden sposób nawet musnąć jego myśli swoją mocą. Ta słabość mogła go kosztować znacznie więcej, niż kilkanaście chwil.

Parafialne księgi Van Moderstrom ukrywał w swojej biblioteczce, w rezydencji poza miastem, w której starał się bywać jak najrzadziej. Mówiło się, że kilkakrotnie z tego domu widziano wybiegające nagie dzieci, jednak nikt nie był na tyle głupi, żeby oskarżyć bezpośrednio o to duchownego. Nikt nie potrafił mścić się tak dotkliwie jak proboszcz.

Szperacz mimo zmęczenia postanowił pojechać do rezydencji od razu – Van Moderstrom może dochodzić do siebie jeszcze kilka dni, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wysłał posłańca, żeby wszystko spalił. Och, księgi go raczej nie obchodziły dopóki ich treść nie mogła stanowić przedmiotu szantażu. Bał się raczej, że ktoś znajdzie dowody na jego bestialskie zachcianki. Argraxa niespecjalnie to interesowało, ale jeśli przez przypadek by na coś trafił, zapewne nie mógłby się oprzeć, żeby tej wiedzy nie wykorzystać. Nic tak go nie bawiło, jak tresowany ksiądz.

Posiadłość Van Moderstroma położona była 15 stai od miasta, więc Szperacza czekała dość męcząca podróż w siodle. Musiał powrócić do gildii i przekazać swoim przełożonym informacje o postępach w zleceniu. Postanowił z nimi na razie nie rozmawiać, a skreślić jedynie pobieżny raport na papierze i zostawić pod opieką współlokatora z celi. Nie mógł pozwolić sobie na więcej opóźnień, zwłaszcza tych spowodowanych troską o jego stan psychiczny, który umożliwił mu przemoc fizyczną.

Wśliznął się do celi przez uchylone okno, szybko napisał raport i zbywając gestem pytające spojrzenie Jaspera, równie cicho opuścił gildię. Pewnym krokiem wszedł do stajni, przekroczył pogrążonego w śnie chłopca „pilnującego” koni i lekko wskoczył na grzbiet swojego wałacha, którego kazał przygotować do podróży jeszcze przed wizytą u Velteca. Przeczucie? Nie. Zawodowy pragmatyzm.

Niecałe 3 staje za miastem głowa Szperacza wolno opadła mu na pierś, a jej właściciel pogrążył się w nerwowym śnie. Do tej pory kurczowo ściskana przez niego uzda zaczęła się delikatnie wysuwać z pomiędzy palców, więc gdy poczuł ruch powietrza a potem uderzenie, które zachwiało jego równowagą, zwalił się z konia, nie mogąc zareagować w żaden sposób. Te kilka sekund, jakich potrzebował do rozeznania się w sytuacji, mogłyby go ocalić, jednak nim zdążył przeturlać się do pobliskich krzaków, poczuł jak podkuty blachą but uderza w jego odsłonięty brzuch.

Przeklęty klecha, przeszło mu przez myśl, gdy skulił się na gościńcu pokrytym kurzem. Uniósł wzrok, jednak nie potrafił w mroku rozpoznać twarzy napastnika, choć obiecał sobie, że jeśli tylko przeżyje – wbije sobie jego obliczę w pamięć i nie spocznie, dopóki nie powiesi go za bebechy na drzewie, gdy ten wciąż będzie żył.

– Podobno szukasz Księgi – usłyszał rzeczowy ton mężczyzny. – I robisz to wyjątkowo metodycznie, co łatwo było stwierdzić po stanie, w jakim znaleźliśmy Van Moderstroma…

– To tylko książka, którą zgubił przodek moje klienta – syknął przez zęby Argrax, starając się podnieść z ziemi. Udało mu się jedynie zmusić ciało do pozostania na czworakach. – Nie wiedział, gdzie jej szukać, więc zwrócił się do mnie.

– Ach, więc ślepiec prowadzi ślepca… – rzekł po chwili zmienionym głosem i pomógł Szperaczowi wstać. – Pozwól, że wyjaśnię ci, dlaczego lepiej zostawić to wszystko w spokoju, przyjacielu.

– Nie jesteśmy…

– Po mojej opowieści możesz bardzo szybko zmienić zdanie na ten temat – zaśmiał się krótko i wskazał w oddali ognisko, którego blask słabo tlił się pomiędzy liśćmi. – Jak twój żołądek? Chyba nie uderzyłem na tyle mocno, żebyś czegoś nie przełknął, co?

Mężczyzna tylko skrzywił się w odpowiedzi i ruszył bez przekonania za nowym towarzyszem.

Co mi jeszcze w głowie zostało, część trzecia

Lekko wyskoczył z powozu i odprawił woźnicę złotym dukatem. Przez chwilę stał przed kościołem i chłonął ciepły wiatr, który smagał jego ostrą twarz. Szperacze najczęściej stronili od przemocy fizycznej, jednak Argrax w tym względzie stanowił wyjątek. Wiedział lepiej niż inni, że ból potrafi otworzyć człowieka na odpowiedzi, o których nawet skrzętnie przeszukiwany umysł może nie mieć pojęcia.

To nie był pierwszy raz, gdy musiał uzyskać informacje od duchownego i doskonale wiedział, że większość umysłów bożych piesków była do siebie bardzo podobna – zalana egoizmem i przeświadczeniem o wyższości nieraz potrafiła zaczernić wszystko, co można by uznać za użyteczne; odpowiednio dozowane cierpienie i strach potrafiły zdziałać cuda w leczeniu takich skaz.

Wtargnął do przybytku i czujnie się po nim rozejrzał. Paru wiernych gwałtownie podniosło głowy znad złożonych dłoni.

– Gdzie jest klecha? – zawołał z mocą, przechodząc szybkim krokiem przez kościół. Nerwowe spojrzenia wiernych zaczęły bezwolnie uciekać w stronę konfesjonału. Kilka sekund później wypadł z niego Van Moderstrom, aż pobielały z gniewu.

– To jest dom boży! – wrzasnął w odpowiedzi. – Wynoś się stąd, jeśli nie potrafisz go uszanować!

Szperacz przewrócił oczami. Dał kilka sekund proboszczowi na zorientowanie się kim jest, jednak zaraz szybko tego pożałował, ponieważ ten rzucił się w stronę zakrystii.

– Za każdym razem – wymruczał pod nosem, wolno podążając za księżulkiem. Niewiele później zastał go, jak próbował wyplątać sutannę, która zahaczyła się o ramę okno. Jego łydka świeciła bladym blaskiem, kiedy próbował ją przerzucić przez okno i uciec, jednak Argrax zniecierpliwionym gestem wciągnął Van Moderstroma z powrotem do pomieszczenia i uspokoił go lekkim, ale stanowczym uderzeniem otwartą dłonią w twarz. – Porozmawiajmy.

– Zabierz ode mnie swoje brudne łapy, demonie! – zawył proboszcz, czyniąc znak krzyża. Szperacz skwitował ten gest nieprzyjemnym śmiechem i chwycił mężczyznę za kark, zmuszając go do uklęknięcia – Zaklinam cię, Szatanie, wrogu ludzkiego zbawienia, uznaj sprawiedliwość…

Uciszył go kopnięciem.

– Żyję dłużej, niż możesz sobie wyobrazić i spotykałem wielu księży, ale tylko ty okazałeś się na tyle próżny, żeby wierzyć, że twoje egzorcyzmy zrobią na mnie jakiekolwiek wrażenie.

Odpowiedziało mu łkanie. Starzec drżał i z niespotykaną niezdarnością próbował osłonić głowę przed kolejnymi ciosami, których najwyraźniej się spodziewał.

– Pomów ze mną normalnie, Van Moderstrom, a zostawię cię w spokoju i więcej nie tknę palcem – wycedził przez zęby, groźnie się nachylając nad nim. – Rozumiesz, co do ciebie mówię?

– Czego chcesz, diable? – zapytał z wyrzutem, jakby cała sytuacja sprzed chwili kompletnie nie miała miejsca.

– Gdzie są księgi parafialne?

– Tutaj – zawył, trzęsąc się coraz mocniej.

– Nie sprecyzowałem pytania – przyznał Argrax, pochylając się jeszcze niżej. – Gdzie są prawdziwe księgi?

– Tutaj! – powtórzył z krzykiem duchowny, zrywając się na równe nogi. – Nie ma innych i nigdy nie było!

Szybki cios ponownie sprowadził go na kolana.

Szperacz nie musiał sobie brudzić dalej rąk jego krwią, jednak na samą myśl, że miałby przerzucać wspomnienia klechy robiło mu się niedobrze. Nawet dziecko wiedziało, jakie męty trafiały do ich miasta. Objęcie nawet tak ważnego stanowiska, jak proboszcz parafii na tej ziemi w oczach innych duchowny było równoważne ze zmieszaniem z błotem. Argrax mógł się tylko domyślać, co zrobiła ta ofiara losu, że kościół skazał ją na pobyt w tym zapyziałym miejscu i naprawdę nie miał ochoty poznać czy choć część z jego podejrzeń była zgodna z prawdą.

 – Gdzie? – zapytał cicho, chwytając starca za kark. – Innego pytania nie będzie.

Mgły Avalonu, czyli o świętojebliwej żonie króla Artura

Podczas lektury Mgieł Avalonu uświadomiłam sobie, jak niewiele jest mi wiadome na temat legendy o królu Arturze. Pamiętałam jedynie, że ożenił się z Ginewrą, która zdradziła go z Lancelotem i że królem został dzięki słynnemu Ekskaliburowi. Poza tym – pustka w głowie.

Protagonistką powieści jest Morgiana (czy też Morgana, Morgan… zależy od tłumaczenia), przyrodnia siostra Artura, córka Igriany (Igerny) i Gorloisa, choć z początku to z perspektywy jej matki poznajemy historię, jak zdobyła miłość Uthera Pendragona i pozbyła się znienawidzonego męża.

Opowieść Morgiany koncentruje się nie tylko na walce Artura o władzę w Brytanii, ale też na jej dorastaniu w Avalonie. Krainie, która kpi sobie z pomysłu, że człowiek ma tylko jedno życie, a jedynym słusznym Bogiem jest Chrystus. Niestety, im mocniejsza wiara ludu w chrześcijaństwo, tym coraz odleglejszy staje się Avalon i jego „pogańskie” tradycje. Bardzo przypadło mi do gustu podejście niektórych postaci do aspektu seksualności – nie jak do grzechu, ale jak do siły, która niesie ze sobą coś pięknego i pełnego witalności.

Do momentu, w którym w powieści nie pojawia się Gwenifer czy też Ginewra, nie czuje się frustracji. Ale gdy ta bogobojna hipokrytka doszła w końcu do głosu, miałam ochotę sobie zacząć rwać włosy z głowy.

  1. Przespała się z Lancelotem będąc już mężatką i zrobiła to całkowicie świadomie, ale ma pretensje do swojego męża, że ten zrobił dziecko swojej siostrze biorąc udział w rytuale jako młokos, nie mając pojęcia, że to ona.
  2. Nie zdecydowała się na ucieczkę i wspólne życie z Lancelotem, ale gdy usłyszała, że jej ukochany został podstępem ożeniony z inną kobietą wpadła w furię. No bo przecież miał kochać tylko ją i cierpieć przez tę miłość. Na wieczność.
  3. Zmieniła swojego męża w pantoflarza i kazała mu położyć ch… na tradycję Avalonu, bo to nie jest nauka Chrystusa. Co z tego, że to właśnie dzięki Pani Avalonu został on na tron wsadzony? To już nieistotne.
  4. Wzięła udział w trójkącie ze swoim mężem i Lancelotem, ale miała pretensje do Artura, że podczas tegoż trójkąta dotknął swojego przyjaciela i sugerowała mu pederastię.

Pomijając moją ogromną niechęć do Gwenifer muszę powiedzieć, że już dawno nie czytałam książki z tak interesująco skonstruowanymi postaciami. Mgły Avalonu z pewnością warto przeczytać, ponieważ jest to całkiem przyzwoita adaptacja arturiańskiej legendy, choć powinniście mieć na uwadze, że powieści tej nie tak daleko do romansu. Nie polecam jednak sięgać po tę książkę, jeśli jesteście na świeżo po lekturze Boga urojonego Dawkinsa, bo tylko niepotrzebnie się wkurzycie 😉

Co mi jeszcze w głowie zostało, część druga

Veltec chciał się zerwać na równe nogi i dopaść krótkiego sztyleciku, który wbity był w biurko, jednak silne ręce przygwoździły go do fotela.

– Siedź – warknął Szperacz. – Czegoś ode mnie chcesz, czyż nie? Inaczej byś mnie nie wzywał… Dlaczego więc, kiedy zachodzę do ciebie nie witasz mnie, a próbujesz jedynie zdradziecko zadźgać we własnym domu? Nie wiem, mój panie, gdzie uczą takiej gościny, ale niech wszelkie bóstwa mnie przed nią chronią.

Uścisk jego rąk zelżał. Powoli obszedł fotel i usiadł po drugiej stronie biurka z wyczekującą miną.

– Proszę o wybaczenie – wysapał Veltec, czując jak lodowate krople potu spływają mu po gorących plecach. Wstał z miejsca i podszedł do kredensu, z którego wyciągnął dwa kielichy i karafkę wina. – Napije się pan ze mną, panie…

– Szperacze nie mają imion, ale żeby zadośćuczynić waszym prymitywnym formom kurtuazji proszę mnie nazywać Argraxem – powiedział znużonym tonem. – Odpowiadając na pańską sugestię… Z przyjemnością skosztuję.

Gdy wino zostało rozlane, a Veltec ponownie zajął swoje miejsce, wznieśli kielichy.

– Za pańskie nowe imię, panie Argrax – wypowiedział szlachcic.

– Za twoją nową prawdę, Veltecu Rolfe – syknął, z jadowitym uśmiechem, patrząc jak tamtemu kielich wypada z rąk. Szperacz rozparł się wygodnie na krześle, powoli sondując umysł mężczyzny. Nie chciało mu się bawić w wysłuchiwanie czego chce, dlaczego i ile jest gotów zapłacić. Przerzucał jego myśli jak sterty papierów, nie przejmując się bólem, który malował się na obliczu jego klienta. Oczywiście, mógł postępować delikatniej, ale nie miał na to ani czasu, ani ochoty. Umysł ludzki był tak skonstruowany, że nawet po takim spustoszeniu był w stanie dość szybko powrócić do siebie – w końcu nie usuwał mu żadnych wspomnień, a jedynie segregował je w tylko sobie znany sposób. Po kwadransie wiedział już wszystko i gwałtownie wycofał się z myśli Velteca. Głowa mężczyzny uderzyła z hukiem o biurko, jakby pchnięta od tyłu. Argrax parsknął cicho i pochylił się nad Rolfem. Szlachcic wymruczał przekleństwo i zaczął cicho szlochać.

– Już, już – powiedział, klepiąc go z politowaniem po plecach. – Napij się wina, Rolfe i idź spać. Wkrótce zapomnisz o bólu.

Nie zapomni. Nie spotkał dotąd człowieka, który byłby w stanie aż tak ochronić samego siebie i całkowicie odciąć się od tego wspomnienia. Nie potrafił jednak zrozumieć dlaczego ludzie zostali tak zaprojektowani – wszyscy Szperacze posiedli zdolność wyparcia czegokolwiek, co przeszkadzało im w pracy i codziennym funkcjonowaniu. Nie bali się, że złe słowo ich zrani i pozostawi ślad; ból fizyczny, którego sami sobie nie zadali, stanowił dla większości z nich całkowitą abstrakcję. W końcu któż przy zdrowych zmysłach podniósłby rękę na istotę zdolną grzebać w umyśle w tak dotkliwy sposób?

Argrax opuścił kamienicę Velteca głównymi drzwiami, odprowadzany zdziwionymi i jednocześnie przerażonymi spojrzeniami służby. Miał znaleźć informacje o pradziadzie Rolfego – tajemniczego Charasira. Był wdzięczny, że jego klient najpierw sam zajął się rozpoznaniem i postarał się zbadać wszystkie osiągalne dla niego informacje o przodku. Zaoszczędził mu tygodnie poszukiwań i powoli zaczynał żałować, że postąpił z nim aż tak brutalnie. Potrząsnął głową, odpędzając tę zbyt ludzką myśl, wszedł w ciemny zaułek i skrótem dostał się do miejsca, z którego można było najszybciej złapać powóz.

Wsiadł do pierwszego, którego właściciel akurat nie zdążył odwrócić wzroku. Nie cierpiał kościołów ani duchownych, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że bez wyciągnięcia od Van Moderstroma, gdzie znajdują się prawdziwe dane parafian, jego śledztwo mogłoby stanąć w martwym punkcie na bardzo długo.

Cała sprawa zaczynała go powoli bawić. Nie mógł uwierzyć, że Veltecowi, który do najbiedniejszych, ale i do najbogatszych nie należał, zależało tylko i wyłącznie na księdze krewnego. Owszem, jeśli wraz z jej znalezieniem wiązało się też odkrycie jakichś zaskórniaków ukrytych przez przodka, nie wzgardziłby nimi, ale ich brak niczego nie zmieniał. Liczyła się księga, której tytułu nie pamiętał lub nigdy nie poznał. Nie pamiętał również, czego dotyczyła jej treść, ale jej wspomnienie było w jego myślach na tyle żywe, że gdy grzebał w jego myślach niemal czuł pod opuszkami palców skórę, w którą była oprawiona. Szybko złożył dłonie w pięści i utonął w ciepłym mroku powozu.