Makabryczne wspomnienia, czyli książki, o których nie chcę pamiętać

Kocham literaturę, ale są takie książki, które z łatwością mogłyby tę miłość obrócić w nienawiść, gdybym po nich nie sięgnęła po następne. A wierzcie mi, to straszne uczucie, kiedy odbija się wam w mózgu fatalną literaturą.

Moją prywatną czarną listę otwiera Król Maciuś I autorstwa Janusza Korczaka. Jest to wspaniały przykład jak w 20 minut można zniechęcić dziecko do czytania czegokolwiek figurującego pod sztandarem kanonu. Tak, mam świadomość jakim niesamowitym człowiekiem był Korczak, ale nie mam zamiaru udawać, że był wielkim pisarzem. Nie był. Tu pojawia się też inna kwestia, której wszyscy padający do stóp kanonowi zdają się po prostu nie rozumieć lub nie zdarzyło im się o niej pomyśleć, bo czytając z wypiekami Mickiewiczów, Słowackich i innych WIELKICH PISARZY nie dotarli chyba do Gombrowicza i jego Trans-atlantyku. Polska literatura, ba, kultura nawet, nigdy nie będzie za granicą brana na serio, dopóki my nie nauczymy się jej traktować z przymróżeniem oka.

Kolejne wątpliwie zaszczytne miejsce na mojej liście zajmuje zbiór opowiadań Jana Józefa Szczepańskiego Buty i inne opowiadania. Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać po tymże autorze, ale kiedy otworzyłam owy zbiór zobaczyłam nerwowym pismem nakreślone jedno słowo “grafoman”. Jak to skomentuję? Nie wiedziałam, że da się zaspojlerować jednym tylko wyrazem cały dorobek literacki jakiegokolwiek autora.

Ta pozycja może Wam być nieco mniej znana, ale u moich braci i sióstr polonistów budzi chyba podobne odczucia. Mowa o Próchnie Wacława Berenta. O czym jest ta książka? O młodopolskich hipsterach. Fajnie, myślicie sobie. Och, byłoby fajnie, gdyby Berent nauczył się porządkować swoje myśli i przelewał je na papier, a nie na niego wymiotował.

Powracając do czasów współczesnych nie mogę oczywiście pominąć znienawidzonej i do tej pory powodującej u mnie osobliwie wisielczy humor Morfiny Szczepana Twardocha. Ta książka – jak żadna inna – po prostu mnie wkurwiła. Bo jest słaba. Bo główny bohater jest zmierzły. Bo książka dostała fory już na wstępie tylko i wyłącznie za to, że dzieje się w Warszawie w roku 1939. Bo narracja jest niekonsekwentna. Bo potem widziałam ją wszędzie. Bo okładka powoduje u mnie do tej pory mdłości i bóle głowy. Bo Twardoch stał się wyjątkowo paskudnym brandem.

Na koniec nie mogłabym zapomnieć o swoim literackim faworycie… Wojna polsko-ruska Doroty Masłowskiej. O tak. Długo nie miałam zdania na temat tej powieści – próbowałam ją rozgryźć przez dłuższy czas samotnie. Kiedy to nie przyniosło mi żadnych wyjaśnień po kilku piwach wdałam się w dyskusję z kolegą studiującym krytykę literacką. On mi przedstawi klarowną sytuację – pomyślałam. W końcu wykształcenie w tym kierunku ma lepsze, niż ja. Cóż mi powiedział, zapytacie?

– Droga eM, z tą książką u nas na uczelni jest tak, że połowa uważa to za arcydzieło, a połowa za grafomanię.

– A w której grupie są osoby z dobrym gustem literackim?

– A jak myślisz?

Z pewnością Wy też macie podobne odczucia wobec niektórych książek. Dajcie znać, jakie to książki, bo jestem baaardzo ciekawa 🙂

(Na zdjęciu Król Maciuś I. Spójrzcie na jego twarz. Spójrzcie…)

Reklamy
Comments
4 komentarze to “Makabryczne wspomnienia, czyli książki, o których nie chcę pamiętać”
  1. Lolanta pisze:

    „Króla Maciusia” miałam w dziecięcej biblioteczce, ale szczerze mówiąc, nie pamiętam. Może to i dobrze, skoro to Twoja trauma z dzieciństwa 😉 Z dalej wymienionych nie czytałam nic, aż do ostatnich dwóch. Jak może pamiętasz, Twardocha nie rozumiem, nie podoba mi się i czytać już nie zamierzam. Co do Masłowskiej to kusi mnie, żeby znów czegoś jej spróbować, chociaż „Wojny…” nie potrafiłam zdzierżyć.
    Jeśli chodzi o moje traumy.. właściwie to wszystko co było lekturą. Zawsze pochłaniałam mnóstwo książek, ale jak tylko coś zostało nazwane lekturą szkolną to ja natychmiast dostawałam na to wysypki.

  2. siaczex pisze:

    Mocne słowa z tym „wymiotowaniem”. Aczkolwiek, czytając ten blog już się przyzwyczaiłam do takich niemiłosiernych ciosów (i, żeby nie było, uważam je oczywiście za zaletę).
    A Maciuś… fakt, wystarczy jeden rzut oka na tę twarz. Świetnie dobrane zdjęcie 😀

  3. Wisteria pisze:

    Amen!
    Zgadzam się w stu procentach z całością tego wpisu… nic dodać, nic ująć, zwłaszcza jeśli chodzi o „fenomen” Twardocha.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: