Święta i koniec roku!

Minął kolejny rok i przyszła pora na chwilę refleksji związaną nie tylko z blogiem, ale i z literaturą, po jaką sięgnęłam. Zatem:

  1. Udało mi się przeczytać więcej książek, niż w zeszłym roku, choć wciąż nie tyle, ile bym chciała.
  2. Twardoch nie wyskoczył na mnie z lodówki. Nie czekał też na mnie w łazience, więc jest nieźle.
  3. Miałam okazję współpracować ze świetnym portalem O.pl i nauczyć się wielu ciekawych rzeczy.
  4. Napisałam więcej tekstów, niż w zeszłym roku i sądzę, że za jakieś 20 lat będę bliska zadowolenia ze swojego stylu pisania 😉
  5. Bloga odwiedziło więcej osób w porównaniu z poprzednimi latami.

Chciałam Wam z tego miejsca życzyć wszystkiego dobrego z okazji nadchodzących urodzin hipisowskiego Żyda i zmiany daty. Niech powiodą się Wasze zamiary, udadzą planowane transformacje i – co najistotniejsze – żeby ludzie, którymi się otaczacie zrozumieli, jak wspaniali jesteście i jak wiele dla nich znaczycie.

Do przeczytania w przyszłym roku!

Całuję, eM.

Reklamy

Labirynt Śniących Książek, czyli tu zaczyna się historia…

Ileż razy się zdarzało, że autora przerosła jego twórczość i dał się porwać fali popularności tak gwałtownie, że zanurzył się w niej całowicie, tracąc przy tym wszelką samokrytykę? Cóż, nie ominęło to również Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów, który po sukcesie Miasta Śniących Książek popadł w twórczy szał. Spod jego pióra nie powstały jednak dzieła na miarę Wielkiej Improwizacji a raczej przedziwny bełkot literacki, którego nie powstydziłby się jedynie autor Czarnego Potoku 😉

Na szczęście w większości takich przypadków autorowi przydarza się coś, co sprawia, że tenże twórca ma okazję się opamiętać. Jeśli chodzi o Hildegunsta były to… rogalik i list. Tak, drodzy państwo – rogalik, który nie został rozmiękczony wystarczająco szybko przez kakao i utknął w przełyku naszego utalentowanego smoka oraz list, który głosił, że oto powrócił Król Cieni. Jeśli te dwie rzeczy nie zmusiłyby autora do opamiętania się, podejrzewam, że nic innego nie byłoby w stanie tego uczynić. Hildegunst postanowił więc opuścić Smoczą Twierdzę z samego rana i udać się na powrót do Księgogrodu, żeby sprawdzić czy list mówił prawdę.

Jak zmienił się Księgogród przez te 200 lat? No cóż, na ulice powrócili Łowcy Książek (określani teraz mianem librinautów), nie wolno palić w miejscach publicznych, nowym materiałem budowlanym są skamieniałe książki, które odkryto w Labiryncie, a jeśli coś wydaje ci się mało jasne zawsze możesz poprosić o wyjaśnienie żywą gazetę. Popularny stał się także lalaizm a także biblionizm we wszystkich odmianach. Jakże nie czuć się w tym mieście całkowicie onieśmielonym?

Sam Moers powiedział, że Labirynt to dopiero uwertura do tego, co ma się zdarzyć w kolejnej części i nie da się ukryć, że trafniej tego nie da się określić. Ta książka to fantastyczny antrakt – jednak wciąż tylko antrakt. Niemniej nie można odmówić Moersowi umiejętności wzbudzania zaciekawienia czytelnika. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie treść Labiryntu, a jednak powieść już od pierwszych zdań miała mnie całkowicie w garści. Być może dlatego, że chciałabym być nieustraszona, być może dlatego, że dla mnie wtedy też zaczęła się jakaś historia…

Makabryczne wspomnienia, czyli książki, o których nie chcę pamiętać

Kocham literaturę, ale są takie książki, które z łatwością mogłyby tę miłość obrócić w nienawiść, gdybym po nich nie sięgnęła po następne. A wierzcie mi, to straszne uczucie, kiedy odbija się wam w mózgu fatalną literaturą.

Moją prywatną czarną listę otwiera Król Maciuś I autorstwa Janusza Korczaka. Jest to wspaniały przykład jak w 20 minut można zniechęcić dziecko do czytania czegokolwiek figurującego pod sztandarem kanonu. Tak, mam świadomość jakim niesamowitym człowiekiem był Korczak, ale nie mam zamiaru udawać, że był wielkim pisarzem. Nie był. Tu pojawia się też inna kwestia, której wszyscy padający do stóp kanonowi zdają się po prostu nie rozumieć lub nie zdarzyło im się o niej pomyśleć, bo czytając z wypiekami Mickiewiczów, Słowackich i innych WIELKICH PISARZY nie dotarli chyba do Gombrowicza i jego Trans-atlantyku. Polska literatura, ba, kultura nawet, nigdy nie będzie za granicą brana na serio, dopóki my nie nauczymy się jej traktować z przymróżeniem oka.

Kolejne wątpliwie zaszczytne miejsce na mojej liście zajmuje zbiór opowiadań Jana Józefa Szczepańskiego Buty i inne opowiadania. Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać po tymże autorze, ale kiedy otworzyłam owy zbiór zobaczyłam nerwowym pismem nakreślone jedno słowo “grafoman”. Jak to skomentuję? Nie wiedziałam, że da się zaspojlerować jednym tylko wyrazem cały dorobek literacki jakiegokolwiek autora.

Ta pozycja może Wam być nieco mniej znana, ale u moich braci i sióstr polonistów budzi chyba podobne odczucia. Mowa o Próchnie Wacława Berenta. O czym jest ta książka? O młodopolskich hipsterach. Fajnie, myślicie sobie. Och, byłoby fajnie, gdyby Berent nauczył się porządkować swoje myśli i przelewał je na papier, a nie na niego wymiotował.

Powracając do czasów współczesnych nie mogę oczywiście pominąć znienawidzonej i do tej pory powodującej u mnie osobliwie wisielczy humor Morfiny Szczepana Twardocha. Ta książka – jak żadna inna – po prostu mnie wkurwiła. Bo jest słaba. Bo główny bohater jest zmierzły. Bo książka dostała fory już na wstępie tylko i wyłącznie za to, że dzieje się w Warszawie w roku 1939. Bo narracja jest niekonsekwentna. Bo potem widziałam ją wszędzie. Bo okładka powoduje u mnie do tej pory mdłości i bóle głowy. Bo Twardoch stał się wyjątkowo paskudnym brandem.

Na koniec nie mogłabym zapomnieć o swoim literackim faworycie… Wojna polsko-ruska Doroty Masłowskiej. O tak. Długo nie miałam zdania na temat tej powieści – próbowałam ją rozgryźć przez dłuższy czas samotnie. Kiedy to nie przyniosło mi żadnych wyjaśnień po kilku piwach wdałam się w dyskusję z kolegą studiującym krytykę literacką. On mi przedstawi klarowną sytuację – pomyślałam. W końcu wykształcenie w tym kierunku ma lepsze, niż ja. Cóż mi powiedział, zapytacie?

– Droga eM, z tą książką u nas na uczelni jest tak, że połowa uważa to za arcydzieło, a połowa za grafomanię.

– A w której grupie są osoby z dobrym gustem literackim?

– A jak myślisz?

Z pewnością Wy też macie podobne odczucia wobec niektórych książek. Dajcie znać, jakie to książki, bo jestem baaardzo ciekawa 🙂

(Na zdjęciu Król Maciuś I. Spójrzcie na jego twarz. Spójrzcie…)

Tron z czaszek, czyli wymyśliłam grę dla fanów Malowanego Człowieka

Podczas czytania Tronu z czaszek przyszło mi na myśl, że cała seria Bretta opiera się na dość schematycznych scenach i wyrażeniach, zatem wymyśliłam dwa rodzaje gry dla fanów tej serii – w zależności od tego, czy chcą zadbać o swoją kondycję czy o marskość wątroby. Oto zasady dla wersji atletycznej, żeby nie było, że namawiam do złego:

  1. Kiedy Amanvah za argument kończący dyskusję z Rojerem podaje: „Jestem twoją Jiwah Ka” czytelnik robi 10 przysiadów.
  2. Kiedy Arlen Bales oświadcza, że nie jest Wybawicielem albo Ahmann oświadcza, że jest Wybawicielem czytelnik robi 30 brzuszków.
  3. Kiedy Inevera rzuca kośćmi hora czytelnik robi 5 pompek.
  4. Kiedy mamy opis sceny erotycznej czytelnik robi 10 nożyc.
  5. Kiedy Leesha dotyka swojego brzucha i myśli o ojcu dziecka czytelnik robi 25 brzuszków.
  6. Kiedy jakikolwiek Krasjanin tłumaczy coś słowami „Taka jest wola Everama” czytelnik robi 50 rowerków.
  7. Kiedy mamy opis sceny walki z demonami czytelnik robi 20 nożyc.
  8. Kiedy jakikolwiek Krasjanin spogląda z pogardą na Abbana i/lub nazywa go khaffit czytelnik robi 20 przysiadów.
  9. Kiedy matka Leeshy, Elona, zdradza swojego męża lub opowiada o tym, jak to zrobiła czytelnik robi 15 pompek.
  10. Kiedy w książce następuje retrospekcja czytelnik robi 100 rowerków.

Jeśli którejś z Was zauważyło jeszcze jakieś fantastyczne schematy w tymże cyklu – dajcie znać. Zrobimy sobie program ćwiczeń godny Chodakowskiej 😉

Jasioł i Mgłosia, czyli co by było, gdyby Perrault urodził się w Camonii

Przyszła w końcu pora, żeby odwdzięczyć się Kasi i Bartkowi za prezent urodzinowy, a ponieważ nie mam wielu talentów godnych pozazdroszczenia, postanowiłam po prostu o tej książce opowiedzieć i Wam, i im.

Zwiedzać Camonię i nie odwiedzić Wielkiego Lasu to trochę tak, jakby być w Paryżu po raz pierwszy w życiu i darować sobie wizytę w Luwrze – nikt normalny tego nie robi. A cóż takiego fantastycznego jest w tym Wielkim Lesie, zapytacie? (Mój Boże, tylko nie pytajcie, co takiego fantastycznego jest w Luwrze, bo skonam tu i teraz z żalu za waszą ignorancję). W Wielkim Lesie są kolorowe niedźwiedzie, sztolniowe trolle, liściołaki i nawet znajdzie się czarownica, więc umówmy się, że to nie byle jakie miejsce.

W Wielkim Lesie wypoczywają wraz z rodzicami Jasioł i Mgłosia. Fernhachowe bliźniaki, które mają mniej więcej tyle oleju w głowie, co nasze standardowe, polskie dzieci. Dla niezorientowanych zdradzę, że jest to niewiele. Po dwóch tygodniach wypoczynku postanawiają wyruszyć za bezpieczne granice wyznaczone przez kolorowe niedźwiedzie, bo Jasioł (fanfary, proszę) chce wspiąć się na jakieś wielkie drzewo i pobić swój osobisty rekord – no debil.

Ta historia jednak schodzi całkowicie na drugi plan, ponieważ prawdziwy autor tej książki – Wielki Hildegunst Rzeźbiarz Mitów – demonstruje swoim czytelnikom nową technikę zwaną Dygresją Rzeźbiarza Mitów. Na czym ona polega? No cóż, na tym, że wreszcie autor opowiadając jakąś historię nie pozostaje całkiem z tyłu, ale też nie lezie czytelnikowi przed oczy przy każdej możliwej okazji.

Wielu z Was może powiedzieć, że taka technika jest haniebna i  że „śmierć autora” to najlepsze, co spotkało literaturę, ale w takim wypadku muszę powiedzieć Wam jedno – i wybaczcie za dosadność – możecie co najwyżej Hildegunstowi umyć nożyce. Tak, moi państwo. A jeśli nie wiecie, co to znaczy – tym gorzej dla Was.

A tak całkiem serio – książka mnie całkiem rozpieprzyła. Nie mogę przestać myśleć o genialności jej autora. Jestem zła, smutna, szczęśliwa i spokojna zarazem. Pomieszało mi się w głowie.