Wilcze przesilenie, czyli o moim spóźnionym zapłonie

Jak wiecie, dopiero niedawno zorientowałam się, że już dawno temu ukazało się polskie tłumaczenie Wilczego przesilenia. Gdzie wtedy byłam i co robiłam – a któż to może wiedzieć? 😉

Wielki ukłon w stronę książki, która na dzień dobry przypomina Ci w krótkim streszczeniu, co zdarzyło się w poprzedniej części. Drugi tom Daru wilka opowiada o dalszych losach Reubena, który coraz bardziej poznaje swoje wilkołacze krzyżmo, a także zmaga się demonami przeszłości (m.in. swoją byłą dziewczyną Celeste) i przyszłości. Anne Rice wpuszcza nas głębiej w świat pozostałych bohaterów cyklu – Felixa, Stuarta, Margona czy Laury. Okazuje się jednak, że to nowe życie Reubena nie obraca się tylko wokół wilkołaków, ale i innych, równie niewiarygodnych istot zwanych Leśną Szlachtą.

Spotkałam się z opiniami, że ta powieść jest strasznie nudna i jestem w stanie zrozumieć dlaczego ktoś tak może uważać, jednakże ja w Wilczym przesileniu odnalazłam tę błogość, którą dają mi wszystkie książki Anne Rice. Ta powieść wyjątkowo pozwoliła mi się zanurzyć w niesamowitej atmosferze domu wypełnionego antykami, książkami, interesującymi i nienarwanymi ludźmi. Co więcej to jest tak świetny czas na czytanie tej książki ze względu na porę roku, która tak dobitnie daje o sobie znać od kilku dni (przynajmniej w Krakowie).

Wiem, że niektórzy pragną od Anne Rice krwi, zmysłowych wampirów i akcji, ale dostrzegłam, że ja powoli zaczynam się skłaniać bardziej ku opisom, jakimi raczy nas pisarka. Jej dar wciągnięcia czytelnika w otchłań powieści przez tak dokładne i elokwentne wizje to coś, czego nie da się pojąć. Coś, czego ja – aspirująca i wciąż jeszcze kulejąca pisareczka – swoim wąskim zasobem słownictwa i wątłym umysłem nie będę w stanie jeszcze długo (a może nigdy) ogarnąć.

Winter is coming. Nie ma lepszej pory, żeby zacząć czytać Wilcze przesilenie. Zaufajcie mi 😉

Reklamy

Dzień smoka, czyli komputerowe uniwersum nie takie straszne

Jedną z fajniejszych cech, jakie posiada literatura jest to, że nieustannie potrafi mnie zaskakiwać i to najczęściej w tym pozytywnym znaczeniu. A mimo tego bardzo często się boję, że jakaś książka mnie potwornie rozczaruje (myślę, że moje obawy znalazły ugruntowanie po lekturze nieszczęsnej książki Każdy musi płacić i to właśnie od tamtej pory przestałam być ufna nawet wobec swoim ukochanych wydawnictw, #dziekiforys).

Dla mniej wtajemniczonych Dzień smoka to pierwsza książka z uniwersum gry komputerowej Warcraft (pewnie kojarzycie ze względu na trailer filmu, który krąży po sieci). Istnieje pewna zasada, którą usłyszałam dawno temu od podobnego do mnie książkowego psychopaty – nie czytasz książek, które zostały napisane na podstawie filmu, gry komputerowej albo czegokolwiek innego, bo w 90% przypadków została napisana, żeby wyciągnąć kasę od oddanych fanów. Na szczęście mój dobry przyjaciel przekonał mnie, żebym się nie obawiała i jestem mu za to ogromnie wdzięczna.

Powieść Knaaka koncentruje się wokół czerwonowłosego maga Rhonina. Niegdyś był on obiecującym czarodziejem, jednak w skutek nieszczęśliwego wypadku popadł w niełaskę. Aby odkupić swoje winy Rhonin nazbyt chętnie przyjmuje zadanie od tajemniczego Kraususa. Ma on uwolnić smoczycę imieniem Alexstrasza, więzioną przez orków. Choć z początku sens misji i jej wykonanie wydawały się Rhoninowi dość proste, z każdą napotykaną przeszkodą czarodziej powoli zaczyna zdawać sobie sprawę, że być może nigdy nie uda mu się wyjść cało z tej opresji.

Dzień smoka nie jest ambitną fantastyką na miarę Imienia wiatru, ale mimo tego jestem zachwycona tą powieścią z bardzo prostego powodu – wywołała ona u mnie takie skojarzenia jak saga Dragonlance (w powstawaniu tej serii Knaak także miał udział), którą pożerałam jak wariatka. Ciężko mi jest się nie uśmiechnąć, gdy pomyślę sobie, jak wiele fantastycznych przygód jest jeszcze przede mną do przeżycia z uniwersum Warcraft.

Łamcie zasady, które wytyczyliście sobie w przypadku książek – zbyt wiele fajnych opowieści możecie stracić przez swoją upartość.

Jack Walters #2

Nim zdecydował się zejść na dół zajrzał do pokoju naprzeciwko. Zobaczył powykręcane ciało jednego z członków sekty na łóżku. Potem kolejne. I jeszcze trzy inne. Wyglądało to na zbiorowe samobójstwo z pomocą trucizny. Na stole dostrzegł gruby notes. Pamiętnik jednego z kultystów, jak się domyślił.

Wyszedł z pokoju, oparł się o ścianę, mając nadzieję, że nikt go nie zaskoczy i rozpoczął lekturę:

20 sierpnia 1915 roku

Obserwujemy go już od dwóch miesięcy. Czuję, jak moje oczekiwanie się wydłuża, im bliżej jesteśmy kontaktu. Victor jeszcze nie ujawnił nam swojego planu, w jaki sposób ma zamiar sprowadzić do nas pana Waltersa; jedyne, co mi wiadomo to to, że mu się nam udać.

24 sierpnia 1915 roku

Dzisiejsze kazanie było niezwykle inspirujące. Victor oświecił nas historią o Wielkiej Rasie wykraczającej poza czas, która odwiedza go w snach.

Ze świadomych rzeczy na tej ziemi i w głębinach oceanów jesteśmy jedynie sługami, którzy mają za zadanie przyczynić się do o wiele wspanialszego projektu. Mogę mieć tylko nadzieję, że moja wiara podczas najbliższych dni sprawi, że Panowie obdarzą mnie łaską, gdy będą przechodzić przez bramę.

29 sierpnia 1915 roku

Eksperyment pod nami pochłonął jeszcze jednego z naszego zakonu. Niezbędny jest kolejny ochotnik, a wielu jest chętnych. Jesteśmy naprawdę błogosławieni poprzez naszą pobożną służbę, zwłaszcza teraz – gdy jego przyjście dojrzewa tak blisko.

6 września 1915 roku

Przybył. Nareszcie się zaczyna.

Zamknął ze zdziwieniem notes – kultysta wymienił jego nazwisko. Co więcej, ostatni wpis musiał zostać stworzony nie dalej, jak kilkadziesiąt minut temu. Czy to o niego chodziło? Co się zaczęło? Z zamyślenia wyrwały go kolejne wystrzały z broni. Postanowił, że tylko sprawdzi, co jest w pokoju na dole i wyjdzie z rezydencji. To, co się tutaj działo przekraczało jego najśmielsze oczekiwania.

Gdy wreszcie odnalazł drzwi, do których pasował klucz zamarł jeszcze w progu. Na środku pokoju stały dwie tablice, a po obu jego stronach znajdowały się zdjęcia. Zdjęcia, na których był sam Jack Walters.

Nie rozumiem, pomyślał gorączkowo, rozglądając się po pokoju. Jestem na każdym z tych zdjęć. Na każdym z nich. Musiała zajść jakaś pomyłka. Dlaczego chcieli tu sprowadzić akurat mnie? Pewnie chodzi o jakąś starą sprawę. Coś, o czym zapomniałem… Może jakiś maniak wciąż żywi do mnie urazę? Myśleć… Muszę myśleć!

Gdy pierwszy szok minął, detektyw zobaczył, że na tle zdjęć i masy papierów wyróżnia się tylko jakiś wycinek z gazety, na którym położony został klucz. Może będzie pasował do drzwi po przeciwnej stronie halu, pomyślał. Wycinek z gazety artykułu sprzed kilku lat na temat kultu, w którego siedzibie właśnie się znajdował:

The Boston Globe, 20 sierpnia 1909

Oświeceni czy ogłupieni?

Czytelnikom, którzy mieszkają w sąsiedztwie głównej kwatery umieszczonej w niepozornie wyglądającej rezydencji w Bostonie nie trzeba przedstawiać Bractwa Yith (albo jakkolwiek chcą się nazywać jego członkowie). Dla tych, który nie napotkali tej tajemniczej, parareligijnej grupy wcześniej, będzie konieczne krótkie wyjaśnienie.

Jako, że jednym z fundamentów naszego kraju jest wolność wyznania, jego granice stały się domem dla wielu małych religii, istniejących poza wyznaniowym mainstreamem.

Nie mała liczba takich związków wyznaniowych ma siedziby w stanach w Nowej Anglii. gdzie Pielgrzymi poszukują nowego świata wolnego od prześladowań. Jednakże musimy zadać sobie pytanie: w którym momencie religia staje się kultem a jego ufający wyznawcy nie wspominając już o niewinnych sąsiadach stają się ofiarami? To pytanie stawia ten dziennik w kontekście Bractwa Yith.

W czasie miesięcznego śledzctwa nasi nieustraszeni reporterzy skrupulatnie poszukiwali prawdy o tym tak zwanym kościele. Jego pochodzenie jest w pewnym sensie tajemnicą zwłaszcza, że liderzy tej grupy odmówili zarówno wywiadu, jak i asystowania w dochodzeniu. Jednak wydaje się, że Bractwo zostało założone ponad dwadzieścia lat temu przez Victora Holta, po tym jak doznał objawienia spoza ram tego świata. Holta nie widziano prawie od sześciu lat; jego wyzwawcy najwyraźniej wierzą, że komunikuje się on z tajemnymi siłami i że wkrótce powróci z nowymi naukami.

Wszystko to brzmi jak jak nieszkodliwa, nieco ekscentryczna, duchowa grupa, niewiele różniąca się od innych. Jednak ci, którzy mieszkają w pobliżu siedziby Bractwa mają do opowiedzenia inną, złowieszczą historię.

Wyznawcy tej ponurej sekty wałęsają się na rogach ulic, rzucając groźne spojrzenia w kierunku nieszkodliwych sąsiadów i dość często mają udział w drobnych przęstępstwach, wobec których policja czuje się bezsilna.

Zostały zaobserwowane dziwne światła w oknach tej starej rezydencji, palące się w każdej godzinie, niezależnie od pory dnia i nocy. Zmieniają one kolory w sposób nieprzewidywalny i rzucają niezrozumiałe cienie. Bardziej niepokojące są hałasy, które dochodzą z wnętrza budynku – skandowanie, nieludzka muzyka i krzyki tak potworne, jakby ktoś tracił duszę w agonii. Wiele osób mieszkających w sąsiedztwie sekty jest przekonanych, że składa się tam ofiary z ludzi i dopuszcza się innych, podobnych okropieństw. Te kilkoro osób, które zdecydowało się na wzniesienie skarg na policję usłyszało, że ze względu na brak dowodów na popełnienie przestępstwa można jedynie zgłosić zakłócanie porządku.

Czy makabryczne wydarzenia rodem z Salem mają miejsce w naszym mieście? Czy Bractwo Yith bierze udział w niewysłowionych aktach uwielbienia, których częścią są tortury i składanie ofiar? Dlaczego nic nie można zrobić, aby ulżyć w niepokoju i strachu lokalnej społeczności?

Nasze źródło pracujące w Departamencie Policji anonimowo wyjawia, że Bractwo podejrzewane jest o udział w szeregu lokalnych przestępstw, jednak z braku dowodów i świadków wszczęcie postępowania zostało zablokowane. 

Dobrze więc, mówimy. Jeśli policja nie może – lub nie chce – prowadzić śledzctwa, “Globe” wciąż będzie kontynuaował zainteresowanie sprawami mieszkańców Bostonu, ujawniając prawdę na temat tak zwanego kościoła i jego wyznawców. Nasze ustalenia będą publikowane na łamach tego czasopisma, żeby każdy mógł poznać prawdę!

Notatka edytorska: “Globe” z wielkim żalem zawiadamia o śmierci naszego reportera, Howarda Addlestone’a, który był naszym czołowym śledczym w sprawie Bractwa Yith. Utonął on w Zatoce Bostońskiej. Koroner wykluczył samobójstwo jako przyczynę śmierci. Składamy kondolencje jego rodzinie.

Spojrzał z żalem na kominek, w którym wciąż tliła się resztka żaru i wysiłkiem woli stłumił chęć wysuszenia przemoczonego płaszcza. Potem jego wzrok przeniósł się na dwie tablice. Musieli śledzić każdy jego ruch, a tak przynajmniej wynikało ze szczegółówego planu dnia detektywa, który był rozpisany na lewej tablicy.

Wychodząc z pokoju, Walters wciąż zastanawiał się jak to możliwe, że nic nie zauważył. Był policjantem, do diabła. Od razu powinien wyczuć, że ktoś go śledzi i zbiera informacje na jego temat.