Jack Walters #1

No i cóż – zgodnie z obietnicą, powstała pierwsza część mojego opracowania gry Zew Cthulhu: Mroczne Zakątki Świata. Od razu chcę zaznaczyć, że cytaty pochodzą w całości z tejże gry i nie są mojego autorstwa. Czasami pozwoliłam sobie, żeby je trochę bardziej urozmaicić, co jednak nie zmienia faktu, że to nie ja jestem autorką tych słów. Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić podczas czytania.

Był deszczowy wieczór 6 września 1915 roku, gdy detektyw, Jack Walters, podjechał samochodem pod rozpadającą się rezydencję. Został wezwany przez Roberta Armstronga, innego funkcjonariusza policji, który dopiero na miejscu wyjaśnił mu, że chodzi o lokalną sektę i jej przywódcę – Victora Holta. Kult miał około 20 wyznawców i sukcesywnie zakłócał spokój mieszkańcom miasteczka kradzieżami, rozgrzebywaniem śmieci i nękaniem. Miejscowi tylko ze strachu nie wnosili przeciw nim żadnych skarg.

– Podczas zwykłego patrolu usłyszeliśmy strzały. Próbowaliśmy ich uspokoić, ale przywódca, ten… Victor chciał rozmawiać tylko z tobą.

Walters nie znał żadnego Victora.

– Strzały? Ilu masz ze sobą ludzi?

– Kilku. Nicholsa i paru nowych rekrutów.

– Świetnie – sarknął detektyw. – Prowadź, Robercie.

Mężczyźni szybkim krokiem wspięli się po schodach. Henry Nichols już na nich czekał.

– Jack, cieszę się, że postanowiłeś wziąć udział w tym cyrku – rzucił kpiąco funkcjonariusz.

– Co my tu mamy, Henry?

– To mi się ani trochę nie podoba. W zaułku po prawej czeka na ciebie Victor Holts.

– Możemy mu zaufać?

– Nie – odparł bez ogródek. – Ale będziemy cię osłaniać. Pamiętaj, nie wykonuj żadnych nerwowych ruchów. Są trochę… niespokojni.

Detektyw skinął głową, po czym otulił się mocniej płaszczem. Deszcz niemiłosiernie zacinał – czuł, że jego ubrania powoli nasiąkają wodą. Spokojnym krokiem ruszył we wskazaną przez Henry’ego stronę. Już miał minąć osłaniającego go funkcjonariusza, gdy ogłuszył go strzał, a ciało mężczyzny bezwładnie padło twarzą w błoto, tuż pod jego nogi. Przecież to jeszcze dzieciak, przeszło mu przez myśl. Przez ułamek sekundy był jak sparaliżowany, jednak zaraz potem rzucił się do biegu.

Nawet się nie zdziwił, gdy zobaczył, że nie ma ani śladu Holtsa. Za jego plecami zaczęła się regularna wojna. Nie odwracając się wszedł do domu. Zapach stęchlizny uderzył go w nozdrza. Chwilę pobłądził w ciemności, zanim dotarł do pomieszczenia, które w przeszłości mogło z powodzeniem służyć za jadalnię.

W kominku tliła się resztka ognia, a długi stół zawalony był książkami i papierami. Nic istotnego, po chwili oględzin stwierdził Walters. Pokój od jadalni odróżniała jeszcze jedna rzecz – stojąca na jej końcu mównica. Detektyw podszedł do niej śpiesznie, słysząc nad głową nawoływania kultystów. Jego oczom ukazał się napisany odręcznie fragment dziennika:

Kontynuuję tłumaczenie fragmentów tekstu pnakotyjskiego i odczuwam coraz większą potrzebę skontaktowania się z moimi panami z Yith. Te istoty naprawdę są dla nas, jak bogowie. Ich inteligencja i wiedza daleko wykracza poza to, co jesteśmy w stanie pojąć. Teraz już wiem, jak małe znaczenie we wszechświecie ma ludzkość… prosta, skazana na zagładę rasa stanowiąca efekt uboczny eksperymentu przeprowadzanego przez Starsze Istoty. Błogosławieństwem jest to, że tak nic nieznaczące istoty, jakimi jesteśmy, mają przed sobą tak krótką i ograniczoną przyszłość.

Słowa, które przeczytał wywołały dreszcz na jego plecach. Zgodnie z tym, co wyczytał z zabranej kartki wynikało, że mężczyzn, z którymi ma się spotkać, opętała jakaś przedziwna idea na temat świata i duchowości, która nawet w maleńkim ułamku nie miała nic wspólnego z religiami znanymi oczytanemu człowiekowi. Tylko naprawdę pokrętny i chory umysł mógł stworzyć tak przedziwnych bogów.

Jack, chowając do wewnętrznej kieszeni płaszcza kartkę zabraną z mównicy, ruszył schodami na górę rezydencji, skąd dobiegały strzały. Wiedział, że sporo ryzykuje, jednak miał nadzieję, że spełnienie tego jednego żądania kultystów – jego obecności – trochę ich udobrucha i może spowoduje, że będą bardziej skłonni się poddać.

Większość drzwi na górze była zamknięta. Gdy wreszcie jedne otworzyły się pod jego naciskiem, detektyw zaraz pożałował, że tak się stało. Zobaczył zakrwawionego mężczyznę opartego o ramę okna. Ciało miał pokryte chaotycznymi tatuażami, które najpewniej wykonano jakąś domową metodą. Kultysta wyciągnął w jego stronę rękę i teatralnie wyszeptał:

Nareszcie… To ty…

Coś zdążyło jeszcze zabulgotać w jego gardle, po czym osunął się wolno na ziemię. Detektyw skrzywił się z obrzydzeniem, zastanawiając się, jak mężczyzna go rozpoznał, po czym podążył do kolejnego pomieszczenia.

Strzelający do policjantów kultysta szybko się obrócił słysząc jego kroki.

– Nie strzelaj! Nie mam broni! – zawołał szybko Walters, podnosząc ręce do góry.

– Aaaa… Oczekiwaliśmy pana, panie Walt…

Nim dokończył, strzał w tył głowy rozstrzaskał mu czaszkę i powalił na ziemię. Serce detektywa zamarło, gdy na twarzy poczuł ciepłą krew sekciarza. Wziął głęboki oddech i zaczął nerwowo wycierać juchę.

Cholera. Rozpoznał mnie. I wygląda na to, że miał zamiar wyjaśnić mi, co się tutaj dzieje, pomyślał Jack, rozglądając się po pokoju. Na krześle, obok kolejnych zwłok, które dopiero teraz dostrzegł leżał klucz. Zgarnął go, przyjrzał mu się przez moment i po kształcie jego końcówki doszedł do wniosku, że będzie pasować do drzwi na dole. Do klucza był przywieszony bryloczek z wyrytą literą „S”.

C.D.N.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: