Kłamstwa Locke’a Lamory, czyli kim jest prawdziwy dżentelmen

Każdy może kraść – wystarczy trochę sprytu, zręczności i przede wszystkim szczęścia. To żadna sztuka. Sztuką jest, gdy twoja ofiara wręcza ci pieniądze sama z ufnością głupiego dziecka. Takim właśnie artystą jest Locke Lamora – jeden z Niecnych Dżentelmenów, mieszkających w pięknym i jakże uczciwym mieście Camorra.

Locke nie miał łatwego życia – został sierotą, a potem wpakował się w niezłe tarapaty przez co, mimo swojego złodziejskiego talentu, został odesłany pod skrzydła Bezokiego Kapłana Peleandra – Łańcucha. Nie jest on jednak ani ślepy, ani tym bardziej kapłanem. Jest oszustem, jak błyskotliwie zauważa główny bohater, który kupił możliwość zabicia go  – czy ją wykorzysta zależy jedynie od Locke’a i tego, czy będzie wystarczająco bystry, by zacząć dostrzegać ryzyko, jakie niosą ze sobą jego czyny.

To był mój pierwszy kontakt z prozą Scotta Lyncha i muszę przyznać, że podeszłam do niej bardzo na luzie. Po książkę sięgnęłam, bo spodobał mi się tytuł – nawet nie zainteresowałam się, czego ona dotyczy i wydaje mi się, że będę częściej ten zabieg powtarzać, ponieważ to jedna z lepszych książek z gatunku fantasy, jakie ostatnio miałam okazję przeczytać.

Narracja jest prowadzona w bardzo ciekawy sposób – autor serwuje czytelnikowi retrospekcje w najmniej oczekiwanych momentach i nie skupia się jedynie na głównym protagoniście. Im dłużej czytamy tę powieść, tym więcej zaczyna pokazywać czytelnikowi autor – nie ma wątpliwości, że to Lynch jest panem i władcą tej historii, ponieważ dowiadujesz się o niej tylko tyle w konkretnej chwili, ile pisarz postanowił. On jeden nie zdradza swojej prozy, żeby frapować odbiorcę; nie boi się, że straci jego uwagę.

Kłamstwa Locke’a Lamory to powieść, od której powinno się zaczynać przygodę z gatunkiem fantastyki. Daje dobry przykład, jak książka powinna się toczyć i jednocześnie nie żeruje na oklepanych motywach, tak powszechnych w tym gatunku. Nie macie nawet pojęcia, jaka to ogromna ulga znaleźć taką powieść po długich poszukiwaniach i ciągłym wrażeniu po zamknięciu kolejnej książki, że „to jeszcze nie to, to jeszcze nie to”.

Reklamy

Jack Walters #1

No i cóż – zgodnie z obietnicą, powstała pierwsza część mojego opracowania gry Zew Cthulhu: Mroczne Zakątki Świata. Od razu chcę zaznaczyć, że cytaty pochodzą w całości z tejże gry i nie są mojego autorstwa. Czasami pozwoliłam sobie, żeby je trochę bardziej urozmaicić, co jednak nie zmienia faktu, że to nie ja jestem autorką tych słów. Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić podczas czytania.

Był deszczowy wieczór 6 września 1915 roku, gdy detektyw, Jack Walters, podjechał samochodem pod rozpadającą się rezydencję. Został wezwany przez Roberta Armstronga, innego funkcjonariusza policji, który dopiero na miejscu wyjaśnił mu, że chodzi o lokalną sektę i jej przywódcę – Victora Holta. Kult miał około 20 wyznawców i sukcesywnie zakłócał spokój mieszkańcom miasteczka kradzieżami, rozgrzebywaniem śmieci i nękaniem. Miejscowi tylko ze strachu nie wnosili przeciw nim żadnych skarg.

– Podczas zwykłego patrolu usłyszeliśmy strzały. Próbowaliśmy ich uspokoić, ale przywódca, ten… Victor chciał rozmawiać tylko z tobą.

Walters nie znał żadnego Victora.

– Strzały? Ilu masz ze sobą ludzi?

– Kilku. Nicholsa i paru nowych rekrutów.

– Świetnie – sarknął detektyw. – Prowadź, Robercie.

Mężczyźni szybkim krokiem wspięli się po schodach. Henry Nichols już na nich czekał.

– Jack, cieszę się, że postanowiłeś wziąć udział w tym cyrku – rzucił kpiąco funkcjonariusz.

– Co my tu mamy, Henry?

– To mi się ani trochę nie podoba. W zaułku po prawej czeka na ciebie Victor Holts.

– Możemy mu zaufać?

– Nie – odparł bez ogródek. – Ale będziemy cię osłaniać. Pamiętaj, nie wykonuj żadnych nerwowych ruchów. Są trochę… niespokojni.

Detektyw skinął głową, po czym otulił się mocniej płaszczem. Deszcz niemiłosiernie zacinał – czuł, że jego ubrania powoli nasiąkają wodą. Spokojnym krokiem ruszył we wskazaną przez Henry’ego stronę. Już miał minąć osłaniającego go funkcjonariusza, gdy ogłuszył go strzał, a ciało mężczyzny bezwładnie padło twarzą w błoto, tuż pod jego nogi. Przecież to jeszcze dzieciak, przeszło mu przez myśl. Przez ułamek sekundy był jak sparaliżowany, jednak zaraz potem rzucił się do biegu.

Nawet się nie zdziwił, gdy zobaczył, że nie ma ani śladu Holtsa. Za jego plecami zaczęła się regularna wojna. Nie odwracając się wszedł do domu. Zapach stęchlizny uderzył go w nozdrza. Chwilę pobłądził w ciemności, zanim dotarł do pomieszczenia, które w przeszłości mogło z powodzeniem służyć za jadalnię.

W kominku tliła się resztka ognia, a długi stół zawalony był książkami i papierami. Nic istotnego, po chwili oględzin stwierdził Walters. Pokój od jadalni odróżniała jeszcze jedna rzecz – stojąca na jej końcu mównica. Detektyw podszedł do niej śpiesznie, słysząc nad głową nawoływania kultystów. Jego oczom ukazał się napisany odręcznie fragment dziennika:

Kontynuuję tłumaczenie fragmentów tekstu pnakotyjskiego i odczuwam coraz większą potrzebę skontaktowania się z moimi panami z Yith. Te istoty naprawdę są dla nas, jak bogowie. Ich inteligencja i wiedza daleko wykracza poza to, co jesteśmy w stanie pojąć. Teraz już wiem, jak małe znaczenie we wszechświecie ma ludzkość… prosta, skazana na zagładę rasa stanowiąca efekt uboczny eksperymentu przeprowadzanego przez Starsze Istoty. Błogosławieństwem jest to, że tak nic nieznaczące istoty, jakimi jesteśmy, mają przed sobą tak krótką i ograniczoną przyszłość.

Słowa, które przeczytał wywołały dreszcz na jego plecach. Zgodnie z tym, co wyczytał z zabranej kartki wynikało, że mężczyzn, z którymi ma się spotkać, opętała jakaś przedziwna idea na temat świata i duchowości, która nawet w maleńkim ułamku nie miała nic wspólnego z religiami znanymi oczytanemu człowiekowi. Tylko naprawdę pokrętny i chory umysł mógł stworzyć tak przedziwnych bogów.

Jack, chowając do wewnętrznej kieszeni płaszcza kartkę zabraną z mównicy, ruszył schodami na górę rezydencji, skąd dobiegały strzały. Wiedział, że sporo ryzykuje, jednak miał nadzieję, że spełnienie tego jednego żądania kultystów – jego obecności – trochę ich udobrucha i może spowoduje, że będą bardziej skłonni się poddać.

Większość drzwi na górze była zamknięta. Gdy wreszcie jedne otworzyły się pod jego naciskiem, detektyw zaraz pożałował, że tak się stało. Zobaczył zakrwawionego mężczyznę opartego o ramę okna. Ciało miał pokryte chaotycznymi tatuażami, które najpewniej wykonano jakąś domową metodą. Kultysta wyciągnął w jego stronę rękę i teatralnie wyszeptał:

Nareszcie… To ty…

Coś zdążyło jeszcze zabulgotać w jego gardle, po czym osunął się wolno na ziemię. Detektyw skrzywił się z obrzydzeniem, zastanawiając się, jak mężczyzna go rozpoznał, po czym podążył do kolejnego pomieszczenia.

Strzelający do policjantów kultysta szybko się obrócił słysząc jego kroki.

– Nie strzelaj! Nie mam broni! – zawołał szybko Walters, podnosząc ręce do góry.

– Aaaa… Oczekiwaliśmy pana, panie Walt…

Nim dokończył, strzał w tył głowy rozstrzaskał mu czaszkę i powalił na ziemię. Serce detektywa zamarło, gdy na twarzy poczuł ciepłą krew sekciarza. Wziął głęboki oddech i zaczął nerwowo wycierać juchę.

Cholera. Rozpoznał mnie. I wygląda na to, że miał zamiar wyjaśnić mi, co się tutaj dzieje, pomyślał Jack, rozglądając się po pokoju. Na krześle, obok kolejnych zwłok, które dopiero teraz dostrzegł leżał klucz. Zgarnął go, przyjrzał mu się przez moment i po kształcie jego końcówki doszedł do wniosku, że będzie pasować do drzwi na dole. Do klucza był przywieszony bryloczek z wyrytą literą „S”.

C.D.N.

12-dniowy plan prostych ćwiczeń literackich: dzień dwunasty

Dzień dwunasty: zbierz wszystko, co stworzyłaś przez ostatnie 11 dni. Wybierz to, co ci się najbardziej spodobało. Zmodyfikuj, dopracuj i albo spróbuj to wydać, albo opublikuj to w Internecie. Bądź dumna ze swojej pracy.

No cóż. Ten dzień będzie swoistym podsumowaniem, ponieważ już opublikowałam swoje zmagania – i jest to moment, w którym szczerze Wam dziękuję za Waszą cierpliwość.

Co najbardziej mi się podobało? Historia na podstawie wybranego na chybił-trafił akapitu z książki. Z pewnością będę to konkretne ćwiczenie powtarzać. Co było dla mnie najtrudniejsze? Wiersz. Bo do poezji trzeba mieć głowę, która potrafi uprościć daleko idącą burzę myśli – moje myśli zaś prowadzą mnie tylko głębiej i niczego nie chcą upraszczać. Żyję w takim chaosie niemal 25 lat i nie wiem, czy umiałabym/chciałabym to zmienić (niepotrzebne skreślić).

Nie jestem z siebie dumna, bo te 12 dni rozciągnęło się w czasie. Przez nową pracę. Ale cieszę się, że udało mi się ukończyć to wyzwanie. Za rok je ponowię, żeby zobaczyć, jak zmienił się mój sposób postrzegania pewnych spraw. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Tymczasem, dziękuję Wam za cierpliwość i ostrzegam – niedługo kolejne recenzje, bo nadchodzi weeekend.

12-dniowy plan prostych ćwiczeń literackich: dzień jedenasty

Dzień jedenasty: Napisz stronę z podziękowaniem, która zostanie umieszczona w następnej książce, jaką opublikujesz. Uwzględnij na niej wszystkie osoby, które pomogły ci podczas pisania.

No cóż, na obecnym etapie ta lista byłaby bardzo krótka, ponieważ jedynie trzy osoby widziały to, co obecnie pisze (jestem bardzo tajemnicza). Jednak doskonale wiem, co bym na takiej stronie napisała. Czytajcie 😉

Powieść ta nigdy by się nie ukazała, gdyby nie kilka osób, którym jestem winna z tego powodu dozgonną wdzięczność.

Ewie, za stanie na straży poprawności językowej i dobremu stylowi, która prędzej pozwoliłaby, żeby maszynopis spłonął, niż żeby był przesiąknięty zbędnym patosem.

Małgorzacie, za wspieranie wszystkich pomysłów – zarówno tych genialnych, jak i tragicznych. I za umożliwienie dostrzeżenia w porę tego, co jest ważne, a co kompletnie nieistotne.

Wszystkim moim bliskim, którzy mieli na tyle siły i wyrozumiałości, żeby przebrnąć przez moje fazy tworzenia – od euforii do otępienia.

I czytelnikom – za to, że pozwolili tej powieści ukraść cenny kawałek swojego czasu.

12-dniowy plan prostych ćwiczeń literackich: dzień dziesiąty

Dzień dziesiąty: Wybierz się w miejsce publiczne i podsłuchaj jakąś rozmowę. Zmień to, co usłyszysz w historię miłosną (nieważne, jak bardzo musisz poprzekręcać słowa tych ludzi).

W drodze do pracy często unikam kontaktu z drugim człowiekiem. Te czterdzieści minut to jedna z ważniejszych chwil w ciągu mojego całego dnia, w których skupiam się wyłącznie na samej sobie. A jednak tamtego dnia coś zmusiło mnie, żebym podniosła głowę i spojrzała na dwie kobiety, niewiele ode mnie starsze, które rozmawiały ze sobą przyciszonymi głosami.

Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc jak ta odwrócona do mnie przodem spogląda na swoją rozmówczynię. Oczami chłonęła każdy centymetr twarzy tamtej dziewczyny. Pogodną twarz nagle przeciął kilkusekundowy grymas bólu. Nigdy nie masz pewności czy naprawdę go widziałaś, czy to tylko chwilowa gra światła, która z ciebie kpi.

Dziewczyna opuszcza wzrok, zagryza wargi i powraca do spijania słów z ust rozmówczyni. Nadstawiam uszu, nie spuszczając z niej oka i wtedy mnie to uderza. Oto siedzi przede mną zmora z przeszłości, ponieważ dla młodej dziewczyny nie ma nic gorszego, niż powolne zdawanie sobie sprawy z własnej tożsamości seksualnej. Zwłaszcza, gdy katalizatorem tego odkrycia jest heteroseksualna kobieta.

Przed oczami widzę jej najbliższe miesiące życia. Bzdurne nadzieje, mieszane sygnały, nieprzespane noce i kołatające się w głowie pytanie „Powiedzieć czy nie?”. Któregoś dnia obudzi się i postanowi jej wszystko wyznać, ale głos uwięźnie jej w gardle; rozpłacze się i załamującym się głosem opowie o wymyślonym na poczekaniu facecie z imieniem, które zaczyna się na tę samą literę, co jej. A ta druga – czy to z grzeczności, czy z nieuwagi – nie dostrzeże analogii między sobą a tym gościem.

Ale ta druga w końcu się zorientuje – zawsze je olśni, w najmniej odpowiednim momencie. Nie, nie będzie historii rodem z komedii romantycznej. Zacznie jej unikać, umknie w ramiona kogokolwiek płci przeciwnej, żeby z dumą powiedzieć sobie i światu „Jestem normalna”. Albo po pijaku pocałuje ją i powie, że byłyby świetną parą – gdyby tylko była facetem, ale więcej nigdy nie ściągnie przy niej bluzki, żeby się przebrać. Żeby sobie czegoś przypadkiem nie pomyślała.

Załamie się, upadnie, wstanie, otrzepie kolanka i pozna jakąś miłą panią, która po kilku tygodniach uświadomi sobie, że nie chce kogoś, kto wciąż nie jest pewien kim jest, bo boi się złapać ją za rękę w miejscu publicznym. W trosce o własne zęby. A potem… Potem będą inne kobiety. Każda walnięta na swój magiczny sposób. 

I to wszystko miałoby się przydarzyć jednej dziewczynie z autobusu? Och, a dlaczego nie? Tylko, że to trochę do dupy żyć z taką orientacją na co dzień.