Polskie (nie)czytelnictwo

Znów sondaże biją na alarm, że Polacy tak mało czytają i że w porównaniu do krajów zachodnich to jesteśmy na szarym końcu. Od razu się podnoszą głosy, że to nie jest wina (nie)czytelników tylko wygórowanych cen książek.

Przyznaję, jak najbardziej, że książki nie są tanie jak barszcz i to rzeczywiście mógłby być problem, gdyby nie jeden mały szkopuł… Biblioteki, w których jedyną opłatą (i to nie wszędzie), jaka cię czeka będzie ta za założenie karty i ewentualne kary, za które sam sobie jesteś winien, bo nie oddałeś książek na czas.

Jesteś z małej miejscowości i nie ma w niej biblioteki? Szkoda, że nie ma czegoś takiego jak piractwo książkowe… 😉 (może mało chwalebne, ale zawsze jakieś wyjście).

Poza tym sondaż z roku 2014 przeprowadzony dla Biblioteki Narodowej liczył jedynie 3000 respondentów co naprawdę nie jest wiarygodną miarą w kraju, gdzie mieszka 38,5 miliona obywateli. Z moich skomplikowanych obliczeń wynika zatem, że stan polskiego czytelnictwa w tym raporcie został oparty na ok. 0,0078% naszej populacji. Ale jest źle, bo na pewno pozostałe 90% odpowiedziałoby dokładnie tak samo.

Wiem, że nie powinnam się śmiać, bo tak na poważnie to sytuacja naprawdę nie przedstawia się ciekawo. Niechętnie przyznaję, że ja też czasem nie mam ochoty sięgać po książki w ramach formy relaksu i ciężko jest oczekiwać, że osoby które zapieprzają od rana do nocy po przyjściu do domu będą miały jeszcze siłę, żeby utrzymać nad lekturą skupienie.

Co do osób, które nie czytają, bo uważają literaturę za nudę czy marnowanie czasu – ich strata, ale w tym wypadku nie pomoże straszenie sondażami, kampanie społeczne czy wyzywanie od ignorantów. Im prędzej się z tym pogodzimy, tym lepiej. Już i tak jesteśmy zakompleksionym narodem. Po co kopać leżącego?

Reklamy

Chłopi, czyli o genderowych problemach Boryny i seksualności Jagny

Nie martwcie się. To nie jest wpis, który ma udowadniać, że Boryna miał potrzebę zmiany płci, a raczej nawiązanie do niektórych maturzystów, wedle których Maciej Boryna miał być kobietą (podobnie jak Wernyhora czy… Jurand). Nie wspominając już o tym, że pewne osoby twierdzą, jakoby Ignacy Rzecki podkochiwał się w Wokulskim 😉

Lipce. Nadchodzi jesień. Maciej Boryna, najbogatszy gospodarz we wsi, dwukrotny wdowiec, decyduje się na ponowny ożenek z najpiękniejszą dziewczyną we wsi – Jagną. Są tylko dwa maluteńkie problemy. Jagna jest zakochana i sypia z jego synem Antkiem oraz określenie jej jako leniwej nawet w połowie nie oddaje sposobu, w jaki się zachowuje.

Niestety, większość z nas uważa Jagnę za zwykłą dziwkę, nimfomankę w najlepszym wypadku. Nie chcę nawet zaczynać kolejnego zdania od słów „gdyby w książce postępował tak mężczyzna, to…”. Minęło ponad sto lat od napisania Chłopów, a generalizowanie kobiet, które nie wstydzą się podążać za swoją seksualnością wciąż jest identyczne. Jasne, w większości wypadków nie wywiozą teraz żadnej na wozie gnoju, ale napiętnują ją równie mocno, co wtedy. Faceci z krzywymi uśmiechami powiedzą, że zamek, do którego pasuje każdy klucz jest chujowy, ale klucz, który pasuje do każdego zamka jest zajebisty. Warto się zastanowić, ile męskich postaci fikcyjnych podziwia się za podboje seksualne, żeby nie szukać w literaturze to spójrzmy chociażby seriale Californication czy Jak poznałem waszą matkę.

Najgorsze jest to, że ta krytyka kobiet rozbudzonych seksualnie nie idzie tylko ze strony męskiej. Jak łatwo nam, przedstawicielkom tej samej płci, przychodzi piętnowanie takich dziewczyn? Jagna była zagubiona, nie widziała nic złego i uwłaczającego w czerpaniu przyjemności z seksu. Żony mężczyzn, z którymi sypiała winiły ją za wszystko. Jakby faceci nie potrafili samodzielnie myśleć i odpowiadać za swoje czyny, a przecież wiemy, że to potrafią.

Chłopi to nie tylko powieść o życiu we wsi. Warto spojrzeć na nią też jak na diagnozę sytuacji kobiet wobec seksu. Minęło ponad sto lat, a podejście do tej sprawy wciąż mamy niemal identyczne. Jak sądzicie, dlaczego?

Sherwood, czyli jak mnie po latach oświeciło

Jak zwykle znalazłam książkę, którą czytałam w młodości oraz w tej nieszczęsnej młodości ją zarzuciłam, bo otrzymywałam od biblioteki groźby na piśmie. Wstyd się przyznać, że moja pamięć zupełnie nie domaga, ponieważ Sherwood Pacyńskiego mijałam kilkakrotnie w krakowskim przybytku czytelniczej rozpusty i zupełnie nie skojarzyłam, że to ta książka. Brawo ja.

Sherwood, jeśli jeszcze się nie domyślacie, nawiązuje do legendy o banicie Robin Hoodzie. Jednak to nie on jest głównym protagonistą tej powieści. Jest nim Jason – zawodowy gracz w kości i cwaniaczek, posiadający ogromny talent do hazardu. Pacyński przedstawia historię o czasach, które nastąpiły po śmierci tego banity. Jego bandą zaczął rządzić Match, do szaleństwa zakochany w Marion, dla którego okradanie bogatych nie było tak, jak dla Robin Hooda romantyczną przygodą, a stało się polem prawdziwej walki, która zaczęła zbierać krwawe żniwo.

Losy tych dwóch mężczyzn splatają się i okazuje się, że mają ze sobą o wiele więcej wspólnego, niż z początku czytelnik mógłby przypuszczać.

Tomasz Pacyński jest naprawdę utalentowany w wodzeniu czytelnika za nos. Nigdy nie dopowiada historii, wciąż uchyla tylko jej niektóre elementy. Powodowało to u mnie podekscytowanie i niepokój. Wciąż nie jestem pewna czy wszystko zostało przede mną odkryte. Pewnie nie 🙂

Szukacie dziwnej fantastyki do poczytania na wakacje? Macie moją odpowiedź.