Posiadłość Blackwood, czyli o powrocie do młodości.

Posiadłość Blackwood to kolejna książka, do której robiłam kilka podejść. Pierwsze miało miejsce jeszcze w liceum, drugie natomiast jakieś dwa lata temu. Od razu zaznaczam, że nie dlatego, że powieść była ciężka, ale z prostego względu – biblioteka 😉

Dziś wiem, po przeczytaniu prawie całych Kronik wampirów, że to właśnie ta powieść obudziła we mnie bezwzględne uznanie dla Anne Rice. Żadnego bohatera nie polubiłam tak jak Tarquina Blackwooda.

Młody Quinn, od niedawna krwiopijca, zakochany bez pamięci w Lestacie i jego historiach, włamuje się do jego domu, żeby zostawić tam list, opisujący jego niezwykłe życie i stanowiący wołanie o pomoc w kwestii pewnej istoty, która od zawsze mu towarzyszyła. Na szczęście dla naszego protagonisty, spotyka tam swojego idola, który zamiast ukarać go za nieposłuszeństwo i bezpardonowe naruszenie jego przestrzeni osobistej, z radością przejmuje rolę mentora Quinna, poznaje jego niesamowitą ciotkę lubującą się w kameach i stara się wraz z młodym wampirem rozwikłać tajemnicę istnienia Goblina – stworzenia, które wygląda identycznie jak Quinn, którego widzą jedynie nieliczni i który nie zostawił Blackwooda w spokoju, nawet gdy ten został przemieniony w nocnego łowcę.

Ta książka sprawiła, że pokochałam całym sercem Luizjanę. Tak bardzo chciałabym tam pojechać i poczuć, jak wrażenie, które całkowicie mnie opanowało podczas czytania Kronik wampirów wraca. Uwielbiam Lestata, Armanda, Mariusa… Nawet Jesse. Ale żadne z nich nie wzbudziło we mnie takiej miłości, jak Tarquin Blackwood. Nie wiem, co się z nim stało, bo wciąż jestem w trakcie lektury… Ale wiedzcie jedno – gdy wśród tych wszystkich wampirów, które wystąpiły w najnowszej książce Rice nie znalazłam imienia Quinn, moje serce trochę pękło, więc bardzo wolno czytam tę książkę, żeby jak najdłużej cieszyć się towarzystwem mojego ukochanego bohatera 😉

Reklamy

Psychopaci są wśród nas, czyli jak książkę może zniszczyć niefortunny tytuł.

Razem z Kotem bez głowy miałyśmy taki okres, że każdego wieczoru oglądałyśmy programy w stylu „Seryjni mordercy”, „Kobiety, które zabijają”, „Urodzeni by zabijać”, ” i inne, które wprowadzały nas w życie zbrodniarzy takich jak Jeffrey Dahmer, Zodiak, BTK czy Karol Kot.

Najbardziej bawiły mnie opinie sąsiadów tych zbrodniarzy, którzy twierdzili, że ci psychopaci wydawali się całkiem normalni, ale podświadomie czuli, że coś z nimi nie w porządku. Wyjaśnijmy sobie coś od razu: 99% osób (włączając w to mnie i Kota bez głowy) nie zorientowałoby się, gdyby miało przed sobą psychopatę, bo to niekoniecznie jest to człowiek, który chce nas zabić czy zgwałcić. Psychopata jest często „normalniejszy” od przeciętnego człowieka. Inteligentny, czarujący, oczytany i elokwentny potrafi manipulować drugą osobą w taki sposób, że ta nie zdaje sobie z tego sprawy. Cechuje go przede wszystkim brak wyrzutów sumienia, bo jedyne, co go interesuje to zaspokajanie własnych potrzeb. Psychopaci to nie tylko seryjni mordercy. To także oszuści, którzy potrafią od naiwnych osób wyciągnąć wszystkie pieniądze, zyskać zmianę swojego położenia słodkimi słówkami czy oczarować kogoś bez najmniejszego wysiłku.

Książka Psychopaci są wśród nas (fatalny tytuł, przyznajcie), próbuje nakreślić czytelnikowi jak działa umysł takiego człowieka. Czy jest to rodzaj psychozy? Raczej nie, bo większość z psychopatów jest całkowicie świadoma tego, co robi. Czy to wina otoczenia i wychowania? Po części może tak być, jednak nie jest to reguła (autor nakreśla historię dwóch bliźniaczek, z których jedna nigdy nie sprawiała poważniejszych problemów wychowawczych, a druga bez trudu popełniała wszystkie możliwe życiowe błędy, oczekując ciągłego wsparcia od rodziców).

Ta praca Roberta D. Hare ma pomóc przestrzec zwykłego człowieka przed psychopatami. Teoretycznie może pomóc rozpoznać symptomy, jednak istnieje małe prawdopodobieństwo, że zorientujesz się z kim masz do czynienia, zanim nie wyrządzi ci krzywdy. Sam autor padł kilkakrotnie ofiarą manipulacji tego samego psychopaty, gdy pracował w więzieniu. Kiedy przeczytałam, jak dawał się „urobić” osadzonemu pomyślałam, że musiał być po prostu ślepy. A potem przypomniała mi się moja własna naiwność w stosunku do niektórych osób. Nie chciałam widzieć, że ktoś mną manipuluje i robi mi krzywdę; chciałam wierzyć, że te osoby były po prostu zdezorientowane. Czy były psychopatami? Nie wiem. Ale przekonałam się, że jeśli w grę wchodzą nasze uczucia to raczej mało prawdopodobne, żebyśmy byli skłonni przyznać prawdę temu, co podpowiada rozum.

Przeczytajcie, niezła książka. Może nie ochroni was przed psychopatami, ale jeśli już jakiegoś spotkaliście, pomoże wam przepracować ten problem i zrozumieć, że wina nigdy nie leżała po waszej stronie.