Lovecraft w grach komputerowych, czyli małe dzieła sztuki.

Nie ma nic lepszego, niż dobre opowiadanie, które potrafi samą atmosferą zjeżyć czytelnikowi włosy na karku. Równie mocno cieszy mnie, kiedy twórcy gier komputerowych czerpią z tych genialnych historii i zamieniają rozgrywkę w niesamowite doświadczenie grozy i wrażenie, że jest się bohaterem ukochanej opowieści.

Moje serce, jeszcze w liceum, zdecydowanie zdobyły dwie gry, o których chcę wam opowiedzieć, jednocześnie wspominając o świetnych opowiadaniach H.P. Lovecrafta. Znajomość obu tych gier zawdzięczam mojej przyjaciółce, J-kobsowi, która jedną z nich podarowała mi na moje szesnaste urodziny. Mowa o grze Call of Cthulhu: Mroczne zakątki świata, która opiera się na moim ukochanym opowiadaniu Widmo nad Innsmouth (recenzja tu, klik.).

W grze tej wcielamy się w prywatnego detektywa Jacka Waltera, który otrzymuje zlecenie odnalezienia Briana Burnhama, kierownika sklepu spożywczego First National. Chłopak zaginął w Innsmouth, małym miasteczku rybackim, niedaleko Arkham. Gdy nasz protagonista przybywa do tego miasta, szybko okazuje się, że jego mieszkańcy nie tylko okazują mu jawną wrogość, ale również skrywają znacznie gorszą tajemnicę, niż zniknięcie Burnhama. Jack Walters orientuje się, że odnalezienie chłopaka to jego najmniejszy problem, gdyż od tego momentu będzie musiał walczyć nie tylko o możliwość ucieczki z Innsmouth, ale o własne życie i zachowanie zdrowych zmysłów.

Jak na grę z 2005 roku, Call of Cthulhu prezentuje się niesamowicie. Kolorystyka, gra aktorska i atmosfera przewyższa większość nowych produkcji. Jeśli to was nie przekonuje, to może tylko wspomnę, że za wydanie gry odpowiada Bethesda (tak, ci, którzy wyprodukowali TES V: Skyrim i Fallouta 3).

Druga gra odsyła nas do legendarnej księgi Necronomiconu. Wieść niesie, że każdy, kto ją przeczyta pozna mroczną, zakazaną wiedzę i można spokojnie założyć, że oszaleje. Lovecraft nigdy nie napisał Necronimiconu, za to w kulturze popularnej można spotkać do niej wiele aluzji, nawet w… Świecie według Kiepskich (odc. 316). Sama gra, nosząca tytuł Necronomicon: Świt ciemności, powstała w oparciu o opowiadanie Przypadek Charlesa Dextera Warda. Historia od razu rusza z kopyta, informując nas już na wstępie, że główny bohater oszalał, jednak żaden z lekarzy nie jest w stanie poznać przyczyny takiego stanu… Czyli czekamy w napięciu na to, co tym razem Lovecraft zgotował swoim bohaterom. W grze wcielamy się w Williama, którego przyjaciel, Edgar, zaczyna mieć początki szaleństwa. Według ojca i lekarza domowego na mężczyznę mają zgubny wpływ badania, jakie prowadzi oraz towarzystwo nieodpowiednich osób. Zadaniem Williama jest dowiedzieć się, co sprawiło, że jego przyjaciel przestał go rozpoznawać oraz odkrycie, co oznaczają dokumenty, którymi zajmował się na krótko przed swoim szaleństwem Edgar.

Gra ta jest dość stara i należy do klasycznych przygodówek typu point-and-click. Jest stosunkowo trudna, więc przejście jej w jeden wieczór (bez niczyjej pomocy) może stanowić dość spory problem. Swoją słabą grafikę  (jak na dzisiejsze standardy) kompensuje Necronomicon fantastyczną fabułą, upiorną atmosferą i niesamowitą grą aktorską (także w wersji polskiej!).

Jeśli moje warunki finansowe pozwolą na zakup nowego komputera, który podczas nagrywania nie wyzionie ducha, uroczyście deklaruję się, że nagram dla Was te gry z komentarzem, który będzie wskazywał na różnice między opowiadaniami a grami. Mam nadzieję, że książkoholikom takie porównawcze recenzje nie przeszkadzają i że z chęcią obejrzeliby moje zmagania z tymi dwoma grami 😉

Reklamy

Czerwony Kapturek, czyli dlaczego wkurzają mnie hollywoodzkie produkcje.

Wiele się ostatnio mówi o baśniach, ponieważ nagle dziecięce opowieści stały się źródłem kontrowersji, brutalności i fantastycznym biznesem w przemyśle filmowym. Wszystkie dziwaczne ekranizacje typu Dziewczyna w czerwonej pelerynie uważam za obraźliwe w stosunku do historii ludowych i sądzę, że jeśli kościół katolicki nie ograbił danej baśni doszczętnie z wiekowej mądrości to te resztki zostały całkowicie zmasakrowane przez producentów filmowych. Brawo.

Każdy chyba zna baśń Czerwony Kapturek, ale niekoniecznie jest świadomy wszystkich wersji, w jakich ta opowieść występuje. Najpopularniejsza to ta opracowana przez braci Grimm, gdzie dziewczyna faktycznie nosi kubraczek, od którego wzięło się jej imię. Pożarta przez wilka zostaje uratowana przez myśliwego. Również jej babcia uchodzi z życiem.

U Charlesa Perraulta ani dziewczynka, ani babcia nie uchodzą z życiem a cała historia ma za zadanie przekazać płynącą myśl moralizatorską, że nie należy zadawać się z nieznajomymi.

We wcześniejszych wersjach makabra zaczyna się znacznie wcześniej, ponieważ wilk każe zjeść Kapturkowi mięso swojej babci i popić jej krwią, a potem nakazuje dziewczynie spalić ubrania w których przyszła i położyć się z nim do łóżka. Kapturkowi udaje się uciec, kiedy symuluje, że musi załatwić potrzebę fizjologiczną na zewnątrz.

W niektórych wersjach wilk zostaje zastąpiony przez wilkołaka, czasami też przez trolla (zwłaszcza w wersjach skandynawskich).

W popularnych adaptacjach mówi się, że Czerwony Kapturek jest małą dziewczynką. Jednakże kolor jej płaszczyka sugeruje, że jest na tyle duża, żeby mieć świadomość ze swojej seksualności (nie mylić z gotowością do takich działań).

Wilk, co oczywiste, występuje w roli archetypu cienia, ciemnej strony ludzkiej natury, która dosłownie pragnie pożreć niewinność. Utożsamiany z mężczyzną z wiadomych względów, rzadziej identyfikowany jest z pedofilem, być może ze względu na fakt, że w czasach kiedy ta baśń powstała nie było niczym dziwnym, że w pełni dojrzały mężczyzna brał sobie za żonę niemal dziecko. Najważniejszym faktem przy okazji mowy o wilku jest fakt, że w tej opowieści spełnia nie tylko rolę archetypu cienia, ale również animusa (czyli męskiego pierwiastka, który występuje w psychice kobiety). Gdyby tak się nie działo, nie udałoby mu się nawiązać kontaktu z dziewczyną, ponieważ nie czułaby ona z nim żadnej więzi i (w zależności od wersji) nie dałaby się wciągnąć w grę, kto dotrze do domu babci pierwszy lub nie zaczęłaby zbierać kwiatów, które bestia jej wskazała.

Postać matki, pojawiająca się jedynie na początku opowieści, wzbudza pewne kontrowersje. Ponownie, w zależności od wersji, każe ona Kapturkowi nie rozmawiać z nieznajomymi lub zwraca jej uwagę jedynie na to, żeby nie potłukła butelki znajdującej się w koszyku. Ta pierwsza wersja pochodzi z nowszych opracowań, prawdopodobnie po to, żeby uderzyć w moralizatorski ton, że słuchanie matek jednak ma swoją przyszłość. Co do drugiej wersji chodzi znowu o seksualizm, ponieważ butelka ma falliczny kształt. Nie posuwałabym się do aż takich wniosków, chociaż… kto ich tam wie? Biorąc pod uwagę kolor płaszczyka dziewczyny jest ona w fazie edypalnej, co oznacza, że traktuje matkę jak rywalkę w kontaktach z ojcem. Gdyby nie była w tej fazie, wróciłaby do domu i powiedziała matce o wilku. Dorosła kobieta wie, jak sobie poradzić z drapieżcą. Babcia jest zbyt stara, a Kapturek – zbyt młoda i niedoświadczona.

Warto wrócić do baśni z dzieciństwa po latach. Warto przypomnieć sobie, którą najbardziej lubiło się w dzieciństwie, bo ona odzwierciedla „problem”, jaki chcieliśmy przepracować jako dziecko. Jeśli ktoś z was chce, mogę wam o tym napisać. Wystarczy, że dacie znać, jaka baśń była waszą ulubioną albo jaką najlepiej pamiętacie, a opowiem wam, co tak bardzo chcieliście przepracować. Ale ostrzegam, prawda może być szokująca i komiczna 😉

Złodziej dusz, czyli mam dobrą i złą wiadomość dla autorki. Od której zacząć?

Ostatnio wszędzie widziałam lektury Anety Jadowskiej. A to na blogach innych osób, a to na fejsach o sprzedaży książek, a to na lubimyczytać.pl… I tak sobie pomyślałam, że skoro wydaje ją Fabryka Słów, a i kilka dobrych książkowych blogerek jej powieści zachwalało to przecież nie może być tragicznie. No i nie było, ale na jakieś górnolotne peany na cześć autorki ode mnie nie liczcie.

Na początek kilka słów o samym Złodzieju dusz. Powieść przyjemnie się czyta, można się pośmiać, zamyślić, zdenerwować i… znaleźć opis własnej babci już na samym początku książki. Tak, ktoś opisał moją babcię co do joty, tylko… jeszcze (mocno to podkreślam) nikt jej nie zabił. Przy tej części powieści śmiałam się jak głupia i wcale nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia.

Świetnie się bawiłam w towarzystwie Dory Wilk, choć w swoich wypowiedziach bywa lekką feminazistką. Po przyjrzeniu się zdjęciom autorki podejrzewam, że to jej doskonalsze alter ego (bo któż w swoich tekstach – i nie tylko – siebie nie idealizuje?). Zmartwiło mnie to, bo pani Jadowska jest ode mnie starsza o 9 lat, a miejscami pisze bardzo infantylnie i ten napastliwy feminizm wlewa na karty całkiem porządnego czytadła i je tym po prostu psuje.

Książka wydawała mi się rewelacyjna do momentu sceny pseudoerotycznej. Niesmaczne to było. Stwierdzenia typu „prawie doszedłem” zostawiłabym jednak w łóżku i darowałabym sobie przelewanie ich na papier. Kartka przyjmie wszystko, ale nie oznacza to, że powinno się jej wszystko powierzać, bo można czytelnika wprawić w duże zażenowanie. Ja rozumiem, że między dwojgiem ludzi może niesamowicie iskrzyć, że seks może wisieć w powietrzu, ale naprawdę… Nasz język jest taki bogaty jeśli idzie o eufemizmy i należy z nich korzystać. Nie powinnam tego mówić doktorowi literaturoznawstwa (którym jest pani Jadowska), ale „dojść” to nie jest eufemizm wysokiej klasy. Jest na poziomie sfrustrowanego gimnazjalisty.

Jeśli ktoś kocha polską fantastykę i nie przeszkadzają mu kiepsko opisane sceny erotyczne z całą pewnością powinien sięgnąć po Złodzieja dusz. Co do wspominanych wiadomości w tytule tej recenzji. Dobra informacja jest taka, że świetnie się bawiłam podczas lektury, a zła, że dopiero za kilka miesięcy sięgnę po kolejny tom – obawiając się tej dziwnej seksualizacji języka. Pani Jadowskiej polecam dokładne przestudiowanie W malinowym chruśniaku. Prawdziwy erotyzm zaczyna się tam, gdzie autor nie opisuje żadnych konkretnych czynów swoich postaci, a inteligentny czytelnik rozumie, co działo się dalej. Nie określenia i działania czynią coś seksownym. Robią to atmosfera i „mało” znaczące gesty.