Podsumowanie fantastyki, czyli co dobrego zdarzyło się dla mnie w 2014.

Nie ukrywam, że jestem bardzo zadowolona z postępów czytelniczych, jakie poczyniłam w tym roku. Znalazłam nie jedną, a kilka książek z mojego ukochanego gatunku (fantasy), które totalnie zmieniły moje postrzeganie nie tylko na świat, ale na ten gatunek literacki, który przez wiele osób uważany jest za niski i typowo rozrywkowy.

Na wstępie oświadczam, że nikt, nieważne jakie pieniądze by mi oferował, nie byłby mnie w stanie przekonać, żebym pochlebnie wyrażała się na temat książek Trudi Canavan, bo są to powieści, które – moim zdaniem, z którym każdy ma prawo się nie zgodzić – psują gatunek fantasy. Fabuła jej sławnej trylogii jest tak oklepana, że sprawia, iż mam ochotę polać się benzyną i podpalić. Dwukrotnie. Wiem, że „oklepanie” zarzucałam też autorce Czarnoksiężnika z Archipelagu, ale biorąc pod uwagę, kiedy ta powieść została napisana… Powinnam tę cechę zarzucać innym pisarzom.

Imię wiatru Samo ostrze zdecydowanie są powieściami, których w Polsce się nie docenia. Niestety, ubolewam nad ich wysoką ceną w księgarniach, która skutecznie może odstraszyć potencjalnego nabywcę (dziękuję polskiemu rządowi za tak usilnie działania w ogłupianiu społeczeństwa, ale tak szczerze to daje sobie ono spokojnie radę i bez nakładania VAT-u na książki). Jeśli jeszcze ktoś z Was nie przeczytał żadnej z tych powieści, niech natychmiast się za to weźmie, ponieważ życie jest zbyt ważne, żeby przeżyć je bez tych powieści. Serio.

Miłą niespodzianką okazało się dla mnie wydanie Księcia Lestata przez Anne Rice. Marzyłam, żeby powrócić do świata z Kronik wampirów, ale nie sądziłam, że kiedykolwiek się to stanie. Choć przedzieram się przez tę powieść dość powoli, to widzę z zadowoleniem, że jest to wciąż ten sam styl pisania mojej ukochanej autorki.

Co planuję w kolejnym roku? Oczywiście pisać więcej recenzji i czytać więcej książek. Mam nadzieję, że powiedzie się również mój zamiar rozpoczęcia cyklu poświęconego literaturze dziecięcej, którą niektórzy współcześni autorzy gwałcą uważając małego człowieka za idiotę. Również liczę, że zmotywuję się do kontynuowania cyklu o baśniach. Bo baśnie, powiedzmy sobie to szczerze, powinni czytać przede wszystkim dorośli.

Reklamy

Czytanie fantastyki szkodzi, czyli o artykule Michała R. Wiśniewskiego słów kilka.

Przyznaję, że rzadko czytam jakieś artykuły prasowe i na publicystycznych chwytach się po prostu nie znam, ale jeśli ten felieton to jakiś rodzaj prowokacji to szczerze współczuję autorowi tak niskiej zagrywki.

Na początek proponuję, żebyście zajrzeli do tego artykułu i sami ocenili, co też pan dziennikarz miał na myśli: klik! Ja tę wątpliwą przyjemność lektury mam już za sobą i jestem szczerze zdziwiona, że coś takiego w ogóle puszczono.

Uwielbiam, jak niektóre osoby wypowiadają się ze stuprocentową pewnością co też autor miał na myśli. Chciałabym rzec, że metoda interpretacji jaką jest strukturalizm naprawdę ma już swoje lata i nie pasuje do wszystkich tekstów, jakie zostały opublikowane. Bo oto pan Wiśniewski uważa, że czytanie fantastyki szkodzi, ponieważ dopatrzeć się można np. u Pilipiuka w Kuzynkach pochwały pańszczyzny. Co gorsza, autor tego tekstu ma czytelników za idiotów, którzy u Pratchettowskiego lorda Vetinariego mogą się dopatrzeć wspaniałego władcy, który choć durnowaty, dba przecież o interesy swojego miasta. Wiśniewski idzie za ciosem i stwierdza, że Terry Pratchett w taki sposób opisuje wyżej wspomnianego patrycjusza, że może skłonić młodzież do popierania Korwin-Mikkego. CO.

I teraz najlepsze: „Czytanie jest niebezpieczne, zwłaszcza czytanie fantastyki”. Dlaczego? Bo autorzy książek ukryli tam skrajne ideologie i mogą omotać niedojrzałego czytelnika. No i jaki to będzie miało skutek? Że jakaś biedna kobiecina, która jest matką dziecka stroniącego od książek odczuje wielką ulgę, że jej dziecko nie stanie się  w przyszłości wywrotowcem, bo nie czyta powieści.

Chciałam drogiego pana tylko poinformować, że mózg człowieka jest tak ukształtowany, że nie będzie czerpał przyjemności z lektury czegoś, czego nie rozumie. 13 latki (które najczęściej deklarują swoje poparcie dla Korwin-Mikkego) rzadko sięgają po Pratchetta, bo nie mają jeszcze takiego zaplecza kulturowego, które pozwoliłoby im na kompleksowe zrozumienie jego powieści. Myślenie też może być bardzo niebezpieczne i pan Michał R. Wiśniewski jest tego najlepszym dowodem.

Kurz i popiół, czyli o dawaniu drugich szans.

Jak niektórzy z was wiedzą Pan Lodowego Ogrodu nie wzbudził we mnie jakiegoś zachwytu, a jedynie frustrację, że po kilku przeczytanych rozdziałach nie dostałam od książki w twarz jakąś porywającą fabułą, która sprawiłaby, że przeczytałabym tę powieść Grzędowicza do końca.

Uparcie się wzbraniałam przed sięganiem po kolejne utwory tegoż autora, ponieważ byłam przekonana, że tylko znowu się zdenerwuję, a zachwytu jak nie było, tak w dalszym ciągu nie będzie. Książki jednak mają pewną magiczną właściwość, za którą kocham je wyjątkowo mocno – zdarza im się wpadać w nasze ręce w odpowiednich momentach życia. Tak też było w przypadku Kurzu i popiołu. Nie mogłam nic porywającego znaleźć w swojej bibliotece w rodzinnym mieście, więc sięgnęłam po Grzędowicza, mówiąc sobie „Co mi tam, a może akurat?”. Możecie się spodziewać, jakie było moje zaskoczenie, kiedy po przeczytaniu pierwszej strony z zapałem zabrałam się za kolejne. Cuda widocznie zdarzają się także w moim przypadku.

Akcja powieści rozgrywa się w dwóch miejscach – w świecie rzeczywistym i w świecie Pomiędzy. Ten ostatni to rodzaj planu astralnego, w którym nawet przedmioty mogą mieć duszę (zwaną Ka). Jest także siedliskiem demonów, marzeń oraz zagubionych dusz ludzkich. Główny bohater Kurzu jest nowoczesnym Charonem. Jeździ motocyklem, strzela z obrzyna i przeprowadza zabłąkanych na Drugą Stronę. Swoje usługi spełnia za obola, który często ma znacznie większą wartość, niż, jak to miało miejsce, w starożytnej Grecji. Spotyka różnych ludzi, nawet wiedźmę i pakuje się w niezłą aferę związaną z Zakonem Ciernia.

Powieść wciąga, choć motyw świata Pomiędzy jest na tym etapie dość mocno oklepany i już mało czym może zaskoczyć. Sądzę, że gdyby nie sposób, w jaki Grzędowicz pisze, byłaby duża szansa, że nie skończyłabym czytać tej książki. Jednakże styl tego autora spodobał mi się na tyle, że zrobię jeszcze jedno podejście do Pana Lodowego Ogrodu, licząc, że tym razem jednak mnie zachwyci.

Samo ostrze, czyli dlaczego warto śledzić Patricka Rothussa.

Mój quest poszukiwania dobrego fantasy rozpoczyna się wciąż na nowo, kiedy tylko wejdę do biblioteki. Problematyczne są jednak braki w krakowskich księgozbiorach, więc fakt, że ja sobie zaplanuję, że coś przeczytam praktycznie nigdy nie jest równoznaczny z tym, że tak się rzeczywiście stanie.

Samym ostrzu nigdy nie słyszałam i otwarcie przyznaję, że gdyby nie Patrick Rothuss (autor Imienia wiatru) to pewnie tak by pozostało, więc dziękuję twórcy portalu Goodreads.com za to, że można tam bez żadnego skrępowania „stalkować” swoich ulubionych autorów i widzieć, jakie książki polecają.

Najciekawsze w tej powieści jest zdecydowanie to, że występuje w niej kilku głównych bohaterów. Z początku miałam obawy, że to się nie sprawdzi i że skończy się podobnie jak w przypadku Każdy musi płacić, jednak Abercrombie radzi sobie z malowaniem fabuły nieco lepiej, niż nasz autor „Polskiej odpowiedzi na Grę o tron” (tak, nie mam zamiaru odpuścić tej bezczelności, dopóki nie znajdę innej książkowej ofiary).

Podczas czytania czujemy się, jakby wrzucono nas w środek najgorszego bagna. Z początku towarzyszymy Logenowi Dziewięciopalcemu, który ucieka przed wrogami i jest bliski śmierci. Otuchy nie dodaje mu fakt, że jest przekonany, że jego wierna banda przyjaciół została wymordowana. Następnie przenosimy się do bogatego królestwa Unii, gdzie przeskakujemy między ponurym i styranym przez życie inkwizytorem Gloktą a egoistycznym paniczykiem z dobrego domu, Jezalem, któremu marzy się sława szermierza zdobyta nikłym kosztem.

Sama fabuła, gdyby nie tak cudownie napisana, mogłaby uchodzić za odgrzewany kotlet, bo „ble, ble… wojna… ble, ble… świat, jaki jest nam znany niedługo upadnie… ble, ble… facet z Północy uważa się za bóg wie kogo i zbiera wielką armię, musimy go powstrzymać za wszelką cenę…”. Niemniej, czytałam książkę, nawet wtedy, gdy oczy mi wysiadały i łzawiły na potęgę. Jest w niej coś niesamowicie hipnotycznego. Każdy autor, nie tylko początkujący, marzy, żeby jego książki działały w ten sposób na czytelnika. Jestem pełna podziwu dla Abercrombiego za warsztat, który niezbyt oryginalną fabułę zamienił w kawał dobrej powieści.

PS Jeśli wątpicie to powiem tylko, że tak wielkiej frajdy nie czułam od czasu czytania Imienia wiatru czy Malowanego człowieka. Co więcej, spod moich palców trudniej o lepszy komplement dla książki z gatunku fantasy, a jeśli ten argument was nie przekonuje to już naprawdę nie wiem, czy cokolwiek innego byłoby w stanie.

Prince Lestat, czyli nie mam czasu czekać na tłumaczy.

Nie mogę opisać, jak bardzo ucieszyłam się, gdy dotarła do mnie wiadomość, że Anne Rice napisała kolejną książkę z serii Kroniki wampirów. Jak pisałam wcześniej, powieści te miały na mnie ogromny wpływ i niewątpliwie ukształtowały moje oczekiwania co do literatury wampirycznej.

Powieść rozpoczyna się od krótkiego przypomnienia terminologii występującej we wszystkich książkach o wampirach. Jeśli ktoś martwi się, że tę serię przeczytał dawno temu – niech się nie lęka, ponieważ autorka przypomina wiele wątków, które wyparowały mi całkowicie z pamięci.

W Księciu… śledzimy nie tylko poczynania Lestata, ale też innych bohaterów Kronik, jak Armanda, Mariusa, Rose, Davida, Maharet, Benji’ego czy Jesse. Powieść ta jest fantastycznym odzwierciedleniem moich obaw co do współczesnego świata. Wśród wampirycznego społeczeństwa ktoś sieje zagładę, mordując Darem Ognia słabsze jednostki. Większość uważa, że jest to kolejna próba zgładzenia wszystkich posiadających Mroczny Dar. Główni bohaterowie Kronik stali się celebrytami – gdy pojawiają się w miejscu publicznych na kilka sekund zjawiają się fani, którzy robią im zdjęcia telefonami, a kilku głupców nawet decyduje się podszywać pod samego Lestata. Chodzą plotki, że tworzenie nowych wampirów stało się niemal niemożliwe, gdyż po transformacji śmiertelnik staje się czymś na kształt zombie. Wszystkiemu temu towarzyszy tajemniczy Głos, być może faktyczna istota, być może podszept jungowskiego cienia namawiający do zadawania bólu…

Ale nie mam zamiaru zdradzać wam wszystkiego, oczywiście, bo sama nie ukończyłam jeszcze książki, choć już na tym etapie lektury mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest ona sukcesem autorki. Widać, że fabuła powieści jest przemyślana, a poboczne wątki wyjaśniające pewne fakty z wcześniejszych części nie były nagłym olśnieniem Rice, a bardzo konkretnym planem, którego realizacja trochę się opóźniła przez jej nawrócenie. Mam nadzieję, że autorka Kronik wampirów zaakceptowała pewną prawdę – dla większości fanów pozostanie ona królową wampirycznej literatury. Jeszcze jedna istotna myśl nasunęła mi się podczas czytania. Podczas lektury Pokuty niezwykle brakowało mi bogatych opisów Anne Rice, za które ceniłam ją równie mocno, jak za historie, które powstały z jej rąk. Dzięki Bogu, w Księciu Lestacie autorka wraca do swojego niesamowitego stylu i czyni przez to dobrą książkę niemal doskonałą.

Przeczytajcie. Jeśli musicie, poczekajcie na tłumaczenie. Ja nie wytrzymałam i choć czytanie po angielsku przychodzi mi nieco trudniej, niż w języku ojczystym przyznaję, że nie żałuję swojej decyzji. Mam nadzieję, że tłumaczenie się pojawi szybko i że jak najwięcej osób będzie mogło powrócić do świata Kronik wampirów.