Uczeń skrytobójcy, czyli jak zwykle zaczęłam od końca.

W swojej niezmierzonej inteligencji człowieka idącego na żywioł do biblioteki zaczęłam czytanie książek Robin Hobb od końca. Wiedziona niezawodnym przeczuciem, że pierwszy tom odnaleziony przeze mnie na półce „najpierwsiejszym” być musi, przeczytałam trylogię Złotoskóry. Dość szybko się zorientowałam, że ominęło mnie wiele ważnych wydarzeń, ale apetytu nie dało się już pohamować, więc niechcący stałam się dla siebie (fanfary) człowiekiem-spojlerem.

Zgubiwszy tytuły książek w odmętach pamięci, kurczowo trzymałam się nazwiska Robin Hobb, które co jakiś czas błyskało na mnie z półek w bibliotekach. Wreszcie, poczyniwszy odpowiednie przygotowania do kolejnej eskapady mającej swój finał w świątyni czytelnictwa, złapałam dwa pierwsze tomy Skrytobójcy i bezwstydnie przeczytałam pierwszą część w jeden wieczór, mrugając pocieszająco w stronę Gry na wielu bębenkach Tokarczuk.

Od pierwszych chwil czytelnik zaczyna współczuć głównemu bohaterowi. Jest on sześcioletnim książęcym bękartem i nie ma nawet imienia. Trafia on do stajni królewskiego koniuszego, Brusa, który wiernie służył jego ojcu, księciu Rycerskiemu. Brus, który jest dobrym, ale wyjątkowo prostym człowiekiem nadaje wielce znaczące imię chłopcu – Bastard. Główny protagonista szybko dowiaduje się, że jego życie będzie niezwykle skomplikowane, bo w całości należeć będzie do panującego króla Roztropnego, jego dziadka.

Bastard odkrywa w sobie szczególny dar – Rozumienie, które pozwala mu kontaktować się niejako telepatycznie z niektórymi zwierzętami. Gdy Brus odkrywa ten talent karci chłopca i ostrzega go, że taka więź ze zwierzęciem jest zboczeniem i nie powinien nigdy jej zawiązywać. Niedługo potem bękart zostaje wdrożony w prawdziwie dworskie życie – uczy się pisania, czytania, walki i manier przy stole. Jego życie zmienia się jednak, gdy poznaje swojego prawdziwego mistrza – Ciernia, który jest królewskim skrytobójcą i do tegoż fachu ma przyuczyć Bastarda.

Nie sposób oderwać się od tej powieści. Jest niesamowicie lekko napisania, mimo że często dotyczy nie tak łatwych sytuacji. Ja się dość mocno utożsamiałam z głównym bohaterem, śledząc jego dalsze losy, gdy byłam młodsza, ponieważ z punktu widzenia kościoła również jestem bękartem, czego nie omieszkał mi przypominać w gimnazjum ksiądz, dziwiąc się, że zostałam w ogóle ochrzczona (jednak jakoś nie miał odwagi, żeby z tego powodu nie dopuścić mnie do bierzmowania).

Trylogia Skrytobójca jest klasyką fantastyki. Jest masa gorszych książek z tego gatunku, które w Polsce są o wiele popularniejsze, a ja kompletnie nie rozumiem, dlaczego. Robin Hobb ma w swoim pisarstwie wszystko, żeby darzyć ją szacunkiem i miłością. Chylę przed nią czoła.

 

Reklamy
Comments
3 Komentarze to “Uczeń skrytobójcy, czyli jak zwykle zaczęłam od końca.”
  1. Lolanta pisze:

    A ja byłam przekonana, ze Robin Hobb to facet 😀 Ale jakoś nigdy nie miałam odwagi, żeby zabrać się za któryś tom, choć często widzę na polkach bibliotek, czy sklepach z używanymi książkami :/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: