Czarnoksiężnik z Archipelagu, czyli dlaczego warto strzec swoje prawdziwe imię.

Po recenzjach, ocenach i opiniach, do jakich było mi dane dotrzeć na temat Czarnoksiężnika z Archipelagu, byłam przekonana, że to kolejna książka, która powali mnie na kolana i sprawi, że długo nie będę mogła się pozbierać po kacu książkowym. Ale jak to mówi Bogusław Wołoszański w Sensacjach XX wieku: „Prawda okazała się zupełnie inna”.

Szczerze przyznam, że gdybym nie była amatorką książek z gatunku fantasy pewnie uznałabym powieść pani Le Guin za odkrycie roku, ale ponieważ zetknęłam się wcześniej z Imieniem wiatruMalowanym człowiekiem uważam, że Czarnoksiężnik jest co najwyżej przeciętny. Nie wiem, czy to wina tłumacza czy samej autorki, ale język zdaje się być niezwykle monotonny. Rozumiem, że książka swoim wiekiem jest dużo starsza, niż te wspomniane wyżej, jednak nie ma w niej nic, czego bym już nie znała.

Duny okazuje się niezwykłym chłopcem (cóż za zaskoczenie), kiedy powtarza magiczne zaklęcie wypowiedziane przez swoją ciotkę, wiejską czarownicę. Z łatwością uczy się nowych zaklęć i nawet ratuje swoją wioskę przed najazdem korsarzy z pomocą magii. Po tym incydencie do miasteczka przybywa czarnoksiężnik Ogion, który postanawia uczyć chłopca prawdziwej magii i ujawnia mu jego prawdziwe imię – Ged. Niestety, chłopiec nie jest ani trochę skromny i wplątuje się w kłopoty, chcąc udowodnić swoją wyższość innemu uczniowi magii. Od tamtej pory ścigany jest przez Cień, który będzie mógł zniszczyć dopiero wtedy, gdy pozna jego imię.

Jedyna część tej książki, która zyskała moje uznanie to właśnie ta na temat imion. Bo każdy, choć nosi swoje imię i nazwisko, ma swoje sekretne imię, na które reaguje w szczególny sposób i które zdradza nielicznym albo tylko nieliczni są je w stanie odgadnąć. Mówi się, że znając czyjeś imię, ma się nad tą osobą szczególną władzę. Uważam, w pewnym sensie, że ta teoria nie jest ani trochę przesadzona.

Specjalnie dla tej książki postanowiłam stworzyć nową kategorię, którą nazwę „Flaki z olejem”. Bo dla mnie była nudna w równym stopniu, jak rzeczone wnętrzności.

Reklamy
Comments
2 komentarze to “Czarnoksiężnik z Archipelagu, czyli dlaczego warto strzec swoje prawdziwe imię.”
  1. Bombeletta pisze:

    „Lewa ręka ciemności” LeGuin była mocna, ale również mnie nie powaliła na kolana. To pewnie tak jest, że po latach, gdy z klasyków wszyscy czerpią pełnymi garściami, to oryginalne pozycje ostatecznie stają się nudne i ciężkie do przebrnięcia. „Czarnoksiężnik z Archipelagu” czeka sobie na półce, a o całym „Ziemiomorzu” rozmyślam intensywnie, ale nie jestem jeszcze ostatecznie przekonana do zakupienia 🙂

  2. Lolanta pisze:

    Ostatnio dużo tych „imion” wszędzie. „Imię wiatru” (no wiadomo), możliwość zrobienia niewolnika z demona, jeśli zna się jego imię („Egzorcyzmy Dory Wilk”), moc indiańskich imion u de Bernieres, czy nawet stary dobry „Ten-Którego-Imienia-Nie- Mozna-Wymawiać”. A tu znów imię cienia… Az się prosi o głębsze studia nad zagadnieniem 🙂

    Falki z olejem – bardzo przypadła mi do gustu ta kategoria. Miałabym nawet kilka tytułów do wrzucenia 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: