Fenomen zagranicznych pisarzy, czyli rozważania o polskim bólu dupy.

Raz na pół dekady zdarza się pisarz, nad którym wszyscy rozpływają się w zachwytach, prześcigają się w komplementach i w kilka miesięcy zyskuje taka osoba status bestsellerowego autora. Gdzie z tym się nie spotkamy? W Polsce. Nasz piękny, nadwiślański kraj gardzi debiutantami własnego łona, ale przyjmuje z radością i bez żadnych uprzedzeń świeżaków z krajów anglojęzycznych.

Taka Trudi Canavan, z całym szacunkiem dla niej, w Polsce dostałaby po tyłku od krytyków, z Sapkowskim i Piekarą na czele, i mogłaby zapomnieć, że jeszcze kiedyś ktoś będzie skłonny wydać jakąś jej książkę. Dlaczego? No bo taka Trylogia Czarnego Maga to książka z gatunku „dupy nie urywa, ale lekko się czyta”. Ale ponieważ Trudi Canavan nie jest Polką, tylko Australijką i dostała kilka nagród za swoje opowiadania (jedno od czasopisma, w którym pracuje, więc o tym wyróżnieniu to bym nawet w swojej biografii nie wspominała w Polsce, bo „to pewnie po znajomości”).

Z roku na rok jesteśmy coraz bardziej w szoku, że polska literatura ma mniej i mniej do zaoferowania, bo pojawiają się w niej ciągle te same nazwiska, a poziom książek nieubłaganie spada. A jak się uchowa jakiś debiutant to i tak nikt o nim nie usłyszy, poza jego rodziną, przyjaciółmi i może jakimś recenzentem, który ma przychylną notateczkę stworzyć na tył okładki, myśląc „a nuż jakiś idiota się nabierze i kupi”.

Z czego wynika traktowanie po macoszemu naszych debiutantów? Z bardzo prostej przyczyny – my Polacy nie potrafimy się cieszyć sukcesem drugiego człowieka. Jak to, mówimy, to ścierwo, ta zakała literatury z Pcimia Dolnego książkę wydaje? I już się nam piana z ust toczy, już nas ściska w środku, bo może komuś udało się pana Boga za nogi złapać.

Pozostaje jeszcze kwestia, że jest tylko kilku polskich autorów, których znają za granicą. Dlaczego? Czy Polska literatura, zwłaszcza fantastyka, jest w czymś gorsza od zagranicznej? Nie wydaje mi się. Może być tak, że polski wydawca niechętnie odsprzeda swoje prawa, żeby Polaczkowi-autorowi się w dupie przypadkiem nie poprzewracało, jak zobaczy wysokość honorariów. Albo tłumacz za drogi, albo nie daj Boże, trzeba się dołożyć do kosztów promocji… w euro, a kurs euro tragiczny przecież. A prawda jest taka, że jeśli by jakiegoś Polaka zaczęto lansować za granicą, to u nas połowa oszalałaby na punkcie jego „talentu”.

Smutny mamy ten kraj. A jaki durny.

Reklamy
Comments
7 komentarzy to “Fenomen zagranicznych pisarzy, czyli rozważania o polskim bólu dupy.”
  1. Lolanta pisze:

    Chyba trochę przesadzasz, według mnie własnie polski rynek książki zaczął się rozwijać. Co chwile poznaje książki nowych autorów.

    • eM eR pisze:

      Niby nowi autorzy, ale okazuje się, że gdzieś tam się przewinęli już wcześniej, coś dziwnego zrobili. Plus książki celebrytów, które pisane są przez ghostwriterów. Dziwnie jest z naszymi wydawcami, bo boją się ryzykować. Gdyby tak myślały wszystkie wydawnictwa zagraniczne to nie sądzę, że znalibyśmy chociażby Harry’ego Pottera. Strach pomyśleć ile fantastycznych książek nigdy nie ujrzy świata z powodu takich wydawców.

      • Lolanta pisze:

        Az tak głęboko w temacie nie siedzę, moja opinia wychodzi tylko z tego co widzę w mediach i na blogach.
        Książki celebrytow to rzeczywiście jest jakas masakra. Karmi się ludzi takimi głupotami, ze aż zal. Pomyśl jednak, ze mamy szczęście: u nas nie ma takiej na przykład Katie Price, promującej swoje „książki” co kilka miesięcy 😉

      • eM eR pisze:

        Najgorsze jest to, że debiutanci mają nikłe szanse w wielkich wydawnictwach. A wiadomo, małe wydawnictwo, choćby chciało jak najlepiej, dużego nakładu nie da rady wypuścić, bo nie ma funduszy. Plus, najstraszniejszy scenariusz dla książki – Empik i Matras nie będą chciały jej sprzedawać 😦
        A Katie Price nie znam i chyba dobrze się składa 😛

      • Lolanta pisze:

        Nic nie straciłaś 😀

  2. Bombeletta pisze:

    Hm. Dość dramatycznie i ostatecznie, ale rozumiem skąd taki bulwers. Fakt faktem, że w Polsce trudno się wybić, a literatura „lekka” traktowana jest wciąż po macoszemu. Chciałoby się ciągle Noble wyciągać i Nike, zapominając, że na dłuższą metę taka intensywność genialności jest po prostu niestrawna. A czytanie ma być przecież dobrą zabawą 🙂
    Ale… Sytuacja powoli się zmienia. Nadchodzą, żółwim, bo żółwim, ale jednak nadchodzą młodzi autorzy. W tym roku ustanowiono (w końcu) nagrodę Sienkiewicza na literaturę pop – zmienia się ten wizerunek po trochu. I masz rację, że wydawnictwa boją się ryzyka. W końcu to biznes jak każdy inny – nieopłacalna inwestycja, nieznane nazwisko może tylko zaszkodzić, kiedy sytuacja na rynku nie jest pewna. No ale bądźmy dobrej myśli 🙂

  3. katagala pisze:

    Smutno sie robi. Ale coz, prawda czesto / zwykle boli.
    Ja nie mam nic do debiutantow, szczegolnie ze sama chcialabym zaistniec w swiecie wydawniczym,
    ale tez nie z tego powodu nic do nich nie mam. Niektorzy sa do bani, ale tak jak napisalas,
    czym ci zagraniczni roznia sie od naszych? Nasi kiepscy sa tak samo kiepscy
    co ci zagraniczni. Nasi dobrzy sa tak samo dobrzy. Chociaz… mam wrazenie, ze nie do konca.
    Mam wrazenie, ze nasi gorzej znosza krytyke. Nawet jak ktos napisze recenzje na okladce,
    ze ksiazka jest swietna, porusza zmysly, etc., a naprawde taka nie jest i recenzent z gazety
    napisze krytycznie pare slow, to nie ma ze strony pisarza zdystansowania sie
    i zastanowienia sie, co moze zrobic lepiej. Raczej zaklada klapki i udaje, ze nic sie nie stalo,
    po czym pisze dalej. Jadnak w koncu sie przekona, ze moze on zglupial, ale nie czytelnik.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: