The Wolf Among Us, a znane nam opowieści, cz. 4

[Tutaj znajdziesz pierwszą część tej serii, zaś w tym miejscu drugą, a wreszcie tu trzecią].

240px-CW_Crooked_Man_Office

Crooked Man (z ang. krzywy człowiek) – jego postać pochodzi z angielskiej rymowanki o tytule There was a Crooked Man. Znalazłam także opowiadanie sir Arthura Conan Doyle’a o tytule The Crooked Man (Garbus). W grze jest głównym antagonistą Bigbiego, ale także kimś, kto uważa się za kogoś pokroju Don Corleone z Ojca chrzestnego. Biegły w sztuce manipulacji innymi, niezwykle potężny człowiek. W rymowance jest on przedstawiony jako upośledzony, który posiada równie krzywe co on rzeczy, mimo tego jest szczęśliwy. W opowiadaniu jest również upośledzony, ale za to uwikłany w trójkąt miłosny.

250px-CW_Bluebeard_Debate

Bluebear (ang. Sinobrody) – pochodzi z baśni o tym samym tytule. Jego postać, choć nie pod tym samym imieniem, pojawia się również w baśni braci Grimm Ptak dziwak. Jego postać jest jedną z najciekawszych w baśniach ludowych i bardzo ważne jest, żeby każda kobieta przynajmniej w jakimś zarysie znała tę historię, ale o tym pozwolę sobie popełnić osobny wpis. W grze stara się przejąć władzę w Fabletown, po tym jak znika Ichabold Crane. Ma skłonności do torturowania. Znany głównie ze swojej morderczej przeszłości, przez co jest jednym z głównych podejrzanych Bigbiego.

240px-CW_Greenleaf_Woodlands

Aunty Greenleaf (ang. Cioteczka Zielony Listek;) ) – zdaje się być kompletnie nieznana w Polsce, ponieważ wywodzi się z amerykańskiego folkloru. Miała sprzedawać zioła i posiadać umiejętność transformacji w białą sarnę. W grze nielegalnie tworzy tzw. Uroki. Posiada drzewo, które udało jej się zabrać ze sobą z baśniowego świata.

250px-CW_Johann_Debate

Johann – pochodzi z angielskiej rymowanki Rub-a-dub-dub, gdzie wspomina się o rzeźniku, a zaraz po nim o piekarzu i twórcy lichtarzu („The butcher, the baker, the candlestick maker”). W grze kieruje nas do kluczowej lokacji, która ułatwia postęp w dalszej fabule. Ukrywa u siebie ludzi Crooked Mana.

250px-ISC_Jack_Angry

Jack Horner – pochodzi z całej serii legend, baśni i opowieści, np. Jaś i magiczna fasola. W literaturze angielskiej uważa się go za tzw. stock character, czyli postać w literaturze, sztuce czy filmie, którą odbiorca niezwykle szybko rozpoznaje i która nie wymaga od autora większego komentarza. W grze pojawia się kilka razy. Jego postać można lepiej poznać, jeśli wybierze się odwiedzenie pewnych lokacji w pierwszej kolejności. W zależności od decyzji może być pomocną lub całkowicie nieistotną postacią.

250px-FTH_Hans_LineClever Hans (ang. Mądry Hans) – pochodzi z baśni o ty samym tytule, co jego pełne imię. Jest ono ironiczne, ponieważ przez głupotę chłopak traci swoją narzeczoną. W grze jego cechy intelektualne nie odbiegają od tych znanych z literatury, ponieważ bez żadnego problemu zdradza największy sekret swojego szefa i jest szczerze zdziwiony, gdy ten wyzywa go od imbecyli.

To koniec analizy postaci, mam nadzieję, że chociaż jedna część przypadła wam do gustu. W najbliższy czasie pokuszę się jeszcze o podsumowanie swoich wniosków i napiszę więcej na temat Sinobrodego, o.

Reklamy

Podatek, czyli jakie świetne książki znajdują przyjaciele.

Jak to mówią: „Do trzech razy sztuka”. W końcu, za trzecim razem udało mi się przeczytać całość Podatku. Książka ta podążała za mną w różne miejsca – od konnego obozu w Rekowie, przez Bielsko aż do Krakowa. I dopiero w Krakowie dane mi było ukończyć lekturę, niedługo po tym, jak odszukałam ją w taniej książce. Nie chcę w żadnym razie dać do zrozumienia, że powieść ta jest trudna czy nudna. Po prostu nigdy nie starczyło mi czasu, żeby poznać zakończenie – bo to wyjazd do domu albo przekroczony termin na Rajskiej… I tak czekałam w sumie trzy lata, żeby poznać finał Podatku.

Mam jakoś ostatnio szczęście do tej specyficznie dowcipnej fantastyki. Bohaterką Podatku jest Monika, rusałka, która pracuje w Urzędzie Skarbowym. Tym DRUGIM Urzędzie Skarbowym, ściągającym podatki od magów, smoków i innych stworzeń, o których zwykłoczłek nie ma prawa wiedzieć. Towarzyszą jej Niemiec Jens, wodnik Ślipiak i żaby. Niestety, pewne zlecenie przysparza im więcej problemów, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. W całą sprawę zostaje wmieszana nie tylko warszawska mafia czy wampiry, ale nawet Tajne Służby Magiczne.

Powieść ta jest dowcipna i pełna nawiązań do popkultury, zwłaszcza do amerykańskich filmów o gangsterach. Czyta się tę książkę niezwykle szybko, choć miejscami można odczuć, że autorka miała pewien problem, żeby dalej rozwijać fabułę i przez te fragmenty człowiek może się przemęczyć. Nie zmienia to jednak faktu, że Podatek wypełniony jest specyficznym humorem, epicki bijatykami i nieprzesłodzonym wątkiem miłosnym.

Każdy kto potrzebuje przerwy od poważnych lektur uzna powieść Wójtowicz za świetną odskocznię. Brawa dla autorki za wprowadzenie swoistego luzu do polskiej fantastyki. Polecam, z pełną odpowiedzialnością.

podatek-b-iext8606964

Milena Wójtowicz

Podatek

Wydawnictwo Fabryka Słów, 2009

Liczba stron: 319

Fenomen zagranicznych pisarzy, czyli rozważania o polskim bólu dupy.

Raz na pół dekady zdarza się pisarz, nad którym wszyscy rozpływają się w zachwytach, prześcigają się w komplementach i w kilka miesięcy zyskuje taka osoba status bestsellerowego autora. Gdzie z tym się nie spotkamy? W Polsce. Nasz piękny, nadwiślański kraj gardzi debiutantami własnego łona, ale przyjmuje z radością i bez żadnych uprzedzeń świeżaków z krajów anglojęzycznych.

Taka Trudi Canavan, z całym szacunkiem dla niej, w Polsce dostałaby po tyłku od krytyków, z Sapkowskim i Piekarą na czele, i mogłaby zapomnieć, że jeszcze kiedyś ktoś będzie skłonny wydać jakąś jej książkę. Dlaczego? No bo taka Trylogia Czarnego Maga to książka z gatunku „dupy nie urywa, ale lekko się czyta”. Ale ponieważ Trudi Canavan nie jest Polką, tylko Australijką i dostała kilka nagród za swoje opowiadania (jedno od czasopisma, w którym pracuje, więc o tym wyróżnieniu to bym nawet w swojej biografii nie wspominała w Polsce, bo „to pewnie po znajomości”).

Z roku na rok jesteśmy coraz bardziej w szoku, że polska literatura ma mniej i mniej do zaoferowania, bo pojawiają się w niej ciągle te same nazwiska, a poziom książek nieubłaganie spada. A jak się uchowa jakiś debiutant to i tak nikt o nim nie usłyszy, poza jego rodziną, przyjaciółmi i może jakimś recenzentem, który ma przychylną notateczkę stworzyć na tył okładki, myśląc „a nuż jakiś idiota się nabierze i kupi”.

Z czego wynika traktowanie po macoszemu naszych debiutantów? Z bardzo prostej przyczyny – my Polacy nie potrafimy się cieszyć sukcesem drugiego człowieka. Jak to, mówimy, to ścierwo, ta zakała literatury z Pcimia Dolnego książkę wydaje? I już się nam piana z ust toczy, już nas ściska w środku, bo może komuś udało się pana Boga za nogi złapać.

Pozostaje jeszcze kwestia, że jest tylko kilku polskich autorów, których znają za granicą. Dlaczego? Czy Polska literatura, zwłaszcza fantastyka, jest w czymś gorsza od zagranicznej? Nie wydaje mi się. Może być tak, że polski wydawca niechętnie odsprzeda swoje prawa, żeby Polaczkowi-autorowi się w dupie przypadkiem nie poprzewracało, jak zobaczy wysokość honorariów. Albo tłumacz za drogi, albo nie daj Boże, trzeba się dołożyć do kosztów promocji… w euro, a kurs euro tragiczny przecież. A prawda jest taka, że jeśli by jakiegoś Polaka zaczęto lansować za granicą, to u nas połowa oszalałaby na punkcie jego „talentu”.

Smutny mamy ten kraj. A jaki durny.

Rzeka genów, czyli rozprawa z kreacjonistami

Co mają ze sobą wspólnego świnia, koń i drożdże? Dlaczego pszczoły „tańczą”? Czy jesteśmy potomkami afrykańskiej Ewy? Dlaczego ptaki tak dobrze latają, ryby pływają a małpy skaczą? Dlaczego kochamy życie, kochamy się kochać i kochamy dzieci? Na te i wiele, wiele innych pytań znajdziemy odpowiedzi w niezwykłej książce Richarda Dawkinsa, pt Rzeka genów

Autor odkrywa przed nami odwieczną tajemnicę życia i wyjaśnia najbardziej złożone zjawiska natury. W błyskotliwy i humorystyczny sposób przekazuje wiedzę na temat historii istnienia wszelkich form życia na ziemi oraz przywraca dziecięcą fascynację przyrodą. Jednocześnie nie mogę zgodzić się z zarzutami, jakoby ta książka była „napisana zbyt naukowym językiem”, bądź „mocna przefilozofowana”. Nie jestem ekspertem z zakresu biologii i nie miałam z nią styczności od czasu napisania matury, ale wyjaśnienia autora nie sprawiły mi większych problemów ze zrozumieniem.

Dawkins omawiając darwinowską koncepcję ewolucji nie pozostawia miejsca dla domysłów i w bezkompromisowy sposób rozprawia się z ludźmi, według których tak złożone narządy, jak np. oko, nie mogły rozwinąć się w toku dziejów, lecz musiały zostać stworzone od razu w formie doskonałej przez Deus Creator. Wyjaśniając rozwój mimetyzmu u zwierząt i roślin czy funkcjonowanie ewolucyjnych form przejściowych pokazuje niewiedzę wszystkich, według których:

X musiał powstać według planu Stwórcy, […] bo pół X w ogóle nie mogłoby funkcjonować. Wszystkie części X musiały zostać złożone w jedną całość równocześnie, nie mogły więc stopniowo ewoluować.

Dlatego też nie polecam tej książki ortodoksyjnie wierzącym, ponieważ nie zostawiając miejsca na wątpliwości, będą prawdopodobnie albo negować wszystko, co powiedział autor, albo nieustannie poszukiwać błędów tracąc przy tym wiele istotnych informacji. 

Rzekę genów pochłonęłam niemal „na raz” i wciąż jestem pod jej ogromnym wrażeniem. Jeśli ktoś z was zna podobne publikacje (poza innymi książkami tegoż autora) to bardzo proszę o podzielenie się tytułami.

 

rzeka-genow-b-iext2776223

 

 

 

 

Richard Dawkins
Rzeka genów
tłumaczenie: Marek Jannasz

Wydawnictwo CIS, 2007
Liczba stron: 224

 

 

 

Strach mędrca, czyli o wątpliwej przedsiębiorczości polskich wydawców.

Ile jest takich książek, które w krajach anglojęzycznych bez problemu mieszczą się w jednym tomie, a w Polsce rozwleka się tę biedną powieść na dwie części, z dziwnie urwaną fabułą? Spotkałam się z tym dopiero kilka razy, ale obawiam się, że ten nowy trend wcale nie ma na celu podniesienia wygody czytelnika, a jedynie wyciągnięcie od niego jak największej ilości pieniędzy. Proceder ten być może by się opłacał kilka lat temu, kiedy książkowe piractwo dopiero stawiało w Polsce pierwsze kroki, a o czytniku e-booków myślało się jak o wynalazku szatana, który zabije papierową książkę.

Zrozumiałym jest fakt, że w naszym cudownym kraju każdy chce zarobić jak najwięcej, zwłaszcza wydawcy, ponieważ rynek książki leży i kwiczy, zarzynany przez ignorancję i dziwne adaptacje filmowe, co jednak nie usprawiedliwia czystego skąpstwa, jakim się niektórzy kierują.

Dwie książki zamiast jednej to brak liczenia się z większymi kosztami – projekt dla dwóch okładek, skład dla dwóch książek, czasami osobna korekta (przy założeniu, że chce się dwa tomy wypuścić w jednym czasie), wzrastające koszty promocji i większego ryzyko, że nakład się źle rozejdzie. A wszystko po to, żeby z czytelnika zedrzeć zamiast 40 złotych około 80, z czego i tak większość zjedzą księgarnie narzucając marżę z kosmosu.

Ale miałam zająć się Strachem mędrca, a nie pomstowaniem do nieba. Jest to drugi tom (albo dla tych, którzy zetknęli się z polskim wydaniem, drugi i trzeci tom) Imienia wiatru Patricka Rothfussa. W tej części Kvothe kontynuuje swoją opowieść życia, gdzie zostaje zmuszony opuścić Uniwersytet na jeden semestr. Wyjeżdża on do Severen, gdzie ma pomóc Maerowi  w zdobyciu żony. Ponieważ nasz protagonista pochodzi z rodu Edema Ruh, wędrujących komediantów, bardów i aktorów, bez trudu potrafi wychwalać w sposób niebanalny płeć niewieścią. Niestety, zajęcia Kvothego na dworze wkrótce przybierają zupełnie inną formę, gdy wyrusza wraz z najemnikami na poszukiwanie bandytów, pustoszących ziemie Maera.

Jest to drugi dzień opowieści Reshiego, gdzie śledzenie grabieżców to dopiero sam początek historii. Jak nasz Bezkrwisty wylądował w królestwie Feluriany? Czy uczenie się sztuki walki Ketan okazało się właściwym pomysłem? Nie zdradzę Wam, oczywiście, odpowiedzi na te pytania, ale mogę wyrazić głęboką nadzieję, że trzeci tom, z roboczym tytułem The Doors of Stone, dorówna poprzednim częściom i równie mocno rzuci czytelnika w zagmatwaną fabułę powieści.

Na takie książki z gatunku fantasy czeka się lata, czytując mniej udane wytwory, ale kiedy już się po nie sięgnie… Całe to poszukiwanie i frustrujące oczekiwanie wydają się tylko chwilą.