Zawód: Wiedźma, czyli białoruskie poczucie humoru.

Polowałam na książkę Gromyko dość długo, więc zdążyłam sobie wyobrazić kilkanaście wersji, jak jej treść będzie wyglądać. Czego się spodziewałam (tylko kilka, najbardziej skrajnych wersji):

1. Protagonistki, która będzie kobiecą wersja Geralta z Rivii i jedną ręką położy ziołami/magią każdego, kto tylko krzywo na nią spojrzy.

2. Równie popieprzonej wiedźmy, jakie mi przyszło poznać w ciągu mojego krótkiego życia.

3. Laski z wścieklizną macicy, która będzie palić kościoły za to, co zrobili w Salem.

Co dostałam:

1. Laskę, która jest bardziej nieogarnięta życiowo, niż ja (brawo, to wymaga wysiłku i talentu).

2. Wampiry, które nie błyszczą (i nie mordują na potęgę).

3. Całkowitą ciamajdę (porównywalnie do jednej z moich prowadzących na studiach – kolejne osiągnięcie).

4. Towarzysza wilka, który brzydzi się serem.

5. Epizodyczną dentystkę.

6. Białoruskie poczucie humoru (taka wschodnia wersja Pratchetta w spódnicy).

Wolha tak bardzo przypomina mi moją własną osobę, że aż zgrzytam zębami, kiedy czytam o jej przygodach i zachowaniu wobec innych ludzi. Jest dziamdziarą (tak mnie zawsze nazywał tata, kiedy czegoś nie potrafiłam zrobić), jej włosy mają własne życie, jej koń ma gdzieś, czego ona chce, a jej dalsza przyszłość… Cóż, stoi pod znakiem zapytania.

Zawód: Wiedźma to książka przezabawna, dziwna, nietypowa i chaotyczna. Polecam przeczytać, śmiać się do łez i udawać, że to nie o własną nieporadność chodzi.

Reklamy

Imię wiatru, czyli (nie taki) krótki podręcznik hermetyka.

Wybaczcie nam proszę, że nie pisałyśmy nic od ponad miesiąca, ale zbliża się nerwowy okres na uczelni, który, mamy nadzieję, będzie miał swój finał w postaci dyplomów już w lipcu. Tymczasem zapraszam do lektury.

Imię wiatru prześladowało mnie od jakiegoś roku. Nie muszę mówić, że zanim zdobyłam tę powieść wielokrotnie zgrzytałam zębami, że nie ma jej w bibliotekach, a cena w księgarniach… cóż, o tym lepiej nie mówić, żeby nie psuć sobie humoru. Jak zwykle w takich sytuacjach skończyło się na czytaniu na telefonie, co akurat nie było tak wielką przeszkodą, jak podejrzewałam.

Rudowłosy mężczyzna, którego poznajemy w karczmie „Ostaniec” nosi wiele imion. Kote, Kvothe, Reshi, Bezkrwisty, Hermetyk, Królobójca. Wszystkie z nich mniej lub bardziej odzwierciedlają czyny, jakich dokonał podczas swojego życia. Być może do tej pory byłyby dla nas tajemnicą, gdyby nie Kronikarz, którego Kvothe uratował pewnej nocy przed śmiercią i zaprosił do swojej gospody. Aby w pełni opowiedzieć historię życia naszego bohatera potrzeba pełnych trzech dni.

Gdyby Imię wiatru opowiadało kolejną historię czyjegoś życia raczej odrzuciłabym ją z niejakim znudzeniem. Ale to opowieść nazw, opowieść wiązania ze sobą przedmiotów nawet własną krwią. To historia o tym, jak nauczyć się wypowiadać własne imię z mocą, jak nadać mu prawdziwe znaczenie.

Pewnie wiele osób zna to powiedzenie, że w życiu wystarczy przeczytać tylko dziesięć książek, ale potrzeba przebrnąć najpierw przez tysiące, żeby je odnaleźć. Czytając Imię wiatru czułam się tak, jakbym powoli zbliżała się do tej magicznej dziesiątki. Nie wierzycie? Przeczytajcie sami.