Opowieść podręcznej, czyli „orwellowskie piekło kobiet”

Bardzo bałam się sięgnąć po tę książkę, ponieważ przyczyną mojej antypatii do powieści jest często wściekłość na głównych bohaterów. Miałam tak z Domem Augusty, więc Kot bez głowy od razu mnie ostrzegła, że Opowieść podręcznej może wywołać u mnie te same uczucia… Ale ja tak bardzo chciałam dać Margaret Atwood szansę, żeby jej proza mnie powaliła. I udało się.

Ta recenzja nie będzie euforyczna. Czuję się niezwykle przygnębiona po lekturze Opowieści, bo w niej zapisany jest mój najgorszy koszmar – przymus uległości, który wcale nie wydaje się taki odległy.  Nie chodzi mi tylko o uległość kobiet wobec mężczyzn, ale oto, że ludzka natura już taka jest, że nie ma dla niej większej pokusy, niż kontrolowanie drugiego człowieka bez żadnych konsekwencji.

Tę antyutopię poznajemy oczami Fredy. Nie jest to jednak jej prawdziwe imię. Otrzymała je ona po swoim Komendancie, żeby wiadomym było, do kogo należy. Kobieta ta jest Podręczną, której zadaniem jest urodzenie dziecka Komendantowi i jego żonie. W świecie tym wszystko podlega silnym regulacjom, a jedynym akceptowanym celem seksu jest prokreacja. Kobiety są przydzielane mężczyznom jako nagrody za przysłużenie się państwu. Geje, żydzi czy księża są brutalnie mordowani, a ich okaleczone ciała stanowią stały element „dekoracji” Muru. Dla kobiet nie ma żadnej ucieczki z tej sytuacji. Nawet samobójstwo nie wydaje się możliwe, ponieważ do rąk nie wolno brać im noży, okna nie otwierają się na tyle, żeby można przez nie wyskoczyć, a elementy, na których można by się powiesić są całkowicie usuwane z pokojów.

Podczas opisu rzeczywistości Freda zdaje się stać gdzieś całkiem z boku. Jakby nie dowierzała, że taki kształt świata jest w ogóle możliwy.

Zaczęłam się bać, że coś takiego może się przytrafić nam, Europejkom, bo w krajach muzułmańskich coś takiego prawie ma miejsce, a ekspansja tego wyznania sięga przecież swoimi mackami coraz dalej, ku coraz większym ilościom ludzi.

Reklamy

Histeryjki polonistyczne #1

Wspaniały język polski sprawia trudności nie tylko cudzoziemcom czy też tzw. polonusom, ale przede wszystkim rodzimym użytkownikom naszej mowy. Sama często wpadam w jego pułapki nikczemne, co uważam za jeden z lepszych powodów do śmiechu, ale ponieważ nieco rzeczy słyszałam/przeczytałam, chciałabym przybliżyć czytelnikom tegoż bloga, z czym można się spotkać na krętej drodze życia użytkując polszczyznę. Sytuacje opisują dzieje moje lub moich bliskich.

* Miast zwykłej Antygony w wypracowaniach natknąć się można na Anakondę (kiks ten mi się przytrafił wielokrotnie, gdy Word próbował udowodnić mi swoją wyższość).

* „Mężczyzna był podobny do wiewiórki, tylko sobie nie zdawał z tego sprawy”.

* „Roland umarł pod choinką”.

* „Weź i zabierz”.

* „Jesteście kolektywem grupowym”.

* „Weź mnie w złych ludzi tłumie” (recytacja Romantyczności Mickiewicza).

* „Cząsteczki zderzają się czołowo bokiem”.

* ” Gdy wróciłem na swoją planetę przekonałem się, że wulkan wybił” (wypracowanie pt. „Dalsze losy Małego Księcia”).

* „- Czy test będzie wielokrotnego wyboru? – Tak. Będą odpowiedzi A, B, C, D, a może nawet E i F i będzie można zaznaczyć tylko JEDNĄ odpowiedź.

* „- Dziewczyny wyjebany ciastka! – Nie >>wyjebały<< tylko >>zajebały<<. Nie ten prefiks w derywacie” (żart polonistyczny wysnuty po alkoholu).

Inne takie wpadki są mi znane, ale ich pochodzenie jest bliższe Kotu bez głowy. Mam nadzieję, że ten wpis zmotywuje ją do podzielenia się z Wami potwornymi doświadczeniami z udziałem języka polskiego w roli głównej 😉