Sezon burz, czyli ballada o łamaczu roku.

Na wstępie chciałabym przeprosić, że recenzje pojawiają się niezbyt często, ale niestety magisterka i praktyki same się nie zrobią, więc stąd takie przestoje w publikowaniu.

Nowy wiedźmin ucieszył mnie podwójnie, ponieważ nie dość, że większość fanów Sapkowskiego straciła już nadzieję, że kiedykolwiek światło dzienne ujrzą nowe przygody Geralta z Rivii, to jeszcze dostałam tę książkę na urodziny, więc ominęła mnie nieprzyjemna kwestia zapłaty. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał Sezonu burz i martwi się, że powieść może nie sprostać jego czytelniczym wymaganiom, może spokojnie, na moją odpowiedzialność, książkę kupić.

Akcja Sezonu burz oscyluje gdzieś pomiędzy wydarzeniami z opowiadań a sagą (wydarzenia po sadze możemy zobaczyć w grach komputerowych). Podczas pisania tej recenzji zastanawiałam się, czy w ogóle zarysować Wam fabułę, ale chyba tego nie zrobię, ponieważ nie będę w stanie dobrze oddać wspaniałości tej powieści. Jeśli ktoś mi powie, że Sapkowski napisał kolejną część dla pieniędzy – zgodzę się, zaznaczając jednak, że Sezon burz jest wart każdego grosza, który na siebie zarobi.

Zauważyłam pewną ewolucję w języku Sapkowskiego – wyraźne próby stylizacji wypowiedzi niektórych postaci, co nie zawsze wychodzi, ponieważ do ich słownika trafia zarówno terminologia archaiczna, jak i nowoczesna, co miejscami wywołuje lekki zgrzyt. I tu kończą się mankamenty, jeśli chodzi o treść powieści.

Ale… jeśli idzie o skład książki to nie będę owijać w bawełnę. Pan łamacz, którego nazwiska nie wymienię dla jego własnego dobra, już od strony redakcyjnej sygnalizuje, że: 1) nie zna znaku dwukropka i sądzi, że podwójny odstęp jest dla niego dobrym substytutem 2) składał tę książkę w programie Paint. Sezon burz z typograficznej strony jest brzydki jak noc. Kroje pisma tytułów rozdziałów nijak komponują się z krojem tekstu głównego. Cytaty pojawiające się przed tytułem rozdziału z jakiegoś powodu pojawiają się po lewej stronie kolumny, co powoduje tak wielkie przeładowanie strony, że zęby same zaczynają zgrzytać. A, i jeszcze jedna perełka. Znaki, które dzielą tekst główny dziwnym trafem też się jawią po lewej, w dodatku często na dole strony, gdzie nie występuje już żaden tekst. Słowem: TYPO-KATASTROFA.

Reklamy

Wilcze gniazdo, czyli sarmackie problemy sąsiedzkie.

Polacy zawsze byli skłonni do awantur (zwłaszcza karczemnych), sąsiedzkich niesnasek i uświadamiania innych, jak to bardzo zostali skrzywdzeni przez historię. Są to cechy, które większość z nas nabywa, rodząc się w granicach najjaśniejszej Rzeczpospolitej, ale potem tłumi przynajmniej część z nich. Wilcze gniazdo to jednak inne czasy. Czasy, gdzie te przywary to powód do dumy.

Gedeon Sienieński, główny bohater tej sarmackiej powieści, ma talent do komplikowania sobie życia. Ludzie, którym najczęściej podpada oprócz tego, że są dość wpływowymi obywatelami Ukrainy, to w większości jego… przyszli sąsiedzi – nie trzeba dodawać, że skorzy nie tylko do pijatyki, ale przede wszystkim do bijatyki. Sienieńskiemu zwykłe życie utrudnia jeszcze jeden szczegół – jego nieżyjący już stryj, który narobił sobie wrogów w całej Ukrainie, a zwłaszcza zaś w Jedlinie, czyli majątku, który Gedeon po nim dziedziczy. Nasz szlachcic to jednak uparty człowiek, który nie pozwoli, aby ktokolwiek dyktował mu, co ma robić. Upiera się więc przy pozostaniu w Jedlinie i odbudowania dworu, co nie podoba się dawnym wrogom jego stryja…

To moja pierwsza książka Komudy i przyznam, że jestem zmotywowana do sięgnięcia po następne. Najważniejsze w Wilczym gnieździe jest chyba to, że autor nie słodzi Polakom i nie odprawia drugiej Trylogii Sienkiewicza, bo to byłaby katastrofa. Komuda wypracował bardzo dobry warsztat pisarski, jak na historyka (bez urazy, drodzy badacze dni minionych) i niezmiernie ułatwia swoim językiem wczucie się w sarmacki klimat. Jakiś człowiek z tylnej strony okładkowej powiedział, że gdyby Sienkiewicz tworzył obecnie – pisałby jak Komuda. Nie wydaje mi się. Nie dorównałby autorowi Wilczego gniazda w utrzymywaniu dystansu do własnej narodowości, czego może nauczyć się tylko ktoś, kto naprawdę dobrze zna się na historii i nie patrzy na nią tylko, jak na dziedzictwo, ale jak na proces, który podlega nieustannym zmianom.

Kłamca, czyli ratowanie honoru Lokiego po Avengersach.

Na wstępie muszę przyznać, że do Kłamcy Jakuba Ćwieka podchodziłam kilka razy, ale dopiero pod wpływem audiobooka udało mi się w pełni docenić tę książkę i poznać jej zakończenie.

Loki to nordycki bóg kłamstwa, który na skutek różnych okoliczności postanowił opowiedzieć się po stronie konkurencyjnej wiary – chrześcijaństwa. Rozpoczyna współpracę z aniołami w zamian za ich pióra, które, przynajmniej w moim odczuciu, reprezentują dość znaczną wartość, jednak w całej powieści nie dowiadujemy się, do czego właściwie mogą się przydać  (poza grą w karty, w której pełnią rolę walutę).

Powieść napisana jest dobrze, ale jeśli ktoś, tak jak ja, miał problem z przebrnięciem przez wersję papierową – polecam skorzystanie z audiobooka, a nuż się spodoba. Ogromną zaletą Kłamcy jest niewątpliwie osobowość głównego bohatera, która sprawia, że od razu darzymy go dużą dozą sympatii. Również anioły zyskują bardziej ludzkie cechy charakteru, co może nie jest specjalną nowością w literaturze, ale na pewno książce nie szkodzi a dodaje jej trochę smaczku.

Kto nie czytał, a zachwyca się Avengersami, zostaje przeze mnie zobowiązany do nadrobienia braków. Jeśli tego nie zrobi – zostanie obłożony klątwą zamerykanizowania i przytyje 20 kilo 😉

Chcę jeszcze zakomunikować, że od czasu do czasu będę pisała recenzje dla portalu Efantastyka.pl (do czego zachęcam także Was), więc część moich recenzji będzie można tam znaleźć – na razie tylko Zamek Eymericha, ale mam nadzieję, że redakcji portalu spodoba się mój styl i będzie mnie tam więcej 😉

Pozdrawiam, eM eR.

PS Z tą klątwą to nie żarty 😉

Historia Gestapo, czyli los świata w rękach „panów”

Gestapo, czyli Geheime Staats-Polizei (Tajna Policja Państwowa) — organizacja, która przez dwanaście lat siała terror w całej Europie, stanowiła tylko jedną z wielu podwalin państwa nazistowskiego, jednak w swej złożoności strukturalnej i okrucieństwie działań prześcignęła najgorsze z myśli ludzkich. Jean Delarue przedstawia nam historię narzędzia władzy, które, wypaczone przez osobników pozbawionych wszelkich skrupułów, przestaje służyć narodowi i przechodzi w ręce jednej kasty.

Choć do tej pory powstało wiele pozycji szczegółowo omawiających działalność Gestapo w okresie drugiej wojny światowej, ta niezwykła książka idzie dalej, ukazując nam nazistowski mechanizm rządzenia za pomocą terroru i wyjaśnia w jaki sposób faszystowski reżim doszedł do władzy.

Ludzie, którzy stali u steru tej machiny, przez długi czas byli mało znani. Konieczne wydawało mi się ukazanie ich takimi, jakimi byli naprawdę — z ich ułomnościami i słabostkami, ale i z ich zaletami.

Jacques Delarue

Nie trzeba być fanem historii, by docenić dzieło Jacques’a Delarue’a. Napisane żywym i odczuwającym językiem pozwala nam wniknąć się w ówczesną atmosferę strachu. Nie zabrakło w nim również danych statystycznych uwiarygodniających przedstawianą opowieść. Jednak to, co najbardziej mnie zafascynowało w tej pozycji to piękny obiektywizm, który pozwala wyliczyć krzywdy i zbrodnie, ale nie przenosi odpowiedzialności na cały naród. Obiektywizm, który każe wybaczyć, ale nie pozwala zapomnieć.

Wydarzenia, które zniszczyły Niemcy […] mogły stać się udziałem każdego narodu. Z wolna zapominamy o przypadku Niemiec. Jeśli zawiedzie nas pamięć, jeżeli zaistnieją sprzyjające okoliczności, nadejdą niespokojne czasy, kiedy brak solidnych zapór na to pozwoli, znów może nas ogarnąć ta krwawa zaraza. Kto wówczas stanie się ofiarą?

Jacques Delarue

historia_gestapo

Jacques Delarue „Historia Gestapo”

przeł. Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak