Opowieść dla przyjaciela, czyli kolejny argument, by nie czytać biografii pisarzy

Nie, nie zgadzam się, nie mogę i nie chcę zgodzić się na sposób życia, jakiemu hołduje jedna z najbardziej poczytnych polskich poetek. Wiem, los ją skrzywdził i nie powinno tak być. Śmierć powinna przychodzić na paluszkach i zabierać po przeżyciu najlepszych chwil. Jednak nawet długotrwała choroba nie powinna dawać przyzwolenia dla egocentryzmu i niezmiernego samouwielbienia.

Kochała życie, ceniła siebie, swój talent, urodę, kochanków. Wiedziała lub czuła, jakim szczęściem jest dla niej matka. Była dostatecznie pyszna, by przyznać, że jej życie było ucztą. Ale równocześnie potrafiła spojrzeć na siebie jakby z drugiego brzegu i zastrzec, iż wielkie poczucie bogactwa i szczęścia wcale nie musiało być prawdą. Mogło być tylko możliwością, prawdopodobieństwem.

Grażyna Borkowska

Kochała życie — nie szanując zdrowia i lekkomyślnie pogłębiając swoją chorobę.

Ceniła siebie — i tylko siebie.

Była dostatecznie pyszna, by przyznać, że jej życie było ucztą — ucztą sponsorowaną przez innych, którzy powinni jedynie dawać i więcej nie ingerować.

Od lat jestem fanką poezji H. Poświatowskiej, niniejszej pozycji poszukiwałam od kilku, jeśli nie kilkunastu miesięcy, niestety, nie spełniła ona oczekiwań, jakich nabawiłam się po przeczytaniu kilku cytatów. Opowieść dla przyjaciela jest literackim pamiętnikiem napisanym pięknym, namiętnym i kształtnym językiem, lecz jeśli określa się ją „autobiograficzną opowieścią”, to główna bohaterka jest odpychającą kobietą, z którą nie chciałabym mieć do czynienia.

Szczerze zachęcam do lektury niniejszej pozycji i podzielenia się swoimi spostrzeżeniami, ponieważ wydaje mi się, że jestem odosobniona w swojej opinii (na podstawie przeczytanych opinii na portalu lubimyczytać.pl)

Reklamy

Pokuta, czyli jak wiara wpływa na literaturę.

Przyznaję otwarcie, że Anne Rice jest jedną z moich ulubionych amerykańskich pisarek. Jako licealistka pochłonęłam jej Kroniki wampirów i z wielkim żalem w sercu wyznaję, że po tym cyklu żadna z jej książek nie zaskarbiła sobie mojej sympatii czy uznania. Nie liczę też na to, że Rice wróci do wampirzych opowiadań, ponieważ sama stwierdziła, że będzie pisać „tylko na chwałę Boga”. Z jej wiarą wiąże się masa perypetii, o których jednak nie chcę pisać.

Pokuta średnio się Rice udała. Osoba redagująca tekst z tyłu okładki mocno się zagalopowała nazywając tę powieść hipnotyzującym thrillerem. Dlaczego? Bo nie jest ani jednym, ani tym bardziej drugim. Czytając tę książkę miałam wrażenie, że jest ona – co dla Rice wręcz nienaturalne – napisana bardzo pobieżnie. Mierził mnie także główny bohater, Toby O’Dare, płatny zabójca, który miał zapędy, ażeby zostać duchownym. Przez większość książki poznajemy jego życie, zanim został mordercą, ale także kilka trików, jak nie dać się rozpoznać, kiedy już kogoś jednak zabijemy. Dopiero pod koniec książki przenosimy się do trzynastowiecznej Anglii, która jest opisana bardziej, niż słabo. Frustruje to jeszcze bardziej, bo znam możliwości literackie Rice, które nie są przeciętne i które bez problemu mogłyby chociażby tym opisem podnieść wartość książki.

Toby O’Dare, zwany dalej Luckym Szczwanym Lisem, jest przezroczysty, miejscami wręcz zabawny w niezwykle smutny sposób. A, zapomniałam dodać… Rozpoczyna współpracę z aniołem – Malachiaszem, który wykorzystuje jego talenty w zbożnym celu.

Widzę w głównym bohaterze nieco samej Rice, która też swój talent pisarski postanawia wykorzystać na chwałę Pana, ale tak szczerze… Nie wiem, czy Bóg miałby coś przeciw powstawaniu dobrej literatury, zwłaszcza, jeśli w jej miejsce powstaje… wymuszona.