Dziwny przypadek Adolfa H.

Jedna z lepszych książek, jakie dane mi było przeczytać w całej mojej karierze polonistycznej. E. Schmitt, z właściwą sobie elegancją, przedstawia postać bestialskiego wodza III Rzeszy. Niemal schizofreniczna kreacja Führera zmusza nas do zastanowienia się nad genezą zła w człowieku.

Jak potoczyłyby się losy świata, gdyby nastoletni Adolf dostał się na Akademię Sztuk Pięknych? Czy w każdym z nas żyje bestia, która w końcu musi się uwolnić? A może zło jest składową ogromnej liczby zmiennych? Nie sposób odpowiedzieć na te pytania, lecz warto przeczytać powieść, by móc spojrzeć na jednego z największych zbrodniarzy dużo łaskawszym okiem, a może nawet mu współczuć?

„Pisanie tej książki dużo mnie nauczyło – pisze w posłowiu sam autor. – Dopóki nie rozpoznamy, że łajdak i zbrodniarz kryją się w głębi nas samych, będziemy żyć w pobożnym kłamstwie. Kim jest łajdak? Kimś, kto w swoich oczach nigdy się nie myli. Kim jest zbrodniarz? Kimś, kogo czyny lekceważą istnienie innych. W sposób nieuchronny te dwie siły ciążenia istnieją we mnie, mogę im ulec”

Reklamy

Odrodzona Susan Sontag

„Ta, od której próbuję uciec w towarzystwo innych ludzi. Ta leniwa. Ta, która śpi, a jak się zbudzi jest ciągle głodna. Ta, która nie lubi się kąpać ani pływać i nie umie tańczyć. Ta, która chodzi do kina. Ta, która obgryza paznokcie. Mówcie na nią Sue”. Tak, w jednym ze swych wpisów, charakteryzuje siebie Susan Sontag, amerykańska pisarka, reżyserka i krytyczka społeczna.

Kochająca i porzucana, matka, żona i kochanka, intelektualnie dojrzała i dziecięco naiwna, wulgarna i pokorna. Taka S.S. rodzi się na naszych oczach. Dzienniki Sontag wznoszą się ponad chronologiczny zapis epizodów życia; przepełnione refleksjami, recenzjami książek i filmów, uwagami na temat ówczesnego życia społecznego, ulubionymi cytatami, listami książek do przeczytania  — stają się swoistym strumieniem świadomości, który autorka traktuje jako „spłacanie długu pamięci”. Wraz z S.S. przeżywamy młodzieńcze zauroczenia, konflikty z matką, pierwsze homoseksualne kontakty, czy trudności związane z macierzyństwem.

Nie jestem entuzjastką tego typu literatury, staram się nie wkraczać na teren prywatny pisarzy, ponieważ jest to dla mnie, w pewnym sensie, obdzieranie ich dorobku z magicznej zasłony. Kiedy autor zostaje uczłowieczony, jego historie stają się wymysłem intelektu. Bezosobowość literatury jest mi potrzebna do przeżywania, do naiwnego wyobrażenia „poety natchnionego”, którego trans zostaje brutalnie przerwany wraz z nadaniem mu twarzy, a on sam staje się rzemieślnikiem, marionetką żonglującą słowami.

Do tej pory udało mi się przeczytać jedynie kilka biografii, lecz ta pozycja jest dla mnie wyjątkowa. Nieczęsto zdarza mi się przeżywać wraz z podmiotem, a w tym przypadku co drugą stronę śmiałam się do łez, bądź popadałam w głęboką depresję (i również płakałam). A zważywszy na to, że lektura zajęła mi kilka dni, wciąż jestem emocjonalnie rozhuśtana.

Jest to pierwszy z trzech planowanych tomów dzienników, obejmujący lata 1947-63. Z wypiekami na twarzy oczekuję kolejnych tytułów.

Kotbezgłowy

Sontag-Odrodzona

Kot bez głowy, czyli o nowej sile napędowej tego bloga.

W związku z nadchodzącym czasem wytężonej pracy na Uniwersytecie Pogardy postanowiłam połączyć siły z najważniejszym bibliofilem mojego życia. Dlatego też od dzisiaj ten blog staje się tworem wspólnym, więc z przyjemnością przedstawiam Wam panią Kot bez głowy, która to będzie publikować swoje książkowe przemyślenia, zaopiekuje się oprawą graficzną, a także będzie czuwać nad tym, żeby przytemperować mój głos krytyczny na temat jakiegoś dzieła literackiego własnym głosem.

Niedługo aktualizacja strony „O mnie”, gdzie będziecie mieli okazję dowiedzieć się nieco o nowej współautorce tego bloga.

Pozdrawiam, eM eR.

Złodziejka książek, czyli o kradzieży, którą zaaprobuje każdy czytelnik.

Nie byłam przekonana do tej książki, ponieważ porusza niezbyt lubianą przeze mnie tematykę wojny i przyznaję się bez bicia, że do jej przeczytania zostałam troszkę przymuszona. Efekt jest jednak taki, że było mi wstyd, że nie sięgnęłam po nią wcześniej.

Przeddzień wybuchu II wojny światowej. Poznajemy Liesel Meminger, która podróżuje pociągiem wraz z matką i bratem. Jej rodzicielka postanowiła oddać dzieci rodzinie zastępczej, tłumacząc, że tak będzie lepiej. Brat głównej bohaterki niestety nie przeżywa podróży pociągiem, tak więc w zupełnie obcym domu Liesel zostaje całkiem sama. Jej przybrana matka – Rosa Hubermann – gdyby żyła obecnie, zostałaby wielokrotnie oskarżona przez Rzecznika Praw Dziecka i trafiła do więzienia na długie lata. Za to jej przybrany ojciec, o typowo niemieckim imieniu Hans, podbił swoim sposobem życia moje serce.

Największą zaletą tej książki jest jej narrator – Śmierć. Uprzedza on często wydarzenia, które mają dopiero nastąpić, szeroko je komentując. Upodobał sobie Liesel i śledzi jej wszystkie poczynania. Wydaje się, że nawet ją lubi, jeśli śmierć może kogoś obdarzyć uczuciem.

To wspaniała historia, która uczy człowieka na nowo szacunku do umiejętności czytania i słowa pisanego, a także pokazuje mentalność niemiecką z trochę innej strony. Hans Hubermann nie popierał Hitlera i ukrywał Maksa Vandenburga, Żyda, podczas wojny. Niemniej miejscowość, w której żyją Hubermannowie często przecinana jest marszami Żydów do obozu w Dachau, podczas których niemieccy żołnierze nie szczędzą zsyłanym okrucieństwa.

Jeśli jeszcze nie czytałeś tej książki, nie rozumiem, dlaczego jeszcze nie biegniesz do biblioteki/księgarni po nią. No, już! Bo ktoś inny sprzątnie Ci ją sprzed nosa!

Literatura zagłady, czyli jak sprawić, żeby młody człowiek nigdy więcej nie chciał czytać o Holokauście.

Mam taką przypadłość, że jeśli książka porusza nawet w najmniejszym stopniu tematykę Holokaustu czy drugiej wojny światowej od razu negatywnie się do niej nastawiam. Dlaczego? No cóż, jeśli ktoś mi powie, że po tylu przeczytanych lekturach w liceum dotyczących literatury zagłady, nie miał chociaż momentu, że czuł nudności na myśl o książkach tego typu, to po prostu nie uwierzę. Dla mnie to był czas, kiedy powiedziałam stanowczo, że już nie będę czytać Borowskiego, Grudzińskiego, Różewicza i innych. Dlaczego? Bo powtarzanie w kółko tego tematu nie sprawi, że zło zostanie naprawione.

Od razu chcę zaznaczyć, że w moich przemyśleniach nie padnie zdanie „ta literatura jest kompletnie niepotrzebna w liście lektur szkolnych”. Oczywiście, że jest potrzebna, bo to nasza pamięć, tożsamość i przestroga przed podobnymi sytuacjami. Mam tylko jeden warunek. Nie może być jej na taką skalę, nie „hurtowo”, bo zamiast pamiętać, uczymy się znieczulenia. Medaliony czy Zdążyć przed Panem Bogiem kiedyś wywoływały u mnie łzy żalu, złości i poczucia niesprawiedliwości. Dzisiaj, oprócz tego, że znam ich treść na pamięć, wywołują u mnie głębokie westchnienie, bynajmniej nie z powodu wzruszenia. Co mi zrobił system szkolnictwa polskiego? Sprawił, że już nie chcę słyszeć o Holokauście, o drugiej wojnie światowej, o tym jak komuś było w obozie albo jak teraz żyje z „piętnem ocalonego”. Nie chcę o tym słyszeć, bo przez całą szkołę mówi nam się o niesprawiedliwości, jaka spotkała Polskę i tych ludzi, a nie pozwala nam się spojrzeć do przodu. Ciągłe oglądanie się za siebie, ciągle powtarzanie, że nie wolno do tego ponownie dopuścić, wycieczki do obozu Auschwitz i Birkenau w gimnazjum…

Nie znieczulajmy młodych umysłów poprzez bombardowanie ich okrucieństwami historii w sposób hurtowy, powielany i jednostronny. Tę literaturę należy czytać, dyskutować na jej temat, ale nie podręcznikowo omawiać, bo w przeciwieństwie do innych dzieł literackich, to nie była fikcja, więc nie zasługuje na to, żeby ją jak wymysł traktować.

Z muzeum w Oświęcimiu pamiętam tylko jedno. Salę wypełnioną tonami obciętych włosów i przenikliwy smród, który tam panował. To był zapach śmierci.

Życie Pi, czyli jak przeżyć na morzu siedem miesięcy w towarzystwie tygrysa.

Przyznam szczerze, że spodziewałam się trochę więcej po tej książce, aczkolwiek, jak wiele powieści, status powszechnie rozpoznawanej zyskała sobie dopiero po swojej ekranizacji, co powinno mnie skłonić do większej ostrożności i nieco mniejszego entuzjazmu podczas sięgania po to dziecko Martela.

Książka podzielona jest na trzy części, z których każda przedstawia wydarzenia z życia tytułowej postaci. Pierwsza część to opowieść młodzieńczych lat Pi, które spędza w Indiach, pomagając w ogrodzie zoologicznym swojego ojca. Przedstawia fantastyczną perspektywę, dlaczego zoo, odpowiednio prowadzone, jest świetnym miejscem dla zwierząt. Druga dotyczy siedmiu miesięcy na morzu w towarzystwie tygrysa bengalskiego – Richarda Parkera i opisuje przede wszystkim monotonię, głód, pragnienie i kilka sposób na zdominowanie dzikiego zwierzęcia. Trzecia część to historia ocalenia, a także alternatywna historia, nieco bardziej prawdopodobna, jednak opowiadana z dużą ilością sarkazmu.

Czy warto przeczytać tę książkę? Tak. Dzięki niej na pewno nauczysz się, jak radzić sobie na środku oceanu. Niestety, kocham powieści trzymające w napięciu, ściskające za gardło, sprawiające, że masz ochotę tłuc się lekturą po głowie, powtarzając: „Niemożliwe!”, a Życie Pi jest dla mnie… – z całym szacunkiem dla autora – trochę nudnawe. Niemniej, czytelnika wymagającego trochę mniejszych wrażeń powieść ta z pewnością usatysfakcjonuje. Ja czuję niedosyt, bo autor na samym początku psuje nam przyjemność, podkreślając w narracji, że główny bohater ocaleje. Po mojemu – kiepska inwestycja, która upoważnia czytelnika do nieprzywiązywania pełnej uwagi do treści.

Fabryka os, czyli jak zbić czytelnika z pantałyku.

Pierwszy raz czuję się tak zbita z tropu po przeczytaniu książki. Nie mam pojęcia, jak się ustosunkować zarówno do tej powieści, jak i do samego autora (i tego, co ten facet miał w głowie).

Fabryka os jest w moim odczuciu przede wszystkim brutalna i obrzydliwa, ale nie można przestać jej czytać, bo cały czas zastanawiasz się, skąd ta książka wzięła się na liście BBC i dlaczego ktoś powiedział, że czyta się ją, jak arcydzieło. Jedyne, co mi się w tej książce spodobało to zaskakujące zakończenie. Niestety, całokształt powieści pozostawił w mojej głowie charakterystyczny niesmak, którego jeszcze długo nie będę mogła przeboleć, więc nie wiem, czy warto poświęcać swój czas na Fabrykę os, żeby tylko na końcu się zdziwić.

Tytułowa Fabryka jest kluczowym elementem w tej książce, chociaż jej prawdziwy sens poznajemy dopiero na końcu. Sam zamysł był dobry, ale nie odkrywczy. Okrucieństwo, które ma w sobie ta powieść było prostackie, płytkie i całkowicie nieuzasadnione. Zdaję sobie sprawę, jaki problem chciał przedstawić Banks, ale widzę też, jak nieudolnie mu to wyszło. Bardzo chciałabym się nie zgodzić z opinią Timesa, że „to zwykła szmira”, bo naśmiewam się często z wpływu autorytetów na sprzedaż książki, ale tym razem mieli rację.

Fabryka os mnie nie zachwyca. Ale jeśli ktoś uważa inaczej, chętnie z nim podyskutuję, bo może pokaże mi jakieś wartości tej książki, których nie zauważyłam przez emanującą z niej makabrę.