Igrzyska śmierci, czyli jak odzyskałam wiarę w bestsellery.

Sięgając po jakikolwiek bestseller często czuję się tak, jakbym wstępowała na dość grząski grunt. Z jednej strony nie wolno kwestionować wyboru i gustu całej masy czytelników, ale z drugiej strony nie należy się oszukiwać, że słaba książka wcale taka nie jest. W przypadku Igrzysk śmierci nie obawiałam się, że mogę się rozczarować, ponieważ za wydanie tej książki odpowiada w Polsce wydawnictwo Media Rodzina, a mają oni nosa do świetnych powieści dla młodzieży (seria o Harrym Potterze). Nie spodziewałam się jednak, że będę Igrzyskami aż tak zauroczona.

Cała książka jest świetnie skonstruowana, konsekwentna, miejscami jednak bywa zbyt przekoloryzowana (ale to chyba jej jedyna wada, która występuje w większości współczesnych utworów). Podoba mi się w niej to, że ma w sobie elementy orwellowskiej wizji przyszłości – totalitarnego państwa Panem, ze stolicą w Kapitolu, o którego potrzeby dbają mieszkańcy uciskanych dystryktów. Główna bohaterka, Katniss Everdeen, utrzymuje swoją rodzinę z nielegalnych polowań i zbieractwa roślin. Mieszka w ostatnim, 12 dystrykcie, w którym Strażnicy Pokoju (rodzaj policji politycznej) utrzymują niezbyt wielką dyscyplinę, ponieważ sami chętnie korzystają z nielegalnych zasobów.

Co roku życie mieszkańców każdego dystryktu jest zakłócane Głodowymi Igrzyskami (widowiskiem organizowanym, aby przypomnieć o wojnie domowej), polegające na tym, że z pośród chłopców i dziewczyn w wieku 12-18 lat losowani są trybuci (gladiatorzy), mający walczyć ze sobą na śmierć. Zwycięzcę czeka świetlana przyszłość w bogatej dzielni, dożywotnie zwolnienie z Igrzysk i opływanie w bogactwa. Podczas losowania, kiedy Katniss słyszy imię swojej siostry, postanawia zgłosić się zamiast niej i walczyć na arenie wraz innymi trybutami…

Od tego momentu książka trzyma czytelnika w bezlitosnym napięciu. Dzięki autorce postanowiłam dać szansę gatunkowi science-fiction, za którym jakoś nigdy nie przepadałam. Każdemu, kto szuka książki gotowej dorównać Harry’emu Potterowi z pełną odpowiedzialnością mogę polecić Igrzyska śmierci. Nic więcej nie mam do dodania.

eM eR

Reklamy

Rzecz o kryminałach, czyli poszukiwania książki doskonałej.

Kryminały to dość specyficzny gatunek książek, który definiuję jednym słowem – jednorazowość, ponieważ nie spotkałam się jeszcze z kryminałem, z którego czerpałabym radość podczas ponownej lektury. Z tego też względu nie kupuję pozycji z tego gatunku. Posiadam dwie, z czego jedną dostałam od portalu Biblionetka.pl za niezbyt pochlebną recenzję książki Szczepańskiego. I to by było tyle, jeśli chodzi o mój szalony, kryminalny dobytek.

Mam jeszcze jedną cechę, która dyskwalifikuje mnie jako porządnego czytelnika literatury detektywistycznej – fatalnie obstawiam morderców. Chyba nigdy nie udało mi się zgadnąć, kto zabija/kradnie/gwałci/wsuwa liściki pod drzwi i przyznaję, że to dla mnie niezwykle frustrujące. Mimo tych wątpliwych czytelniczych predyspozycji, literatura kryminalna czytana jest przeze mnie w podobnych ilościach, co fantastyka. Czyli znacznych.

Niestety, nikt mnie nie przekona, że poza bibliotekami ktokolwiek powinien literaturę kryminalną kupować, no chyba, że znajdzie mi tak genialną książkę, że odszczekam to, co teraz napisałam. Czytałam Agathę Christie, Conan Doyle’a, Mankella, Larsona, jedną książkę Wrońskiego (i na tym pozostanie) i zaczynam przygodę z Krajewskim, ale na razie żadna z przeczytanych przeze mnie lektur nie wywalczyła sobie prawa do znalezienia się na mojej półce obok innych zakupionych książek. Czekam zatem na wasze propozycje. I obiecuję odszczekać swoją tezę o jednorazowości i kupowaniu kryminałów, jeśli tylko dacie mi dzieło literatury kryminalnej, które powali mnie na kolana i sprawi, że  z radości eksploduje mi mózg.

eM eR.

Trucicielka, czyli jak autor stawał się swoją postacią literacką.

Trucicielka i inne opowiadania to cztery opowieści, w których największą uwagę autor skupia na tych ciemnych uczuciach, które każdy człowiek w sobie nosi. Tytułowe opowiadanie opowiada o starszej kobiecie, podejrzewanej o otrucie swoich trzech mężów. Jej postawa niesłusznie oskarżonej ofiary zmienia się, gdy do ich parafii trafia młody i niewinny proboszcz. Marie zaczyna darzyć go intensywnym uczuciem i marzy, żeby zajmował się tylko nią. Postanawia przyznać się przed księdzem do zarzucanych jej zbrodni. Nie robi tego jednak z powodu skruchy, ale dlatego, żeby zajmować całą uwagę proboszcza…

To tylko jedna z czterech historii, które daje nam Schmitt. Dla mnie najistotniejszą rzeczą w tej książce był jednak dziennik pisarza, zawarty na końcu. Opowiada on, jak historie powoli kiełkują w jego umyśle, jak przejmuje on cechy swoich bohaterów, stając się nagle opryskliwym i ponurym mężczyzną. Zamiast przypraw w kuchni widzi fiolki z trucizną, a kiedy nikomu do posiłku nie dodaje nic zabójczego, jest tym faktem prawdziwie rozczarowany. Kiedy pisałam, czasami przejmowałam niepokój czy myśli tworzonych przeze mnie postaci, więc wiem, z czym zmagał się autor podczas twórczego procesu.

Niektóre książki mają tę niesamowitą siłę, że oprócz przenoszenia nas w świat przedstawiony, potrafią na dodatek wlać w nas niektóre cechy bohaterów. Nie zawsze są to cechy pożądane, ale im lepiej autorowi wychodzi takie spajanie czytelnika z postaciami, tym większa przyjemność z czytania, chociaż czasem trudno się z tych emocji i wrażeń otrząsnąć. Czy Trucicielka to taka książka? Jak najbardziej. Ale tak na wszelki wypadek – nie polecajcie jej swoim wrogom, jeśli… życie wam miłe 😉

eM eR

Księga Cmentarna, czyli optymistycznie o śmierci.

Jak pisałam kilka postów wcześniej, moja przygoda z Gaimanem zaczęła się właśnie od Księgi Cmentarnej  i szczerze przyznaję, że jak do tej pory jest to powieść, która najbardziej mi się spodobała.

Nie często udaje mi się wytłumaczyć, na czym polega fenomen danej książki, ale w tym przypadku nie mam wątpliwości, że chodzi o samą istotę śmierci, która zawsze kojarzy nam się z czymś smutnym i przerażającym. Księga Cmentarna serwuje nam zaś coś zupełnie odwrotnego – pokazuje, że zawieszenie między światem żywych i umarłych w osobie Nikta Owensa, wcale nie musi być okropnym doświadczeniem, ale powodem, żeby na śmierć spojrzeć inaczej.

Nikt Owens jest takim samym chłopcem, jak każdy – z paroma małymi wyjątkami. Zamiast w domu, mieszka na cmentarzu, uczy się trochę bardziej pożyteczniejszych rzeczy, niż przeciętne dzieci (Strachu, Znikania i Wędrówki w snach), a także ukrywa się przed tajemniczym mordercą o imieniu Jack.

Sytuacja, w jakiej znalazł się Nikt Owens złamałaby niejednego twardziela – w jedną noc stracił całą swoją rodzinę, musi pozostać na cmentarzu, żeby nie paść ofiarą morderstwa, a na dodatek nie ma tam nikogo, kto zrozumiałby jego naturę całkowicie, ponieważ nie jest on martwy, ale dla potrzeb poruszania się po swoim nowym domu, także daleko mu do bycia w pełni żywym. Powieść jednak nie traktuje o płonącej w małych trzewiach Nika żądzy zemsty ani o tym, jak bardzo mały cierpi. Opowiada o tym, jak można odnaleźć się w całkowicie absurdalnej sytuacji i wynieść z niej korzyści.

Z tego chłopca powinna brać przykład większość ludzi, bo nie ogląda się on za siebie, nie zatruwa własnych myśli negatywnymi emocjami i nie rozpamiętuje. Akceptuje wszystko takim, jakie naprawdę jest, niczego nie analizując. To jest największa przewaga tej książki nad innymi – bohater, któremu tak łatwo przychodzi coś, czego zwykłemu człowiekowi trudno jest się nauczyć nawet po kilkudziesięciu latach życia.

Biegnąca z wilkami, czyli jak kobieta powraca do prawdziwej siebie.

Biegnąca z wilkami jest książką Clarissy Pinkoli Estes, dyplomowanej psychoanalityczki szkoły Junga. Nie jest to jednak poradnik, jak powinna żyć kobieta, co wolno jej robić, a czego nie. Nie przypuszczam, żeby fanki książki Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne idą tam gdzie chcą znalazły w niej coś dla siebie, ponieważ jest to długa opowieść, złożona z kilkunastu baśni, którą snuje autorka, powoli docierając do naszych myśli. Kobieta sama czuje, jak powinna postępować, chociaż nikt jej nie każe. Pokazuje jedynie jak ważne są dla nas pewne aspekty życia i dlaczego nie powinnyśmy o nich zapominać.

Była tam anegdota na temat kobiety, która całe życie marzyła, żeby mieszkać w wielkim mieście, chodzić w pięknych sukniach, wielkich kapeluszach. Niestety, poznała swojego męża, który zabrał ją na swoją farmę. Tam urodziła mu dzieci, straciła swoją młodzieńczą energię na pracy w polu. Jednak pewnego dnia wyszorowała podłogę w kuchni, ubrała piękną suknię i strzeliła sobie w głowę. Biegnąca z wilkami to przestroga przed tym, żeby nie stać się zbyt miłą dziewczynką, która nie ma nic do powiedzenia, która rezygnuje z siebie dla innych, a potem kończy jak bohaterka opowieści powyżej. Nie wytrzymuje goryczy, która ją przepełnia, a na zatruwanie którą godziła się całe życie.

Ta książka to dialog z naszą duszą. Czyta się ją ciężko, choć nie jest napisana trudnym językiem. A jeśli nie zapomni się przesłania chociaż połowy z opowieści w niej zawartych, można się z zmienić w Dziką Kobietę. Ale nie miejcie złudzeń, że społeczeństwo nie będzie próbowało was poskromić. To jego przykre zadanie.

Dom dzienny, dom nocny, czyli zapis moich młodzieńczych wspomnień.

Każdy ma taką książkę, która oprócz zapisanych w niej słów, przechowuje także nasze własne wspomnienia. Wnikają one w strony i noszą ten specyficzny zapach, ten nastrój – trochę słodko-gorzki, za którym jednocześnie się tęskni a do którego ma się nadzieję nigdy nie wrócić. Z każdym słowem wraca coraz wyraźniejszy obraz tego, jak wtedy było i jak się wtedy czuło. Dla mnie taką książką na zawsze pozostanie Dom dzienny, dom nocny. To zapis mojej pierwszej miłości, jeszcze naiwnej i niezwykle intensywnej, choć treść tej powieści nie ma z takimi uczuciami wiele wspólnego.

Książka Tokarczuk nauczyła mnie, że włosy przechowują wspomnienia i dlatego noszenie peruki wymaga niezwykłej siły. Z tego samego powodu nie wolno w niej spać – żeby nie śnić cudzych snów. Jeśli o czymś bardzo chcesz zapomnieć – zetnij włosy. Czasem tylko to jest w stanie mnie uratować przed czystym szaleństwem, często później myślałam.

Podobało mi się, że ta książka nigdy nie stawia ani sobie, ani tym bardziej czytelnikowi żadnych granic. Opowiada o czarnym ptaszysku, które trawi umysł człowieka, o zapachu śmierci i nawet o świętej, która została ocalona przed małżeństwem dzięki twarzy Chrystusa, po tym, jak zastąpiła jej własną. I oczywiście słynny przepis na tort z muchomora czerwonego.

Nie chcę Domu dziennego, domu nocnego zasypywać banałami, bo byłaby to zbrodnia nie tylko na samej książce, ale przede wszystkim na moich wspomnieniach i wrażeniach, które bledną za każdym razem, kiedy po nią sięgam. Uczucie, które teraz mi doskwiera, kiedy wracam do tej powieści, do tych wspomnień jest dla mnie najbardziej precyzyjną definicją nostalgii.

Słownik polsko-japoński, czyli moje rozważania na temat ostatniego zakupu.

Nie od dziś wiadomo, że kupno słownika to rodzaj loterii, w której albo uda ci się zdobyć naprawdę przydatne narzędzie do nauki obcego języka, albo wydasz pieniądze na marne. Wydaje mi się, że w tym przypadku wyszłam w tej sytuacji nie najgorzej, chociaż pokutuje pewna opinia, przynajmniej jeśli idzie o język japoński, że lepiej kupić sobie słownik angielsko-japoński, bo obszerniejszy, a do tego najczęściej będzie też japońsko-angielski. Nie wydawało mi się to takim złym wyjściem, bo angielski znam całkiem nieźle, ale postanowiłam przychylić się do wydawnictwa rodzimego i oto, co uzyskałam:

1) 12 000 haseł polskich i 32 000 ekwiwalentów japońskich. Nieźle, ale mogło być lepiej.

2) Mała objętość i stosunkowo niewielka waga, więc w podróż idealnie się nadaje.

3) Tablice hiragany, katakany i ich tablice jotowania.

4) Hasła zapisywane romanji, hiraganą/katakaną i kanji.

5) Informacja o przymiotnikach typu -na.

6) Treściwe informacje na początku słownika o nim samym, języku i piśmie.

7) Słownik napisała pani Ewa Krassowska-Mackiewicz, absolwentka japonistyki na UW.

8) Niestety, brak strony japońsko-polskiej, która czasem bardziej się przydaje, zwłaszcza w podróży.

9) Schludnie złożony, łatwo się w tym słowniku odnaleźć, nie dostaje się oczopląsu.

Ogólnie polecam tym, którzy nie wybierają się w najbliższym czasie w podróż do Japonii, ale chcą uczyć się dla ugruntowania własnej wiedzy/egzaminu JLPT. Osobom znającym angielski polecam słownik zkanji, jest darmowy i do ściągnięcia na dysk twardy. Zaś zwolennikom smartfonów aplikację Obenkyo, do ściągnięcia ze sklepu Google Play, również za darmo. Aplikacja ta jest o tyle fajna, że oprócz zwykłego słownika, posiada również testy z gramatyki i rozpoznawania japońskich znaków.