Morfina, czyli moje żołądkowe perturbacje.

Wiem, że recenzja, którą mam zamiar napisać nie spodoba się wielu osobom, bo Morfina pana Twardocha została nagrodzona Paszportem Polityki i jest nominowana do Nagrody Nike, ale nic nie mogę na to poradzić, że ta książka mnie wykończyła. I nie dlatego, że porusza trudną tematykę, tylko dlatego, że mi się nie podoba, że budzi we mnie odruch tak wielce wymiotny, że kiedy widzę kogoś czytającego Morfinę z wypiekami to robi mi się go żal. Bo nie wiem, czy czyta ją dlatego, że mu się podoba, czy dlatego, że Twardoch tu, Twardoch tam i Twardoch w mojej lodówce, no to trzeba Twardocha przeczytać.

Dochodzi ósma. Skręcam e-papierosa i zastanawiam się, skąd nam się wziął kult drugiej wojny światowej i to, że każda książka poruszająca tę tematykę od razu dostaje fory. Konstanty, Kosteczek, Kostuś Willemann. I jeszcze ten cudowny podtytuł, jak hasło rodem z zapowiedzi filmu mafijnego lat dwudziestych – kobiety, narkotyki i zdrada.

Jedenasta. Zrobiłam tzatzyki i uwięziona w domu przez zapowiedziane przyjście pana inkasenta, czekam, aż mnie oświeci fenomen tej książki. Zgwałcona Warszawa? Morfinista-antybohater, który ma problemy z tożsamością narodową, który wyśmiewa się z patriotycznych haseł, który jest całkiem zdominowany przez kobiety? Okej, w porządku. To mogło być dobre, jeśli odpowiednio napisane, ale mi się krew wylewała z oczu. Poza tym wyśmiewanie się z patriotyzmu dobrze wychodziło Gombrowiczowi, ale on swoim nazwiskiem, swoim czasem historycznym się pod tym podpisywał i umiał wyłuszczyć, gdzie nasza polskość kuleje.

Jest jednak coś interesującego w tej książce – opowieść na dwa głosy. Jeden z nich to nasz Kosteczek, nasz mądry i przebiegły Kostuś, który pieniądze oszczędzał i teraz może nawet czekoladę dla swojego synka kupić w tym niespokojnym czasie. Drugi głos, zdaje mi się, że kobiecy, to taki pół-narrator. Trochę śmierć, która zna zakończenie historii, a trochę głos wewnętrzny głównego bohatera. Przynajmniej ja tak go odczuwam. Ale pojawia się po jakimś czasie, w czym jest pewna niekonsekwencja.

Ale nie polubiłam Kostka i nie było mi go szkoda. I to jest mój największy zarzut stawiany tej książce. Nie oceniłam go za tchórzostwo, wygodnictwo czy kobieciarstwo, ani nawet za to, że nie mógł dociec, kim był. Jego postać po prostu mnie mierziła i najdziwniejsze jest to, że nie umiem stwierdzić, dlaczego.

Nie napiszę, rzecz jasna, że każdy kto czyta tę książkę jest ograniczony i zaślepiony jedynie Paszportami Polityki oraz innymi zaszczytnymi nagrodami literackimi. Dla mnie fenomen tej powieści (a raczej powieści powieści, jak bystrze zauważył sam Twardoch) jest niepojęty. Chcę tylko zaznaczyć, że książka, w której pojawia się data 1939 wcale nie musi być genialna. Powiem szczerze, przeczytajcie, dla własnej satysfakcji. Spodoba się Wam? Świetnie, bo każda powieść, która się człowiekowi spodoba i do niego trafia jest bardzo cenna. Nie spodoba się? Nie rozpaczajcie, bo trzeba przeczytać tysiące książek, żeby odnaleźć te, które naprawdę zmieniają nasze życie. Amen.

eM eR.

Reklamy
Comments
One Response to “Morfina, czyli moje żołądkowe perturbacje.”
  1. blueberry234 pisze:

    Mało słyszałam o „Morfinie” poza milionem nagród, jakie otrzymała, a teraz mam ochotę przeczytać i wyrobić sobie zdanie. Nie hołduję każdej książce, której akcja rozgrywa się podczas II wojny światowej, a tematyką patriotyzmu już mi się odbija, więc może również trochę podkopię mit Twardocha (albo napiszę ładną laurkę, jeśli mi przypadnie do gustu) 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: