Dama Kameliowa, czyli jaka jest różnica między kurtyzaną a prostytutką.

Ojcowski talent literacki niewątpliwie spłynął na Aleksandra Dumasa, choć nie był on pisarzem tak płodnym, jak jego ojciec.

Dama Kameliowa to melodramat, opisany z perspektywy Armanda Duvalla, zwierzającego się ze swojej miłości do Małgorzaty Gautier narratorowi. W wielu streszczeniach tej powieści można napotkać stwierdzenie, że główna bohaterka była prostytutką. Nie jest to jednak prawdą, ponieważ rola kurtyzany (którą pani Gautier niewątpliwie była), nie sprowadzała się tylko do zaspokajania męskiej frustracji seksualnej, ale przede wszystkim do dotrzymywania mu towarzystwa. Zresztą, kurtyzany były często bardzo dobrze wykształcone i inteligentne, stąd mogły pozwolić sobie na wybór człowieka, który je utrzymywał i spędzał z nimi czas. Ich sponsorzy, że użyję tego współczesnego słowa, często nie mieli pojęcia, że panie tego pokroju miały co najmniej kilku takich towarzyszy.

Skąd tytuł? Małgorzata Gautier nosiła przy swojej sukience kamelie (kwiaty). Ich kolor był swoistym sygnałem dla jej kochanków, czy może się z nimi spotkać, czy też nie. Do dzisiaj zresztą kurtyzany eufemistycznie nazywa się damami kameliowymi.

Słowo „melodramat” pewnie nie wszystkich zachęca do lektury, muszę jednak powiedzieć, że gdyby do dzisiaj pisano takie romanse ich lektura nie byłaby powodem do wstydu, ale dumy. Powieść ta jest krótka, świetnie napisana i wprowadza nas w cudowny klimat paryskiego życia towarzyskiego. Każdy, kto bierze literaturę na poważnie, powinien przynajmniej rozważyć lekturę tej książki. Ja ze swojej strony powiem krótko – żałuję, że wcześniej nie było mi dane sięgnąć po to dzieło.

Reklamy

Widmo nad Innsmouth, czyli jak szatan stał się twoim najmniejszym problemem.

Nie jest umarłym ten, który spoczywa wiekami,
nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami.

Abdul al-Hazred, Necronomicon.

Jeśli lubisz strach i uważasz, że powieści Kinga były przerażające, ja daję ci Widmo nad Innsmouth i życzę, żeby udało ci się zasnąć.

Lovecraft od kilku lat utrzymuje się w czołówce moich ulubionych pisarzy i nie zanosi się, żeby jego pozycja była w jakikolwiek sposób zagrożona.  Pisarz ten znany jest przede wszystkim z wykreowania mitologii Cthulhu, Wielkich Przedwiecznych, która jest tak realistycznie opisana, że wielu podejrzewało (chociaż „obawiało się” jest tu lepszym sformułowaniem), że może istnieć naprawdę.

Widmo nad Innsmouth to opowiadanie, które oprócz opowieści o Przedwiecznych, zawiera w sobie elementy detektywistyczne i kronikarskie. Oprócz tego jesteśmy świadkami szaleństwa głównego bohatera i jego powolnej przemiany, która w końcu przeradza się w akceptację. Wraz z narratorem, także nas opanowuje pewien rodzaj paniki i dyskomfortu psychicznego.  Zdradzać jednak nie będę, czym ten stan jest spowodowany, ponieważ swoim streszczeniem mogłabym mocno spłycić temat i potencjalnego czytelnika tylko zniechęcić. Historia ta bardzo na czytelnika wpływa, ale w pozytywny sposób. Gdy wracamy do rzeczywistości, chcemy więcej Lovecrafta.

Jego styl pisania do łatwych i lekkich nie należy, jednak klimat opowiadania to rekompensuje. Czytając Widmo miałam wrażenie, jak bym sama chodziła po Innsmouth i czuła fale strachu, które powoli przenikają mnie do samych kości, paraliżując wszelki racjonalizm i optymizm.

Każdy kto nie czytał Lovecrafta powinien się dobrze zastanowić, zanim sięgnie po jego opowiadania. Dlaczego? Bo Cthulhu uzależnia.

Morfina, czyli moje żołądkowe perturbacje.

Wiem, że recenzja, którą mam zamiar napisać nie spodoba się wielu osobom, bo Morfina pana Twardocha została nagrodzona Paszportem Polityki i jest nominowana do Nagrody Nike, ale nic nie mogę na to poradzić, że ta książka mnie wykończyła. I nie dlatego, że porusza trudną tematykę, tylko dlatego, że mi się nie podoba, że budzi we mnie odruch tak wielce wymiotny, że kiedy widzę kogoś czytającego Morfinę z wypiekami to robi mi się go żal. Bo nie wiem, czy czyta ją dlatego, że mu się podoba, czy dlatego, że Twardoch tu, Twardoch tam i Twardoch w mojej lodówce, no to trzeba Twardocha przeczytać.

Dochodzi ósma. Skręcam e-papierosa i zastanawiam się, skąd nam się wziął kult drugiej wojny światowej i to, że każda książka poruszająca tę tematykę od razu dostaje fory. Konstanty, Kosteczek, Kostuś Willemann. I jeszcze ten cudowny podtytuł, jak hasło rodem z zapowiedzi filmu mafijnego lat dwudziestych – kobiety, narkotyki i zdrada.

Jedenasta. Zrobiłam tzatzyki i uwięziona w domu przez zapowiedziane przyjście pana inkasenta, czekam, aż mnie oświeci fenomen tej książki. Zgwałcona Warszawa? Morfinista-antybohater, który ma problemy z tożsamością narodową, który wyśmiewa się z patriotycznych haseł, który jest całkiem zdominowany przez kobiety? Okej, w porządku. To mogło być dobre, jeśli odpowiednio napisane, ale mi się krew wylewała z oczu. Poza tym wyśmiewanie się z patriotyzmu dobrze wychodziło Gombrowiczowi, ale on swoim nazwiskiem, swoim czasem historycznym się pod tym podpisywał i umiał wyłuszczyć, gdzie nasza polskość kuleje.

Jest jednak coś interesującego w tej książce – opowieść na dwa głosy. Jeden z nich to nasz Kosteczek, nasz mądry i przebiegły Kostuś, który pieniądze oszczędzał i teraz może nawet czekoladę dla swojego synka kupić w tym niespokojnym czasie. Drugi głos, zdaje mi się, że kobiecy, to taki pół-narrator. Trochę śmierć, która zna zakończenie historii, a trochę głos wewnętrzny głównego bohatera. Przynajmniej ja tak go odczuwam. Ale pojawia się po jakimś czasie, w czym jest pewna niekonsekwencja.

Ale nie polubiłam Kostka i nie było mi go szkoda. I to jest mój największy zarzut stawiany tej książce. Nie oceniłam go za tchórzostwo, wygodnictwo czy kobieciarstwo, ani nawet za to, że nie mógł dociec, kim był. Jego postać po prostu mnie mierziła i najdziwniejsze jest to, że nie umiem stwierdzić, dlaczego.

Nie napiszę, rzecz jasna, że każdy kto czyta tę książkę jest ograniczony i zaślepiony jedynie Paszportami Polityki oraz innymi zaszczytnymi nagrodami literackimi. Dla mnie fenomen tej powieści (a raczej powieści powieści, jak bystrze zauważył sam Twardoch) jest niepojęty. Chcę tylko zaznaczyć, że książka, w której pojawia się data 1939 wcale nie musi być genialna. Powiem szczerze, przeczytajcie, dla własnej satysfakcji. Spodoba się Wam? Świetnie, bo każda powieść, która się człowiekowi spodoba i do niego trafia jest bardzo cenna. Nie spodoba się? Nie rozpaczajcie, bo trzeba przeczytać tysiące książek, żeby odnaleźć te, które naprawdę zmieniają nasze życie. Amen.

eM eR.

Pilipiuk vs. Pratchett, czyli władcy antybohaterów.

Zacznę od tego, że żadnemu z tych panów pierwszeństwa przypisywać nie będę, ponieważ byłoby to bezcelowe. Zastanawia mnie natomiast nagonka, jaką fani jednego pisarza raczą fanów drugiego.

Andrzej Pilipiuk, autor takich powieści jak Norweski dziennik, cyklu Kuzynki czy wreszcie, chyba najbardziej lubianego, cyklu o Jakubie Wędrowyczu, któremu zarzuca się często, że pisze stricte dla pieniędzy, a poziom jego książek od kilku lat nieustannie spada. Wziąć pod uwagę muszę przynajmniej ostatni argument, ponieważ dowcip, który dostrzegałam w Kronikach Jakuba Wędrowycza uległ stępieniu w ostatnio czytanym przeze mnie Homo bimbrownikusie. Biorąc jednak pod uwagę, z jaką szybkością Pilipiuk płodzi swoje powieści, jestem pod wrażeniem, że posiadają logiczny sens. Legenda głosi, że Wielki Grafoman (jak sam siebie nazywa w Kuzynkach) napisał książkę w śmiesznie krótkim czasie – jakieś 12-14 dni. Niestety, Oko jelenia czy Wampir z m3 mojej sympatii sobie nie zdobyły i niechętnie przyznaję, że były swego rodzaju męczące, chociaż – gdzieś tam można w nich wyczuć starego Pilipiuka, do którego niekiedy wracam.

Sir Terry Pratchett znany jest mi głównie z cyklu Świat Dysku, do którego byłam bardzo sceptycznie nastawiona, dzięki kilku Pilipiukczykom. Pratchettyzm to jednak nurt silniejszy, ponieważ międzynarodowy, więc w końcu uległam i byłam mile zaskoczona. Nie rozumiem jednak, czemu nieustannie tych panów się porównuje, ponieważ Sir Pratchett ma ogromne poczucie humoru, ale bardzo specyficzne. Czasami wybuchasz przy jego książkach salwami śmiechu, w większości przypadków jednak jest to cichy chichot, jakbyś coś zmalował i uszło ci to na sucho.

Drodzy Pilipiukczycy i wyznawcy Pratchettyzmu – cenię waszych guru ds. fantasy, ale nie zaszkodzi Wam, jeśli się przełamiecie do drugiego twórcy. Pilipiuk pisze tylko wyłącznie dla pieniędzy? Nawet jeśli, to wytykacie mu to tylko z zazdrości, bo niewielu twórców może sobie pozwolić na życie z samego pisania w naszym wspaniałym kraju. A obu panom – życzę niekończących się pomysłów i radości pisania.

(Na zdjęciu pan Andrzej Pilipiuk. Niestety, mojego ulubionego zdjęcia z siekierą nie udało mi się znaleźć)

Po słowiczej podłodze, czyli miniatura Japonii.

Z powodu podróży Umberto Eco musi zaczekać na swoją kolej, ponieważ Tajemniczy płomień do najlżejszych książek nie należy (zarówno jeśli idzie o gabaryty, jak i o styl pisania).

Zamiast tego przypadkowo w moje ręce trafiła powieść Lian Hearn Po słowiczej podłodze i muszę przyznać, że jest to lektura, która od pierwszych przeczytanych stron zyskała moją sympatię. Muszę jednak nadmienić, że nie jest to wielkie arcydzieło, a porównywanie tego utworu z Wiedźminem Sapkowskiego, jak sugeruje nierozważnie tylna strona okładki, jest sporym nadużyciem, niemniej sądzę, że miłośnik fantasy, którego fascynuje kultura japońska z pewnością przeczytania Po słowiczej podłodze żałować nie będzie.

Zaznaczyć trzeba, że akcja książki w rzeczywistej Japonii się nie dzieje, zdaje się, że tylko dwie miejscowości wymienione w powieści faktycznie istnieją w Kraju Kwitnącej Wiśni. Nie zmienia to jednak faktu, że cała książka jest dla tego kraju i jego kultury ukłonem pełnym szacunku.

Po słowiczej podłodze to pierwsza część opowieści o rodzie Otori. Główny bohater, Tomasu aka Takeo, zostaje wplątany w wojnę klanów o dominację w kraju. Ponieważ jego rodzina została brutalnie zamordowana, a on sam zawdzięcza życie Otori Shigeru-san (dla mniej wtajemniczonych w japońską etykietę – zazwyczaj na początku wymienia się nazwisko, później imię danej osoby, zaś końcówka „-san” odpowiada naszemu polskiemu „pan/pani”), więc poprzysięga służyć do końca własnych dni klanowi Otori. Jak można przypuszczać, okazuje się, że Takeo nie jest tylko zwykłą sierotą, ale potomkiem jednego z członków Plemienia, które swoimi zdolnościami fizycznymi przewyższa zwykłych śmiertelników…

Czy przeczytam kolejne części? Tak, ale musi minąć trochę czasu, a przede wszystkim winien osłabnąć mój entuzjazm wywołany literaturą Feliksa W. Kresa, ponieważ bez tego znów czekają mnie długie miesiące, kiedy z obrzydzeniem będę odkładać na półkę coraz to inne książki fantasy, myśląc „To Kresowi nie dorównuje”.

Północna granica, czyli o końcu mojej przygody z szukaniem dobrego fantasy.

Wiem, że w następnej kolejności miał być Król Bezmiarów, ale postanowiłam nie zwlekać tak długo z kolejnymi przemyśleniami i w pewnym sensie upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

Zarówno Północna granica, jak i Król Bezmiarów są genialnymi wytworami Feliksa W. Kresa, laureata nagrody im. Janusza Zajdla. Książki te pochodzą z jego najpopularniejszego cyklu zwanego Cyklem Szererskim albo Księgą Całości

Przyznaję, że od dłuższego czasu brakowało mi jakiegoś dobrego fantasy, bo przeczytałam te Kańtoch, Piekary, Sapkowskich i nawet wróciłam do przygód mrocznego elfa Salvatore’a (nie wspominając o cudownej sadze Smoczej Lancy, która uczyniła mnie tym, kim jestem dzisiaj).

Szczęśliwy traf chciał, że akurat znalazłam w bibliotece pierwszy tom Cyklu Szererskiego i skuszona faktem, że Kres trzyma na zdjęciu okładkowym kota w swoich rękach, stwierdziłam, że złym autorem być nie może. I tak oto zaczęła się moja wielka miłość.

Tak szczerze, nie mam pojęcia, co jest takiego w tej książce, że nie chce się jej zostawić w spokoju. Może styl, może dość innowacyjny pomysł na stworzenie własnej rzeczywistości, a może to, że trzeba cały czas się skupiać, bo bardzo łatwo się zgubić w zawiłych zasadach rządzących Szererem.

Tytułowa północna granica znajduje się na obrzeżach Szereru i jest siedliskiem nieustannych walk między Imperium ludzi, a człekopodobnymi stworzeniami – Alerami. Brzmi banalnie, ale jeśli ktoś lubi fantastykę będzie zdziwiony, jak bardzo ta książka różni się od innych, a jednocześnie, jak potrafi w sobie zawrzeć wszystko, czego się od dobrej fantastyki oczekuje.

Wbrew moim wcześniejszym podejrzeniom Król Bezmiarów nie jest kontynuacją losów tych samych bohaterów, bo oto mamy do czynienia z powieścią piracką. Ale i to jaką! Można powiedzieć, że Kres trochę w tym, co robi ze swoimi bohaterami przypomina George’a Martina – nie szczędzi im życiowych katastrof, ale za to nie morduje na tak szeroką skalę. Efekt? Przynajmniej nie jestem przerażona perspektywą przewrócenia kartki.

Zatem, jeśli ktoś jeszcze nie odkrył Feliksa Kresa, a ma silną potrzebę przeczytania jakiegoś dobrego fantasy to Północna granica będzie moją odpowiedzią. Zawsze.

Hrabia Monte Christo, czyli kac książkowy na kilka tygodni.

Nie muszę mówić, że z Aleksandrem Dumasem jest problem, ponieważ nazwał tak samo swojego syna i nie zawsze wiadomo, który z nich jest autorem książki. W tym przypadku sprawdziłam – jest nim ojciec.

Do ojca byłam trochę niechętnie nastawiona, ponieważ próbowałam przeczytać jego Trzech muszkieterów, ale nigdy nie skończyłam, więc sięgnęłam do literatury, którą wyprodukował syn – do Damy Kameliowej. Cudowna! I gdyby nie moje przekonanie, że syn także napisał Hrabiego Monte Christo, straciłabym jedną z lepszych książek bezpowrotnie w odmętach mojej zawziętości.

Głównym bohaterem tej powieści jest Edmund Dantes, młody i naiwny marynarz, który przez swoje osiągnięcia (ma zostać kapitanem statku) i przez odwzajemnioną miłość pięknej Katalonki Mercedes pada ofiarą spisku buchaltera okrętowego Danglarsa i zakochanego w Mercedes Fernand. W efekcie młody Edmund zostaje aresztowany w trakcie własnych zaręczyn i wtrącony do więzienia w zamku d’If.

Być może początek nie brzmi specjalnie zachęcająco i do porywających nie należy, ale styl pisania Dumasa ten mały uszczerbek w akcji szybko rekompensuje. Jaki jest efekt? Przez dobre dwa tygodnie po przeczytaniu wszystkich tomów Hrabiego nie czerpałam radości z żadnej innej książki. Czułam się, jak uderzona Obuchem Dobrej Literatury.

Po przeczytaniu tego dzieła jest jak po pierwszym zakochaniu – nie możesz jeść, inni ludzie nie sprawiają ci radości swoim towarzystwem i odczuwasz potworną tęsknotę 🙂